Google PlusFacebookTwitter

Pocieszenie smakuje pigwówką

By on lip 24, 2014

Nową, dwuosobową załogę składającą się z Remiego i Magdy odebraliśmy w Bilbao. Jednocześnie musieliśmy pożegnać poprzednią ekipę – Oktawię, Piotra i Maćka. Rozstawaliśmy się z ciężkim sercem. Pocieszaliśmy się pigwówką przywiezioną przez Magdę z Polski oraz tym, że Maciek postanowił wrócić do nas we wrześniu (i to aż na dwa tygodnie!).   Wieczór pożegnalno-powitalny odcisnął piętno na...

Nową, dwuosobową załogę składającą się z Remiego i Magdy odebraliśmy w Bilbao. Jednocześnie musieliśmy pożegnać poprzednią ekipę – Oktawię, Piotra i Maćka. Rozstawaliśmy się z ciężkim sercem. Pocieszaliśmy się pigwówką przywiezioną przez Magdę z Polski oraz tym, że Maciek postanowił wrócić do nas we wrześniu (i to aż na dwa tygodnie!).

 

Wieczór pożegnalno-powitalny odcisnął piętno na kolejnym dniu, kiedy wyruszyliśmy z Bilbao do Santander. Każda załoga przez pierwszy dzień na wodzie przyzwyczaja się do bujania i nie zawsze jest łatwo, zwłaszcza gdy prognoza pogody zupełnie mija się z rzeczywistością. Zapowiadali lekki wiaterek, a rozbujało się nie na żarty – na szwałach mieliśmy nawet 22 węzły – i wiało z najbardziej niekorzystnego kierunku, więc musieliśmy iść pod falę. Wystarczyło, żeby stracić apetyt.

Santander

By on lip 24, 2014

Wieczorem wylądowaliśmy w Santander. Cała załoga chciała wreszcie coś przekąsić i obejrzeć mecz. No może prawie cała. Szczerze mówiąc – jako że nie należę do entuzjastów futbolu – interesowało mnie tylko jedzenie. Port jest położony w sporej odległości od miasta (30 min. jazdy autobusem), a wieczorem nie mieliśmy transportu, co nas skazało na jedyną restaurację w okolicy....

Wieczorem wylądowaliśmy w Santander. Cała załoga chciała wreszcie coś przekąsić i obejrzeć mecz. No może prawie cała. Szczerze mówiąc – jako że nie należę do entuzjastów futbolu – interesowało mnie tylko jedzenie. Port jest położony w sporej odległości od miasta (30 min. jazdy autobusem), a wieczorem nie mieliśmy transportu, co nas skazało na jedyną restaurację w okolicy. Oczekiwaliśmy gwarnej, zatłoczonej knajpy, wypełnionej zapachem grillowanych owoców morza i ożywionymi rozmowami kibiców skupionych wokół telewizora. Gdy weszliśmy do środka okazało się, że jest zupełnie pusto. Wnętrze przypominało świetlicę w domu wczasowym z lat 90-tych – zbieranina nieładnych mebli, dyskotekowe oświetlenie i plastikowa statua Wenus wstydliwe zakrywającej swoje wdzięki. Po sali krążyła tylko niezadowolona kelnerka, która mową gestów starała się przekazać całemu światu jak bardzo już chciałaby iść do domu. Pojawił się też nieco rozkojarzony barman. Z uśmiechem przekazał nam koszmarną wiadomość: kuchnia zamknięta. Zrezygnowani kupiliśmy więc od niego ostatnie, zimne kawałki zapiekanki ziemniaczanej oraz parę muli w sosie pomidorowym z chorizo. Zajęliśmy stolik i gapiąc się na mecz apatycznie przeżuwaliśmy resztki tapasów. Od czasu do czasu ktoś się odrywał od jedzenia rzucając do reszty, że może i zimna, ale całkiem niezła ta zapiekanka. Ktoś bez entuzjazmu zamruczał coś w odpowiedzi, inni uprzejmie domruczeli swoje refleksje i oglądaliśmy dalej.

 

Następnego dnia lało. W planach było zwiedzanie Santander, więc po śniadaniu opencerzeni sztormiakami mieliśmy już wyruszać, gdy nagle złożyła nam niespodziewaną wizytę hiszpańska służba celna. Gdzieś głęboko z podświadomości wypełzało dziwne deja vu związane ze zlepkiem „hiszpańskości” i tego, że „nikt się nie spodziewa”… Odpędziłam jednak od siebie bezużyteczny ciąg skojarzeń, bo Panowie służbiści szybko obejrzeli papiery i dali nam spokój, więc wyprysnęliśmy z łódki, żeby zdążyć na autobus do miasta. Właściwie nie jestem pewna, ale chyba gdzieś od tego momentu na dobre rozpoczęliśmy konwersacyjny maraton. Kuba dyskutował z Magdą, a Remi zagadywał Mateusza, któremu niewiele trzeba, żeby się rozpędzić w wieloaspektowych dywagacjach. Sama robiłam fotki wtrącając sporadycznie jakieś uwagi do podsłuchanych rozmów lub chwaląc się komu popadnie ujęciem ze znieruchomiałą czaplą. Niestety dopiero Kuba docenił deszczowy krajobraz – uznał że jest bardzo kambodżańsko-wietnamski. Wyraził jedynie swoje ubolewanie nad sztucznością czapli.

 

Kiedy dojechaliśmy do miasta niebo się rozchmurzyło i zaczęło się robić upalnie. W pełnym słońcu Santander prezentowało się świetnie – bulwar wypełniały kawiarniane parasole, drogie butiki i restauracje z gwiazdkami Michelin, a w sąsiedztwie nabrzeża pyszniły się stylowe kamienice ozdobione bogatymi sztukateriami, wśród których udało mi się wypatrzeć kobiecą główkę otoczoną aureolą z macek ośmiornicy.

 

W Santander, tak jak w innych, dużych hiszpańskich miastach ulicami przechadzały się pozbawione kompleksów, przedsiębiorcze i barwne kuguary. Z Magdą podziwiałyśmy ich pewność siebie połączoną z idealnym wyczuciem stylu.

 

W mniej popularnej lokalizacji skusiliśmy się na dobrą kawę, przeszliśmy się na miejską plażę położoną u stóp wzgórza, na którym rozsiane są ogromne, luksusowe wille, aż w końcu zmęczeni prażącym słońcem znaleźliśmy miejsce na obiad – zgrabną knajpkę z zacienionym ogródkiem. Nie bez wahania postawiłam na grillowaną ośmiornicę. Wybór był słuszny, aczkolwiek zabrakło odświeżających liści sałaty z octem balsamicznym dla przełamania smaku. Na wspólnym stole pojawiły się też burgery (ponoć smaczne), pyszne kalmary w tempurze i zupełnie nieudany łosoś w blinach.
Kiedy wracaliśmy na jacht, żeby jeszcze tego samego dnia wyruszyć w dalszą drogę, sporadycznie robiłam jakieś zdjęcia odrywając się niechętnie od wciągających rozmów o… wszystkim.

Mokro, ale potem słonecznie

By on lip 24, 2014

Cydr zza pazuchy

By on lip 24, 2014

Najlepiej wspominam pobyt w Gijon [czyt. Chichą], gdzie spędziliśmy więcej czasu. Tam najważniejszym trunkiem objętym niejaką czcią jest lokalny, kwaśny cydr, który należy nalewać znad głowy i szybko wypijać, ale nie do dna. Resztkę wylewa się na ziemię. Przypuszczalnie dlatego, że spieniony smakuje lepiej, a ostatni łyk traci właściwości lekkomusujące. Nocne życie rozgrywało się raczej w...

Najlepiej wspominam pobyt w Gijon [czyt. Chichą], gdzie spędziliśmy więcej czasu. Tam najważniejszym trunkiem objętym niejaką czcią jest lokalny, kwaśny cydr, który należy nalewać znad głowy i szybko wypijać, ale nie do dna. Resztkę wylewa się na ziemię. Przypuszczalnie dlatego, że spieniony smakuje lepiej, a ostatni łyk traci właściwości lekkomusujące.
Nocne życie rozgrywało się raczej w tawernach i gospodach. Ich właściciele na stromych uliczkach wystawiali drewniane ławy razem z beczkami na zlewki cydru. Miejscowi przesiadywali w nich biesiadując całymi godzinami rechocząc radośnie z naszych żałosnych prób opanowania sztuki nalewania znad głowy. Nie szczędzili niegodnym neofitom paru lekcji właściwego postępowania z drogocennym napitkiem.

 

Flanerowanie w Gijon nie jest możliwe bez prażonych, słonych pestek słonecznika. Przypomniało nam się dzieciństwo – godziny spędzone na handlowaniu obrazkami samochodów z gum TURBO i pluciu łupinkami pod trzepakiem. Zwłaszcza Kuba chętnie zaanektował ten zwyczaj tubylców.

 

Szwendając się z Remikiem po zachodzie słońca w obcym mieście nie ma opcji, żeby nie poznać paru miejscowych. Przygoda czai się za każdym rogiem. Najpierw podczas spaceru z cydrem za pazuchą zagadaliśmy Panią w średnim wieku czy nie wie gdzie znajdziemy rynek ze świeżymi rybami. Otrzymaliśmy wyczerpującą odpowiedź w płynnym angielskim – dowiedzieliśmy się na jakiej ulicy są stoiska z owocami morza, w jakich godzinach działają, że najlepsza o tej porze roku jest ryba tuńczykopodobna nazywana Bonito (ślicznota – w swobodnym tłumaczeniu) i jak ją przyrządzić. Kiedy pochwaliliśmy się naszą narodowością, uprzejma nieznajoma bardzo się ucieszyła. Okazało się, że jej brat mieszka w Polsce i pracuje w Instytucie Cervantesa, a ona sama miała już okazję odwiedzić Warszawę i Kraków. Pożegnaliśmy się serdecznie dziękując za cenne porady kulinarne i ruszyliśmy dalej w noc.

 

Jeden zbieg okoliczności gonił następny. Przeszliśmy parę kroków i zobaczyliśmy neon „Warsaw” świecący nad jakąś restauracją. Remi wtargnął więc do środka i za pomocą języka kalamburów próbował ustalić z obsługą genezę owej, polskobrzmiącej nazwy. Staliśmy na zewnątrz z nieodłącznym słonecznikiem przez witrynę obserwując tę wciągającą pantomimę. W pewnym momencie pojawiły się ruchy, za które można wylecieć z hukiem z niejednego klubu – jak się potem dowiedzieliśmy Remi sugerował barmanowi, że może założyciel owego przybytku ochrzcił ją oddając niejako hołd słynnej urodzie Polek. Jednak prawdziwa historia pozbawiona była wątku miłosnego. Oto co się okazało po półgodzinnej ożywionej gestykulacji – podobno właściciel odwiedził niegdyś wszystkie najpiękniejsze miasta na świecie i stwierdził, że żadne z nich nie dorównuje Warszawie.

 

Cały ten tydzień minął pod znakiem wciągających rozmów i świetnego jedzenia. Następnego dnia bezbłędnie trafiliśmy na targ, gdzie zakupiliśmy świeże dzwonki „Ślicznoty” i słodką, zieloną fasolkę. Mateusz urządził mistrzowski popis kulinarny – ze względu na moje marudzenie znów zrobił ceviche z surowego Bonito na przystawkę, a resztę mięsa zamarynował w soku z pomarańczy z sosem sojowym oraz odrobiną imbiru i usmażył na patelni wyłożonej papierem do pieczenia, dzięki czemu ryba się nie rozpadła.

 

Na deser wciągnęliśmy pół soczystego arbuza. Było pysznie.

 

Ocean ze szpinakiem

By on lip 24, 2014

No money, no service

By on lip 24, 2014

Wreszcie przyszedł czas na opuszczenie Gijon. Pożeglowaliśmy więc w stronę Cudillero – malowniczej, górskiej wioseczki zbudowanej na skalistym zboczu. Dopłynęliśmy tam o zachodzie słońca. Zacumowaliśmy przy pontonowym pomoście i zorientowaliśmy się, że jesteśmy uwięzieni. Ze względu na remont niewielkiego basenu portowego jedynym legalnym sposobem na dotarcie na ląd, było podpłynięcie do wioski...

Wreszcie przyszedł czas na opuszczenie Gijon. Pożeglowaliśmy więc w stronę Cudillero – malowniczej, górskiej wioseczki zbudowanej na skalistym zboczu. Dopłynęliśmy tam o zachodzie słońca. Zacumowaliśmy przy pontonowym pomoście i zorientowaliśmy się, że jesteśmy uwięzieni. Ze względu na remont niewielkiego basenu portowego jedynym legalnym sposobem na dotarcie na ląd, było podpłynięcie do wioski pontonem. Łódka taka jak nasza wymaga odpowiedniej głębokości, wiedzieliśmy, że nabrzeże przy pierwszych zabudowaniach u stóp góry jest zbyt płytkie. Niestety póki co żadnego dmuchanego kajaka czy innego dighy nie posiadamy. Zdecydowaliśmy się więc na przejście z pontonu po rozrytym falochronie obok koparki z premedytacją omijając tabliczki z zakazem wstępu nieupoważnionym.

 

Okrążyliśmy port i mostkiem wantowym wkroczyliśmy do Cudillero. Trójka największych głodomorów czyli ja, Mateusz i Remi natychmiast zaczęła rozglądać się za smakowitą przegryzką. Powitały nas restauracyjki, w których turyści dziarsko zajadali smażone kalmary, ośmiornice i krewety popijając cydrem spienianym przez specjalny syfon ustawiony na każdym stoliku. Nieufnie spojrzeliśmy na tamtejsze białe krzesełeczka i równie białe parasole. Znaleźliśmy bardziej rustykalną tawernę na uboczu, gdzie przy kilku drewnianych ławach pod gwiazdami siedziało trochę miejscowych. Zamówiliśmy dwa tapasy i jedno danie główne – naprawdę nic specjalnego na trzy głodne osoby. Jednak młodociana, dość zblazowana kelnerka tylko westchnęła: „Mucho mucho mucho…”, pokręciła głową i podreptała do kuchni. Mimo niewątpliwej i oficjalnie stwierdzonej rustykalności wybranej knajpy, pod nasz stół podjechał ogromny syfon. Nie obeszło się bez kolejnej lekcji picia cydru oraz nalewania tym jakże wyrafinowanym urządzeniem. A potem podano nam jedzenie . No cóż, ledwo starczyło miejsca na stoliku. Całe szczęście mogliśmy zadzwonić po posiłki. Magda z Kubą zjawili się w idealnym momencie dzielnie pomagając nam wyczyścić talerze.

 

Rano obudziła nas pracująca koparka. Przejścia nie było nawet do kapitanatu, a wszyscy rozpaczliwie potrzebowaliśmy prysznica. Po wielu perypetiach dorwaliśmy człowieka z kapitanatu śmigającego na pontonie, któremu chcieliśmy wcisnąć pieniądze za cumowanie domagając się jednocześnie dostępu do łazienki. On jednak uśmiechając się szeroko rozłożył ręcę kwitując wszelkie dyskusje stwierdzeniem „no money, no service”. Solidarni w brudzie ruszyliśmy do Ribadeo.

 

Nie mieliśmy spektakularnych przygód na morzu, bo słabo wiało i większą część trasy trzeba było pokonać na silniku. Tylko przed Cudillero przy minimalnym wietrze pojawiła się ogromna fala, która wymęczyła zwykle bardzo odpornego Mateusza, kiedy pichcił obiad pod pokładem. W drodze do ostatniego portu trafiła się już kompletna flauta, więc znaleźli się chętni do oceanicznych kąpieli. Remi przez cały rejs obiecywał sobie, że wreszcie zakupi fajkę, która dopełni jego piracką stylizację. O fajce zapomniał, ale razem z Kubą będąc w fotograficznym szale, wywlekliśmy z bakisty puszkę szpinaku i stworzyliśmy kompozycję à la Papaj. Model zagrał koncertowo.

Pod górkę

By on lip 24, 2014

Rebajas w Ribadeo

By on lip 24, 2014

Z kolei Magda była wdzięczną i niestrudzoną towarzyszką długodystansowego shoppingu. W Gijon i Ribadeo z dziewczyńskim zapałem uganiałyśmy się za wszelkimi „rebajas”. I właściwie dla mnie największą radochą nie było kupowanie, ale sam proces – wspólne poszukiwanie najbardziej hiszpańskiej pamiątki, przymierzanie okularów, sukienek, stroików z woalką czy kolejnych espadryli....

Z kolei Magda była wdzięczną i niestrudzoną towarzyszką długodystansowego shoppingu. W Gijon i Ribadeo z dziewczyńskim zapałem uganiałyśmy się za wszelkimi „rebajas”. I właściwie dla mnie największą radochą nie było kupowanie, ale sam proces – wspólne poszukiwanie najbardziej hiszpańskiej pamiątki, przymierzanie okularów, sukienek, stroików z woalką czy kolejnych espadryli.

 

W Ribadeo tuż przy marinie wyrosła scena, na której do późna grali muzykę na żywo. W przerwach obok w małej budce otwierało się okienko i swój popis rozpoczynał DJ pochylony nad konsolą nie dający odpocząc rozbawionej publiczności. Kiedy budka się zamykała, znów podnosiła się kurtyna i ruszał występ kolejnego zespołu na głównej scenie. Idealny przepis na zabawę do upadłego. Sami daliśmy się porwać pląsom. Nazajutrz okazało się, że feta jest dwudniowa, więc zafundowaliśmy sobie powtórkę z poprzedniego wieczoru, ale z jeszcze większym przytupem.

 

map_w10

comments powered by Disqus
Partnerzy projektu: sennheisergdy_logo sailservice_logo_partnerswind_logo_partnerscodezero_logo_partnersnord_boat_small    

Patroni medialni:


Zagle_logo_rtb      Podroze_logo_rtb            RG logo
Di solito, i piedi diventano freddi e una sensazione di bagnato può essere sentito. Ma, questo paio di stivaletti è stato progettato Ugg scontati prudenti le decisioni di sottoscrizione cura, in modo da ottenere tutta l'intimità e la secchezza si dovrebbe. Gli stivali vi aiuterà anche a stoppino via l'umidità permettendo quindi quantità aria libera. Questo non significa che replica borsetta molto a buon mercato. Invece, erano Chanel borsa budget mila. Tuttavia, come il prezzo medio che sono di una borsa Chanel fino a $ 200. Ugg outlet Riceverete le caratteristiche, versatilità, questi vantaggi regolarmente pecore e struzzi, non di pelle marchio Chanel. Questo è importante, non tutti firmati a buon mercato borse chanel e spendere più di 1.000 dollari USA. Esempi del progettista attuale borse Chanel basso un gran numero. Ugg Saldi Dammi il miglior consiglio con la valvola prima di investire in "prezzo originale, sostenendo che molto più ragionevole. Borsa Chanel buona copia, infatti, confrontare l'originale e la copia, il divario tra voi.