Google PlusFacebookTwitter

1 mila – Plum

By on lip 17, 2014

Dzisiejszy odcinek naszej opowieści zaczyna się od momentu prawdziwie historycznego. Zaczyna się mianowicie od głuchego, głośnego dźwięku usłyszanego w mniej więcej dwóch trzecich trasy z Pornichet do La Rochelle. Na pełnym morzu, czy jak kto woli – na oceanie. Owo niskie, basowe plum oznaczało, że zgubiliśmy śrubę od silnika, czyli że przydatność naszego napędu mechanicznego zbliżyła się do...

Dzisiejszy odcinek naszej opowieści zaczyna się od momentu prawdziwie historycznego. Zaczyna się mianowicie od głuchego, głośnego dźwięku usłyszanego w mniej więcej dwóch trzecich trasy z Pornichet do La Rochelle. Na pełnym morzu, czy jak kto woli – na oceanie. Owo niskie, basowe plum oznaczało, że zgubiliśmy śrubę od silnika, czyli że przydatność naszego napędu mechanicznego zbliżyła się do możliwości „shakerkao” (zabawkowy mieszalnik do napojów mlecznych, w latach 90 dołączany do dużej paczki Cola-Cao, Przyp. Red.).

 

W tym miejscu i czasie, warunki na morzu były delikatne (w takich właśnie używa się silnika). Nie wiało zbyt mocno, a prognoza nie przewidywała żadnych meteorologicznych niespodzianek. Zdarzenie nie wzbudziło w nas szczególnie silnych emocji – krótko po zorientowaniu się w sytuacji (sonda Bosak 3 – znowu w akcji) wykonaliśmy telefon do najbliższego portu. Po rozpoczęciu konwersacji, ustaliliśmy w kilku zdaniach, że nasza francuska rozmówczyni ogarnia język angielski w stopniu podstawowym. Mimo że sama nie może nam pomóc to zna numer, pod którym ktoś będzie wiedział co robić.

 

Przygotowałem długopis do notowania. Pani powoli i zrozumiale podyktowała: „łan, łan, tu” (112). Długopis okazał się zbędny. Podziękowaliśmy grzecznie i poszukaliśmy w naszych jachtowych papierach (locji) kolejnego numeru. Podczas drugiej rozmowy zgłosiła się marina, która obiecała nam asystę pontonu. Odholowanie miało zostać zorganizowane po tym, jak wpłyniemy w kilkusetmetrowy kanał, prowadzący do mariny miasta Les Sables D’Olonne.

 

Les Sables D’Olonne – czego wówczas nie widzieliśmy – jest macierzystym portem, jak również miejscem startu i finiszu jednoosobowych regat dookoła świata – Vendee Globe. Zawody te są wyjątkowe przez swój ekstremalny charakter. Uczestnicy podczas zmagań nie wpływają do żadnego portu i przemierzają kule ziemską jednym ciągiem. Obecny rekord i trofeum należy do Francuza – Francois’a Gabart’a, który dokonał tego w czasie 78 dni, 2 godzin, 16 minut i 40 sekund. W historii wyścigów znajdziemy również polski akcent. Polski żeglarz, którego prawicę ściskałem na Kolosach (i który ma mnie najprawdopodobniej za swego psychofana), wystartował w tych regatach w 2012 roku. Niestety w wyniku kłopotów ze sprzętem, musiał się zawodów wycofać. Warto dodać, że rok wcześniej Gutek zajął drugie miejsce w regatach przez pięć oceanów. Przytoczony fakt pokazuje jak mocnego przygotowania sprzętowego i ogromnego doświadczenia wymagają te wyścigi. Nawet wyśmienici żeglarze mogą napotkać spore trudności.

 

My trafiliśmy do mekki transoceanicznego żeglarstwa zupełnym przypadkiem – z niesprawnym silnikiem i asystą pontonu. Wejście do kanału zrobiliśmy w prawdziwie Mazurskim stylu – na foku. Kiedy już dotarliśmy na ponton, okazało się, że jest tu wszystko czego nam potrzeba: warsztaty naprawcze, wielka, dobrze wyposażona marina, malutkie stare miasto, a nawet przepiękne, wypełnione surferami plaże (surferami bez przedrostka „wind”, czy „kite” – tymi co pływają na falach). Les Sables w związku z awarią (zamiast planowanego La Rochelle) stało się naszym domem na tydzień. Dzięki temu, że jest specyficzną kombinacją kurortu wypoczynkowego, małego miasteczka i bazy transoceanicznego żeglarstwa. Bardzo nam się tam spodobało.

 

Les Sables jest też miejscem, w którym pożegnaliśmy naszych serdecznych przyjaciół. Nie było to pożegnanie łatwe – po dwóch tygodniach wspólnej (na swój sposób epickiej) egzystencji, na naszym jachcie pojawiły się poważne pustki… zamieszkały duchy. Rozłąkę z przyjaciółmi osłodziły trochę plaże, lody, skały i musical Clinta Eastwooda*.

Plażing

By on lip 17, 2014

38 mila – La Rochelle

By on lip 17, 2014

Trzydzieści siedem mil to niedużo. Można przyjąć że nasz jacht pokonuje średnio cztery-pięć mil na godzinę. W sprzyjających warunkach prędkość rośnie do pięciu lub sześciu. Wszystko oczywiście rozgrywa się między wiatrem, falami i prądami. Przed punktualnym wyjściem z Les Sables D’Olonne powstrzymała nas prognoza pogody. Zapowiadano od sześciu do siedmiu w skali Beauforta (solidnie piździ...

Trzydzieści siedem mil to niedużo. Można przyjąć że nasz jacht pokonuje średnio cztery-pięć mil na godzinę. W sprzyjających warunkach prędkość rośnie do pięciu lub sześciu. Wszystko oczywiście rozgrywa się między wiatrem, falami i prądami. Przed punktualnym wyjściem z Les Sables D’Olonne powstrzymała nas prognoza pogody. Zapowiadano od sześciu do siedmiu w skali Beauforta (solidnie piździ przyp. autora) i wysoką, zgodną z kierunkiem wiatru, falę. W związku z powyższym opóźniliśmy wypłynięcie o jeden dzień. Kiedy postanowiliśmy wreszcie opuścić port (w niedzielny poranek, o niegodziwej siódmej rano, przy akompaniamencie Boba Marleya) ludzie z 45-stopowego katamaranu stojącego obok, patrzyli na nas jak na wariatów. Spotkaliśmy ich później w innym porcie – powiedzieli: „to Wy jesteście tą załogą, która wyszła w to harde morze!” (marne tłumaczenie należy do autora). Owszem jesteśmy. Wiało zdrowo, a przez akwen przewalała się zacna, stroma fala. Zgodnie z przewidywaniami, wiatr powoli jednak wygasał. Kołysani przez ocean, płynąc całą drogę na silniku, dobiliśmy do La Rochelle.

 

La Rochelle to miasteczko z przeogromnym jachtowym portem (ponad 3000 miejsc!), kilkoma zabytkowymi basztami, długą historią i hordami turystów zapełniających wąskie uliczki starego miasta. Żeby dotrzeć do centrum z oddalonego nieco portu, wypożyczyliśmy żółte rowery. Po kilkunastu minutach dopedałowaliśmy do starówki. Miejscowość (…co za zaskoczenie !!!) jest bardzo ładna i miło spędza się czas szwendając się po zabytkowych arkadach uliczek centrum. W tak mocno obleganych lokalizacjach odczuwam jednak zawsze pewien dyskomfort. Mam wrażenie, że mieszkańców od przyjezdnych dzieli zauważalny dystans.

 

Turyści (jak wie każdy) – to my wszyscy, wałęsający się w obcym kraju próbując coś zwiedzić. W mojej skromnej wizji wszechświata, żeby czegoś naprawdę spróbować, trzeba sięgnąć po za strefę swojego komfortu osobistego. Dobrze jest przejść się do nietypowych dzielnic. Zajść do knajpy, w której jedzą lokalsi. Dać się z siebie pośmiać i nie rozumieć kompletnie nic – ni w ząb. Taki typ zwiedzania powoduje, że stajesz się dla mieszkańców miasta zwyczajnym „bliźnim”. Pozwala zaistnieć normalnym, międzyludzkim relacjom.

 

Są jednak ludzie, którzy chcą, żeby wszędzie było czysto, bezpiecznie i generalnie – jak w domu. Pielęgnują w sobie pewien rodzaj „strachliwości” i oczekują specjalnego traktowania (w końcu są na urlopie wydając swoje ciężko zarobione pieniądze właśnie TU – a mogliby GDZIE INDZIEJ!). Moim zdaniem takie podejście stwarza nieprzyjemny dystans między zwiedzającymi, a lokalsami. Człowiek w tej relacji przestaje być wspomnianym wyżej „bliźnim”. Staje się klientem, którego potrzebę NALEŻY zaspokoić.

 

Gdy stężenie tego rodzaju turystów osiągnie odpowiedni poziom, miejsce zaczyna się zmieniać. Gościnność staję się usługą, a odwiedzający to po prostu kolejne chodzące portfele. Dla takich turystów wyznacza się trasy. A przecież nie o to chodzi w podróżowaniu, żeby chodzić po wytyczonych szlakach.

 

Wizyta w mieście wież trwała bardzo krótko – pozostał mi zdecydowany niedosyt zwiedzania. Zabrakło czasu, żeby się przebić przez ten widoczny u lokalsów dystans. La Rochelle jest miastem z urokliwą, fajną starówką i klimatem (jak dla mnie) trochę wyjałowionym przez najazdy strachliwych turystów.

Dwie wieże

By on lip 17, 2014

90 mila – Port Medoc – (Medoc jak ten napis z etykietki wina)

By on lip 17, 2014

Pięćdziesiąt mil oznacza trochę większy kawałek żeglarskiego tortu. Tego dnia spotkaliśmy delfiny mutanty (45 mila. Wciąż nie ustaliliśmy gdzie je szkolą). Planowaliśmy wpłynąć do małego portu, znajdującego się w ujściu Giron. Rzeka ta przepływa m.in. przez słynny region Bordeaux i w tym rejonie wpada do zatoki Biskajskiej. Na jej północnym brzegu znajduje się Royan. Piękny kurort, którego nie...

Pięćdziesiąt mil oznacza trochę większy kawałek żeglarskiego tortu. Tego dnia spotkaliśmy delfiny mutanty (45 mila. Wciąż nie ustaliliśmy gdzie je szkolą). Planowaliśmy wpłynąć do małego portu, znajdującego się w ujściu Giron. Rzeka ta przepływa m.in. przez słynny region Bordeaux i w tym rejonie wpada do zatoki Biskajskiej. Na jej północnym brzegu znajduje się Royan. Piękny kurort, którego nie było nam dane zobaczyć. Marina zlokalizowana jest mniej więcej na wysokości osiemdziesiątej piątej mili morskiej.

 

Wybierając postoje na naszej trasie kierujemy się bardzo prostym wyznacznikiem. Mamy od tego naszą „rejsową biblię” pod tytułem „Reed’s Nautical Almanac”. Zostały w niej opisane i zrecenzowane wszystkie ważniejsze porty pływowe Europy. Od północnej Danii po Gibraltar. Ponadto można w niej znaleźć wiedzę dotyczącą wszystkich istotnych aspektów żeglugi morskiej: przepisy prawa morskiego, jak postępować ze złamaną ręką, jak wzywać na morzu pomocy, całą ludzką wiedzę o pływach, a także mniej istotne rzeczy (np. jak powiedzieć „piekarnia” w pięciu językach). Z tej właśnie arcyważnej pozycji, która powinna się znaleźć w każdej pokładowej biblioteczce, czerpiemy informacje na temat atrakcyjności potencjalnych postojów. System jest prosty – trzy kwiatki wykwitające obok nazwy portu oznaczają „świetnie”, dwa kwiatki – „świetnie nieco mniej”, kwiatek jeden – „nie przypływaj”, chyba że musisz.

 

Rzeczone wyżej miasteczko Royan miało w nim kwiatki trzy. Udało się nam je zaledwie powąchać. W okolice portu trafiliśmy podczas odpływu i mimo, że mapy pokazywały inaczej, a biblia Reedsa obiecywała, że damy radę wpłynąć – wylądowaliśmy na mieliźnie. Przez kilka długich sekund, mimo chłodnego wieczorku było nam naprawdę gorąco. Wiał dopychający nas na plażę wiatr. Działał też silny, wbijający nas w brzeg prąd. Wyszarpnięcie się z mułu zajęło nam ładnych kilka minut. Podejścia postanowiliśmy nie powtarzać.

 

Jako, że godzina była już późna, popłynęliśmy do Port Medoc, znajdującego się na południowej stronie rzeki. Z odległości wyglądał całkiem fajnie, a w naszym „Almanacu” przyznano mu dwa kwiatki. Po przybyciu uznaliśmy, że płatki tych kwiatków są solidnie nadszarpnięte. Port, choć w miarę schludny, nie zasługiwał nawet na mlecza.

143 mila – ciepły wiatr

By on lip 17, 2014

Kolejny „przelot” dał nam mnóstwo radości i żeglarskiej satysfakcji. Wypłynęliśmy z Portu Medoc o trzynastej (korzystając z popołudniowych prądów) i ruszyliśmy do Hendaye. Od strony Zatoki Biskajskiej wiał napędzający żagle Delphii północno-zachodni wiatr. Na południowy zachód od nas znajdowało się centrum układu niżowego. Przez NavTex odbieraliśmy ostrzeżenia przed sztormem w tamtym rejonie....

Kolejny „przelot” dał nam mnóstwo radości i żeglarskiej satysfakcji. Wypłynęliśmy z Portu Medoc o trzynastej (korzystając z popołudniowych prądów) i ruszyliśmy do Hendaye. Od strony Zatoki Biskajskiej wiał napędzający żagle Delphii północno-zachodni wiatr. Na południowy zachód od nas znajdowało się centrum układu niżowego. Przez NavTex odbieraliśmy ostrzeżenia przed sztormem w tamtym rejonie.

 

Podczas całego tego przelotu krążyły wokół nas złowieszcze cumulusy (ich dziwaczne, piętrowe konfiguracje). Z pobliskich chmur wylewały się strugi deszczu, słońce przebijało się jedynie wąskimi, trójwymiarowymi strumieniami. Na wysokości 143 mili, przy zapadających ciemnościach, przyszedł ciepły wiatr (zupełnie niezgodnie z nadchodzącą porą doby). Kilka godzin później na horyzoncie przed naszym dziobem wyrosły góry oświetlane pierwszym brzaskiem jutrzenki. W dwadzieścia jeden godzin pokonaliśmy sto czterdzieści mil. Przed nami rozpościerały się Pireneje.

Miejcówki i miejscóweczki

By on lip 17, 2014

246 mila – letnia rezydencja rodziny królewskiej

By on lip 17, 2014

Do San Sebastian wpływaliśmy po trzech godzinach halsowania pod wiatr. Wiała piątka, krążyły cumulusy, padały deszcze. Metropolia położona jest nad zatoką, której wybrzeże tworzy długa, piaskowa plaża. Nie jest to sytuacja oczywista w tym regionie geograficznym. Większość wybrzeża stanowią tu gigantyczne kamienne klify. Wygląda to tak jakby raz na jakiś czas ogromne płaty ziemi osuwały się z...

Do San Sebastian wpływaliśmy po trzech godzinach halsowania pod wiatr. Wiała piątka, krążyły cumulusy, padały deszcze. Metropolia położona jest nad zatoką, której wybrzeże tworzy długa, piaskowa plaża. Nie jest to sytuacja oczywista w tym regionie geograficznym. Większość wybrzeża stanowią tu gigantyczne kamienne klify. Wygląda to tak jakby raz na jakiś czas ogromne płaty ziemi osuwały się z hukiem do wody i zostawiały po sobie pourywane stoki głazów.

 

Naprzeciwko plaży, tarasując drogę do zatoki, znajduje się wyspa. Stroma i zielona przypomina duży kamień w kałuży. Taki układ topograficzny zapewnia, że wody w zatoce (i na plaży) są spokojne. Całość sprawia wrażenie miejsca z wymarzonej widokówki – plaża, okrągła zatoka, w środku zacumowane jachty, motorówki, rybackie łódeczki i wyspa na samym środku. Wszystko otoczone stylową architekturą, zabytkowymi murami, parkami.

 

W malutkim porcie, koło rybackiej przystani, znajdują się dokładnie dwa miejsca na jachty w naszym rozmiarze. Mieliśmy szczęście – zajęliśmy pięćdziesiąt procent przestrzeni przy brzegu. Ten fakt, jak również obecność polskiej bandery na naszym jachcie sprawiło, że staliśmy się lokalną atrakcją – przechodzący ludzie machali nam, zagadywali, robili zdjęcia.

 

Od samego wejścia do portu San Sebastian urzekało swoim egzotycznym urokiem. Było jak piñata – mimo, że nieco festyniarskie z wierzchu, w środku obiecywało mnóstwo słodyczy. Początkowo planowaliśmy stanąć tam jedynie na noc. Następnego ranka już wiedzieliśmy, że to za mało. Jednogłośną decyzją załogi postanowiliśmy zostać w miasteczku na jeszcze jeden dzień.

 

Podobnie jak La Rochelle jest to miejscowość wybitnie turystyczna – jednak, na swój przyjemny sposób, również dość wielkomiejska. Oprócz klasycznych miejscówek wypoczynkowych (hotele, kasyna, plaże) są w niej lepsze i gorsze dzielnice, dziwne zaułki, krzyże na górach, hotele, bloki, katedry, kościoły i podziemne garaże.

Jeden dzień

By on lip 17, 2014

Poranek zaczął się od długiego snu i wspólnego śniadania. Po wspólnym jedzeniu ogłoszone zostało pospolite ruszenie na lokalny rynek (znajdujący się w chłodzonych, nowocześnie urządzonych podziemiach). Z targu wróciliśmy z czerwonym stekami z tuńczyka, ociekającym cukrem arbuzem i gigantycznym morskim robactwem. Ta przepyszna kombinacja, była podstawą uczty zaserwowanej nam przez Mateusza. W...

Poranek zaczął się od długiego snu i wspólnego śniadania. Po wspólnym jedzeniu ogłoszone zostało pospolite ruszenie na lokalny rynek (znajdujący się w chłodzonych, nowocześnie urządzonych podziemiach). Z targu wróciliśmy z czerwonym stekami z tuńczyka, ociekającym cukrem arbuzem i gigantycznym morskim robactwem. Ta przepyszna kombinacja, była podstawą uczty zaserwowanej nam przez Mateusza. W menu był ceviche z siekanego tuńczyka i przepyszne krewetki (tradycyjnie pietrucha, czosnek).

 

Kolejnym punktem programu dnia był prysznic, który w San Sebastian działa na specyficznych zasadach. W mieście nie ma regularnych, żeglarskich sanitariatów. Chcąc się umyć należy odwiedzić lokalny klub nautyczny. Taki w „oldschoolowym” stylu – gdzie pije się drogą whiskey czytając poranną gazetę albo patrzy na plażę ćmiąc cygaro na obitych skórą kanapach. Pewnie król też do niego należy. Do tej pory takie loże dżentelmenów widziałem tylko na filmach. W takim oto, luksusowym miejscu, myliśmy się słodką, bieżącą wodą, lecząc trudy podróży i lekkiego kaca.

 

Po południu wyskoczyliśmy na krótkie szwendanie się po mieście – godzinne odkrywanie knajpek, radosne budowanie planu na wieczór. Po zachodzie słońca zaczęliśmy najzwyklejsze pijaństwo i to w prostej, żeglarskiej postaci. Piliśmy supermarketową Cavę, słuchając dobrej muzyki i grając w bierki na kołyszącym się lekko pokładzie. Potem ruszyliśmy na miasto.

 

Przywitało nas tłumami ludzi z różnych stron świata, tapasami, feerią głośnych i niezwykle ciasnych lokali, w których taneczne parkiety łączą się z kolejkami do baru. Natknęliśmy się też na plac zabaw (nocą uczęszczany również przez dzieci), na którym uprawialiśmy nietypowy sport. Szybkie i popisowe rzucanie do siebie korkową kulką od kluczy, to prosta, acz przynosząca wiele satysfakcji rozrywka. W ciągu tej zwariowanej nocy poznaliśmy Francuzów, Meksykanów, Węgierkę i Australijczyków. Zabawę zakończyliśmy o czwartej nad ranem – Bobem Dylanem, ostatnimi żartami i wymianą wrażeń – tak po prostu siedząc sobie pod chmurką, w kokpicie naszej Delphii.

 

Ta suma zwykłych, prostych, ale niecodziennych przecież wydarzeń sprawiła, że San Sebastian zapamiętamy bardzo wyjątkowo. W moim osobistym rankingu należy do piątki najpiękniejszych miejscowości na świecie. Plasuje się gdzieś obok Szczytna, Kobylochy, Gdańska i może jeszcze Wierzby – czyli czterech złotych miejsc, oddalonych o 2000 mil stąd.

Piñata

By on lip 17, 2014

Posłowie – Załoga

By on lip 17, 2014

W moich blogowych opowieściach nie pojawiają się prawie nigdy odwiedzający nas ludzie – członkowie naszej wielkiej Rockowej załogi. Wynika to z kilku powodów. Przede wszystkim – z bardzo dużą częścią z nich mocno się zaprzyjaźniłem i nie chciałbym naruszyć ich prywatności, czy wyjawić publicznie jakąś historię, której nie życzyliby sobie publikować. Nie starczyłoby mi też czasu, żeby we...

W moich blogowych opowieściach nie pojawiają się prawie nigdy odwiedzający nas ludzie – członkowie naszej wielkiej Rockowej załogi. Wynika to z kilku powodów. Przede wszystkim – z bardzo dużą częścią z nich mocno się zaprzyjaźniłem i nie chciałbym naruszyć ich prywatności, czy wyjawić publicznie jakąś historię, której nie życzyliby sobie publikować. Nie starczyłoby mi też czasu, żeby we właściwy i sensowny opisać te wszystkie, niemałe przecież osobowości, które przyłączają się do naszej podróży. Najważniejsze jest jednak to, że to osoby, które z nami płyną – swoimi charakterami, wyborami, decyzjami – tworzą opisywane przez nas historie. Nie dajcie się zwieść, to ludzie są solą tej blogowej ziemi.

 

*”Jersey Boys” – jedyny seans w tygodniu, który nie miał francuskiego dubbingu. Nie – nie jesteśmy, nie byliśmy i nigdy nie będziemy fanami musicali.

 

map_w9

comments powered by Disqus
Partnerzy projektu: sennheisergdy_logo sailservice_logo_partnerswind_logo_partnerscodezero_logo_partnersnord_boat_small    

Patroni medialni:


Zagle_logo_rtb      Podroze_logo_rtb            RG logo
Di solito, i piedi diventano freddi e una sensazione di bagnato può essere sentito. Ma, questo paio di stivaletti è stato progettato Ugg scontati prudenti le decisioni di sottoscrizione cura, in modo da ottenere tutta l'intimità e la secchezza si dovrebbe. Gli stivali vi aiuterà anche a stoppino via l'umidità permettendo quindi quantità aria libera. Questo non significa che replica borsetta molto a buon mercato. Invece, erano Chanel borsa budget mila. Tuttavia, come il prezzo medio che sono di una borsa Chanel fino a $ 200. Ugg outlet Riceverete le caratteristiche, versatilità, questi vantaggi regolarmente pecore e struzzi, non di pelle marchio Chanel. Questo è importante, non tutti firmati a buon mercato borse chanel e spendere più di 1.000 dollari USA. Esempi del progettista attuale borse Chanel basso un gran numero. Ugg Saldi Dammi il miglior consiglio con la valvola prima di investire in "prezzo originale, sostenendo che molto più ragionevole. Borsa Chanel buona copia, infatti, confrontare l'originale e la copia, il divario tra voi.