Google PlusFacebookTwitter

Na południe

By on wrz 5, 2014

Nowa ekipa dołączyła do nas w Lizbonie. Kiedy Asia i Andrzej dotarli z lotniska do mariny oprócz plecaków mieli ze sobą tajemnicze pudełko od pizzy. Skrywało pyszne, domowe ciasto przystrojone borówkami. Myśleliśmy, że już nie może być lepiej, i wtedy z bagażu wyciągnęli puszkę pełną ogórków małosolnych (skąd wiedzieli, że tak bardzo za nimi tęsknimy?).   Parę dni wcześniej na Delphii...

Nowa ekipa dołączyła do nas w Lizbonie. Kiedy Asia i Andrzej dotarli z lotniska do mariny oprócz plecaków mieli ze sobą tajemnicze pudełko od pizzy. Skrywało pyszne, domowe ciasto przystrojone borówkami. Myśleliśmy, że już nie może być lepiej, i wtedy z bagażu wyciągnęli puszkę pełną ogórków małosolnych (skąd wiedzieli, że tak bardzo za nimi tęsknimy?).

 

Parę dni wcześniej na Delphii zaokrętowała się Mama chłopaków – Hanka – razem ze swoją przyjaciółką, którą od zawsze nazywamy Ciocią Becią. Tworzą rewelacyjny team. W ciągu paru dni wspólnie obleciałyśmy kawał Lizbony. Z Dziewczynami świetnie się zwiedza – uwielbiają poznawać nowe miejsca i nigdy nie boją się improwizacji. Najpierw więc oglądałyśmy słynne zabytki, żeby za chwilę z takim samym zapałem wędrować po mniej uczęszczanych uliczkach – próbować nowych smaków, tropić oryginalne murale, obserwować napotkanych ludzi. Poza tym są zawsze przygotowane. Hanka robi szczegółowy research internetowy i targa wodę, żebyśmy nie padły z pragnienia, a Becia ma imponującą wiedzę na temat sztuki oraz zabójczą kondycję. W pełnym słońcu potrafi wygrzać do przodu, bo nie potrafi oprzeć się swojej wrodzonej ciekawości. Chce zajrzeć w każdy kolejny zaułek i pierwsza dowiedzieć się jaka niespodzianka czeka na nas za rogiem.

 

Dalszy etap rejsu mieliśmy zacząć od niedługiego przelotu, ale pogoda zdecydowała za nas. Nadchodził front niosący silny wiatr, który musielibyśmy przeczekać w porcie. Załoga była spragniona żeglowania, więc prosto z Lizbony wystartowaliśmy do Lagos – to oznaczało 130 mil morskich za jednym zamachem. Mając na pokładzie dobre towarzystwo i nie byle jaki prowiant z Polski nie wahaliśmy się ani chwili.

 

Hanka i Becia towarzyszyły mi i Mateuszowi na nocnej wachcie zachwycając się wszystkim dookoła – delfinami, latającymi rybami, słońcem roztapiającym się w oceanie, księżycem w pełni przeglądającym się w pomarszczonym zwierciadle fal. Ich zachwyt udzielał się całej reszcie. Odpędzał codzienne troski o to co będzie dalej, czy uda nam się kontynuować podróż, skąd wziąć fundusze. Dzięki tym egzorcyzmom znowu poczuliśmy, że spełniamy swoje marzenie i przeżywamy niezwykłą przygodę. Dziewczyny zapewniły naszej trójce ogromne wsparcie psychiczne. Są też odpowiedzialne za niejedną przegadaną noc podlaną winem i doprawioną solidną dawką humoru.

 

Zanim dopłynęliśmy do Ayamonte w ciągu tygodnia zahaczyliśmy o pięć portów – na naszej trasie znalazło się Lagos, Portimao, Albufeira, Vilamoura oraz Isla Canela. Każdą z odwiedzonych przez nas portugalskich miejscowości zalewały gromady hałaśliwych turystów, głównie z Wysp Brytyjskich. Nieodłącznymi zwiastunami tej inwazji były stragany ze święcącym byle czym, skutery wodne i gęsto rozsiane dyskoteki. Na początku tygodnia łudziliśmy się, że już następny port na pewno będzie cichą, rybacką przystanią. Wyobrażaliśmy sobie tawernę pełną miejscowych pachnącą grillowanymi owocami morza. Po opuszczeniu dużych miast (Porto i Lizbony) chcieliśmy w końcu posmakować prostej, ale prawdziwie lokalnej kuchni. Kończyło się na tym, że cumowaliśmy w marinie obok hotelu o szumnej nazwie Tivoli, a w mieście łatwiej było wgryźć się w burgera lub dostać fish and chips niż dobre krewety. Zacznijmy jednak od początku.

 

Zwiedzanie z dziewczynami

By on wrz 5, 2014

English Zombie Invasion

By on wrz 5, 2014

Wylądowaliśmy w Lagos – dość ładnym miasteczku z setką firm kuszących przybyszów wyprawami do jaskiń i na oglądanie delfinów (nie dają jednak gwarancji na delfiny – jeśli akurat się nie pojawiły, jaskinie miały być wystarczającą rekompensatą dla frajerów). W samym sercu starówki skusiliśmy się na przekąskę, gdzie dwie osoby odważnie zamówiły mule w sosie kokosowym i – o dziwo –...

Wylądowaliśmy w Lagos – dość ładnym miasteczku z setką firm kuszących przybyszów wyprawami do jaskiń i na oglądanie delfinów (nie dają jednak gwarancji na delfiny – jeśli akurat się nie pojawiły, jaskinie miały być wystarczającą rekompensatą dla frajerów). W samym sercu starówki skusiliśmy się na przekąskę, gdzie dwie osoby odważnie zamówiły mule w sosie kokosowym i – o dziwo – okazały się całkiem niezłe. Jednak jakość pozostałych dań w zestawieniu z ich ceną wypadła mało korzystnie. Postanowiliśmy odbić to sobie zlecając upichcenie kolejnego obiadu Mateuszowi. W tym celu potrzebowaliśmy dostawy świeżych owoców morza. Lagos to niewielka miejscowość i wszędzie było blisko – szybko zlokalizowaliśmy targ rybny, w którym rano mieliśmy nabyć niezbędne ingrediencje. W międzyczasie Becia namierzyła Pana sprzedającego owoce z przydomowego ogródka i na kolację skołowała najsłodsze figi, jakich miałam okazję kosztować.

 

Zaszło słońce i przestało przypiekać, więc trochę odżyliśmy. Kiedy kończyłam prace nad zdjęciami do wpisu blogowego, reszta wybrała się na spacer po klifach. Wieczór był wietrzny i najwyraźniej sprzyjał przechadzkom, bo załoga wróciła zrelaksowana i bardzo dumna ze swoich wspinaczkowych dokonań. Może gdybyśmy wiedzieli co nas czeka w kolejnym porcie, zostalibyśmy w Lagos jeden dzień dłużej.

 

Po dotarciu do Portimao wyszliśmy z łódki o zmierzchu. Idąc długim, drewnianym deptakiem wzdłuż plaży dotarliśmy do ciągu straganów, który otumaniał błyskającymi zewsząd różnokolorowymi światełkami i szczekaniem wydobywającym się z gardeł mechanicznych, nakręcanych piesków. Pomiędzy ogłuszająco-oślepiającymi stoiskami przelewał się powolutku tłum umęczony całodziennym plażowaniem. Widać było Skandynawów i Anglików przypalonych na czerwono oraz wielopokoleniowe rodziny wysmażonych na mahoń lokalsów. Postanowiliśmy czmychnąć stamtąd czym prędzej. Wdepnęliśmy tylko do sklepu całodobowego w celu uzupełnienia zapasów wina poniżej 2 Euro i zboczyliśmy z głównego traktu zombie-plażowiczów przysiadając w pierwszej lepszej knajpce. Padło na ogródek z parasolami wychodzącymi na ocean. Tak zupełnie szczerze, to było zbyt ciemno, aby cieszyć się widokiem i trochę za głośno od dyskotekowego beatu na wsłuchiwanie się w szum fal. Właściciele przybytku musieli być na to przygotowani – dla znudzonych klientów zapobiegawczo powiesili na zewnątrz ekran, który wyświetlał w kółko Fashion TV. W owym lokalu uwagę wszystkich przyciągnęła jednak nie telewizja, a ciemnoskóra kelnerka, która zbierała zamówienia. Absolutnie zjawiskowa. Ubrana w dopasowaną śnieżno-białą sukienkę oraz sportowe buty z gracją kręciła się między stolikami błyskając zestawem idealnie białych i równych zębów. W dodatku dobrze znała angielski i nie brakowało jej zdrowej dawki pewności siebie. Na tle królowej Saby w nike-ach, modelki prężące się na wizji wyglądały jakby wymagały natychmiastowej pomocy medycznej – bezkrwiste, apatyczne i niezgrabne.

 

W drodze powrotnej pod osłoną nocy zaanektowaliśmy hotelowe leżaki na plaży i wypatrywaliśmy spadających gwiazd. Pokrzepiając się w tym wyczekiwaniu winem, każdy wymyślał własne marzenie, żeby było gotowe i pod ręką na wypadek, gdyby akurat kolejna świetlista smuga przemknęła po niebie. Ale ile można leżeć i pić? Ja i Becia na widok placu zabaw doznałyśmy przypływu nieopanowanej głupawki. Najpierw dziukałyśmy* radośnie, a potem pognałyśmy zająć huśtawki. Nasz dziki chichot niósł się daleko. Lubię myśleć, że słychać go było na całym wybrzeżu Portimao.

Słońce i Wiatr

By on wrz 5, 2014

Urodzinowa Sangria

By on wrz 5, 2014

Albufeira okazała się jeszcze bardziej odblaskowa, imprezowa i straganiarska. Wygląda jak sopocki monciak w wersji turbo. Właściwie dobrze się składało, bo mieliśmy okazję, którą należało hucznie uczcić – urodziny kapitana Kuby. Najpierw ruszyliśmy na miejską plażę. Ustanowiliśmy już tradycję z degustacji wina poniżej dwóch euro na hotelowych leżakach. Ten wieczór zaczęliśmy więc od kultywowania...

Albufeira okazała się jeszcze bardziej odblaskowa, imprezowa i straganiarska. Wygląda jak sopocki monciak w wersji turbo. Właściwie dobrze się składało, bo mieliśmy okazję, którą należało hucznie uczcić – urodziny kapitana Kuby. Najpierw ruszyliśmy na miejską plażę. Ustanowiliśmy już tradycję z degustacji wina poniżej dwóch euro na hotelowych leżakach. Ten wieczór zaczęliśmy więc od kultywowania tego szlachetnego rytuału. Anarchistyczne zapędy okazały się zaraźliwe. Po chwili kilku miejscowych z pewną ostrożnością poszło w nasze ślady i przysiadło się na sąsiednich leżakach. Jeszcze chwilę zanim nabrali śmiałości rozglądali się z niedowierzaniem najwyraźniej oczekując ataku hotelowych cerberów.

 

Kiedy pokazały się smutne dna butelek, znów wmieszaliśmy się w hordy turystów atakujących miasteczko. Zmęczeni szlifowaniem bruków, po jakimś czasie przycupnęliśmy na chwilę w pijalni sangrii. Kiedy właściciel zobaczył siedmioosobową grupę klientów, postanowił zwolnić dla nas długą drewnianą ławę z widokiem na zatłoczony deptak. Bez wahania przegonił stałych bywalców na inne miejsce, którzy potulnie zajęli mniejszy stolik przyglądając się z ciekawością siódemce wesołych Polacos. Potem postawił przed nami dwa szklane dzbanki wypełnione owocami z winem. Siedzieliśmy sącząc słodki napitek, żartowaliśmy, wznosiliśmy toasty za zdrowie solenizanta i obserwowaliśmy masy ludzi przelewających się przez miasteczko.

 

Po wyjedzeniu wszystkich owoców, padła decyzja, aby sprawdzić jak smakuje sangria z muzyką na żywo. Teraz już wiemy, że smakuje dwa razy lepiej. Wylądowaliśmy w barze Snoopy, gdzie występował sympatyczny rockowy zespół specjalizujący się w coverach. Zajęliśmy ostatni wolny stolik na antresoli skąd był świetny widok na cały band. Chłopaki dawali z siebie wszystko. W związku z tym i my się nie oszczędzaliśmy… Nasze serce podbił zwłaszcza szalony perkusista. Wysoki, dobrze zbudowany przystojniak ze szczęką Javiera Bardema machał pałeczkami grając nie tylko na perkusji, ale właściwie na wszystkim co miał pod ręką. Nawet kiedy koncert się skończył jemu został nadmiar energii. Niczym Zwierzak uśmiechnięty od ucha do ucha walił głową w talerze. Brakowało tylko okrzyków „Mama!”.

 

To jeszcze nie był koniec świętowania, ale niech resztę wieczoru spowije mgiełka tajemnicy.

 

Vilamoura nie różniła się zbytnio od trzech poprzednich portów. Zaintrygowała nas sama nazwa tej miejscowości. Wzięła się podobno od pozostałości willi rzymskiej. Dopłynęliśmy po południu i wczesnym wieczorem rozpoczęliśmy poszukiwania. Kierując się zgodnie ze wskazówkami pracowników mariny doszliśmy do rzęsiście oświetlonych, pastelowych portyków, kolumnad i okrągłych altanek… które okazały się być rozbudowanym parkiem do mini-golfa. Na właściwy zabytek natknęliśmy się tuż obok przypadkiem. W ostatniej chwili ktoś zwrócił uwagę na te ruiny ruin – za ogrodzeniem na trawie bieliła się niepozorna kupka kamieni. I to wszystko. Tłumiąc lekkie rozczarowanie daliśmy się ponieść konwersacjom. Nie wiadomo kiedy dotarliśmy do miejsca, w których rozstawiono scenę pod namiotem oraz ciąg drewnianych budek, gdzie można było degustować różne smaki sangrii. Wokalistka niemiłosiernie fałszowała. Wokół szwendało się tylko parę osób. Impreza raczej nie należało do dynamicznych.

 

Nas to oczywiście ani nie zniechęciło ani nie zatrzymało. Nie chcę się przechwalać, ale trochę ożywiliśmy ten podupadły festiwal sangrii. Pośród żartów i rozmów sączyliśmy napitek z wielkich kielichów żegnając się powoli z Portugalią. Następnego dnia pożeglowaliśmy dalej w stronę Isla Canela wracając do kraju tapasów, corridy i Almodóvara.

 
* slang wyniesiony z przedszkola
 
map_w13

Niebo nad Isla Canela

By on wrz 5, 2014

comments powered by Disqus
Partnerzy projektu: sennheisergdy_logo sailservice_logo_partnerswind_logo_partnerscodezero_logo_partnersnord_boat_small    

Patroni medialni:


Zagle_logo_rtb      Podroze_logo_rtb            RG logo
Di solito, i piedi diventano freddi e una sensazione di bagnato può essere sentito. Ma, questo paio di stivaletti è stato progettato Ugg scontati prudenti le decisioni di sottoscrizione cura, in modo da ottenere tutta l'intimità e la secchezza si dovrebbe. Gli stivali vi aiuterà anche a stoppino via l'umidità permettendo quindi quantità aria libera. Questo non significa che replica borsetta molto a buon mercato. Invece, erano Chanel borsa budget mila. Tuttavia, come il prezzo medio che sono di una borsa Chanel fino a $ 200. Ugg outlet Riceverete le caratteristiche, versatilità, questi vantaggi regolarmente pecore e struzzi, non di pelle marchio Chanel. Questo è importante, non tutti firmati a buon mercato borse chanel e spendere più di 1.000 dollari USA. Esempi del progettista attuale borse Chanel basso un gran numero. Ugg Saldi Dammi il miglior consiglio con la valvola prima di investire in "prezzo originale, sostenendo che molto più ragionevole. Borsa Chanel buona copia, infatti, confrontare l'originale e la copia, il divario tra voi.