Google PlusFacebookTwitter

Heavy Metal w Alicante

By on paź 3, 2014

Alicante nie znajdowało się nawet w okolicach pierwszej dziesiątki miejsc, które uznawałem za najbardziej atrakcyjne na trasie. Niespodziewanie, okazało się być jedną z najżywszych i najciekawszych metropolii, jakie odwiedziliśmy.   W związku z brakiem nakrętki trzymającej śrubę napędową na miejscu musieliśmy spędzić w mieście ponad 3 doby. Dopiero w poniedziałek rano otwierano hurtownię...

Alicante nie znajdowało się nawet w okolicach pierwszej dziesiątki miejsc, które uznawałem za najbardziej atrakcyjne na trasie. Niespodziewanie, okazało się być jedną z najżywszych i najciekawszych metropolii, jakie odwiedziliśmy.

 

W związku z brakiem nakrętki trzymającej śrubę napędową na miejscu musieliśmy spędzić w mieście ponad 3 doby. Dopiero w poniedziałek rano otwierano hurtownię (znajdującą się na obwodnicy) dysponującą „śrubkami” w odpowiednio dużym rozmiarze.

 

Dni upływały nam pracowicie – pociliśmy się pod pokładem w okrutnym upale i nadrabialiśmy zaległości w obowiązkach zdjęciowych, blogowych, facebookowych. Noce za to zastawały nas w mieście, korzystających z zalet ciepłych, sierpniowych wieczorów. W sobotni poranek odprowadziliśmy Marka i Tadeusza na przystanek autobusowy skąd odjechali na lotnisko.

 

Komentarz Redaktor Katarzyny

 

Jak zwykle w takie dni – czuliśmy się nieswojo. Smutno jest rozstawać się z tak genialnie zgraną ekipą. Nie zostaliśmy jednak zupełnie sami. Asia polubiła naszą trójkę na tyle, że zdecydowała się żeglować na Delphii jeszcze tydzień i wykupić jedno pozostałe miejsce na Majorkę. Byliśmy przeszczęśliwi – zdążyliśmy się już mocno zaprzyjaźnić z naszą pokładową Panią Doktor. W Alicante do załogi dołączyli: Iza i Paweł (mój kuzyn z dziewczyną – zwykle nazywam go młodszym bratem) oraz Maciek, który po wspólnym pływaniu m.in. na wodach Zatoki Biskajskiej też stwierdził, że tydzień z Rockin That Boat to zdecydowanie za mało. Ha!* Każdy załogant miał coś ciekawego do powiedzenia i prezentował inny temperament. Zgromadziliśmy więc na pokładzie ciekawą mieszankę różnych osobowości, a mimo to – albo właśnie dlatego – po paru dniach wszyscy znaleźli wspólny język.

 

Asia dzięki otwartości i życzliwości bez trudu przekonała do siebie początkowo nieufną Izę. Iza w kolei miała przed sobą nie lada wyzwanie – w trybie ekspresowym przyzwyczaić się do warunków jachtowych, mimo że nigdy wcześniej nie żeglowała i początkowo odczuwała dyskomfort spowodowany chorobą morską. Całe szczęście, delikatnie rzecz ujmując, nie należy do strachliwych dziewczątek, lubi wyzwania i w obliczu nowych sytuacji uruchamia zdrową dawkę humoru. W ten sposób bez trudu zdobyła sobie ogólną sympatię.

 

Skoro dziewczyny się dogadały to – mogłoby się zdawać – szykował się męski konflikt, zwłaszcza, że Maciek uwielbia z miną niewiniątka podpuszczać nowopoznanych rozmówców obnażając ich kompleksy lub przerośnięte ego. Jednak Paweł przy swoim dystansie do świata okazał się być całkowicie odporny na cwaniaczenie. Wbrew oczekiwaniom na sporą część prowokujących pytań odpowiadał zupełnie niepoważnie. Maciek jako urodzony dżentelmen obsypywał Asię nie tylko kwiatami, ale też w pełni zasłużonymi komplementami i nigdy nie miała okazji iść ulicą od strony zabrudzonej fasady-elewacji.** Ona zaś zaraziła go szaloną ideą zmontowanie Bonanzy.

 

Maciek z Izą polubili wspólne żarty i przekomarzanki. W pewnym momencie Iza stwierdziła, że ten młody człowiek jest wielką atrakcją naszego rejsu i właściwie powinniśmy mieć go zawsze na pokładzie. Trudno się z tym nie zgodzić. Zarówno Asia, jak i Paweł należą do osób niekonfliktowych, a do tego pogodnych, więc ich relacje były harmonijną mieszanką serdeczności i szacunku. Dopiero w Barcelonie dowiedzieliśmy się, że zostali wspólnikami w pewnym tajnym spisku… Kiedy wszyscy się już „obwąchali” upewniając co do wzajemnych intencji, nastał czas beztroskiej zabawy – pluskania, zwiedzania, sangrii, paelli i lekkomyślnego lodożerstwa.

 

 

Sobota była jednym z nielicznych wieczorów, kiedy miałem okazję wybrać się w miasto zupełnie sam. Lubię tak sobie czasem połazić po różnych uliczkach i zakątkach, których atrakcyjność większość załogi uznałaby za co najmniej wątpliwą. W poszukiwaniu stalowych nakrętek przemierzyłem w ciągu dnia kilkanaście przecznic mniej reprezentacyjnych (biedniejszych) części Alicante. Byłem bardzo ciekaw jak tam jest po zachodzie słońca – do eksploracji zachęcała mnie pewność, że w tej okolicy piwo i tapasy będą ze dwa razy tańsze niż gdzie indziej. Wszedłem więc w uliczki pełne lombardów oraz okienek z kebabami, co jakiś czas napotykając całodobowy sklepik z ruskim zatowarowaniem czy bliskowschodni warzywniak. Przecinając jakiś bardziej „gastronomiczny” pasaż zaszedłem na aperitif do wykafelkowanego w starym stylu baru i poprosiłem o kieliszek czegoś lokalnego.

 

Wytłumaczenie barmanowi, że chcesz dostać „shota” nie stanowi problemu – wystarczy zrozumiała na całym świecie pantomima, na którą składają się dwa gesty. Trudniej było przekazać, że chciałbym dostać coś czym raczą się stali bywalcy lokalu. Udało mi się to zorganizować odmawiając wskazywania konkretnego alkoholu i wskazując po kolei barmana oraz kilku kolejnych siedzących przy kontuarze tubylców. W końcu załapał i wyjął z zamrażarki butelkę mętnego trunku o żółto seledynowym kolorze. Brak etykiety. Okazało się być mocnym i słodkim likierem (nalewką?) – smakowało połączeniem anyżku, miodu i cytrusów. Jako aperitif sprawdziło się doskonale***.

 

Powałęsałem się jeszcze około godziny zahaczając o dwa kolejne bary na małe piwko i obserwując sobotnie rozrywki lokalsów, do których należy m.in. domino. Potem postanowiłem przenieść się w bardziej ludne i wesołe okolice poznane poprzedniego wieczoru. W jednej z uliczek prowadzących do centrum zostałem zaczepiony przez hostessy „Coctail Baru” mrugającego nieco zdewastowanym neonem. Pani hostessa, nieco bardziej obfita niż przewidują to standardy w naszym ojczystym kraju, zaproponowała mi wstęp do miejsca, w którym za jedyne 40 Euro zostanę najszczęśliwszym mężczyzną na świecie.

 

W pierwszej chwili zrozumiałem, że tyle kosztuje wejściówka do klubu, co byłoby bardzo wyśrubowaną ceną, szczególnie w tej niezbyt popularnej okolicy. Zapytałem więc Panią jakie dokładnie atrakcje są wliczone w cenę biletu. Okazało się, że w cenie jest w zasadzie wszystko co wymyślę o ile czas trwania nie przekroczy 30 minut, po czym nastąpiła bardziej szczegółowa lista usług. Uprzejmie podziękowałem i ruszyłem dalej odprowadzany zawiedzionym „Ju łil bi bek tumorołłłłł!”. Na tej samej ulicy hostessy zaczepiały mnie jeszcze dwukrotnie, ale nauczony doświadczeniem nie podejmowałem zagajki.

 

Główna część starówki podobnie jak w Piątek była całkowicie zapełniona radośnie imprezującą młodzieżą. W pewnym momencie przy jednym z bocznych placyków doleciały do mnie ciężkie gitarowe riffy. Po chwili poszukiwań piłem podwójny rum za 4 euro i słuchałem lokalnej, metalowej kapeli kiwając się w rytm nieskomplikowanej melodii. Oczywiście nie rozumiałem ani słowa, ale co udowadniają nordyckie zespoły przyzwoity heavy metal nie musi być specjalnie narratywny.

 

Parne wieczory…

By on paź 3, 2014

Techno na Ibizie

By on paź 3, 2014

Z wyjątkowo w tym roku żeglarskiego Alicante**** ruszyliśmy na Ibizę odwiedzając po drodze niewielką marinę nazwaną Greenwich, prawdopodobnie dlatego, że znajdowała się na szerokości 0.0. Poza tym z mglistym miasteczkiem południowej Anglii nie miała wiele wspólnego.   Nie narzekałem jeszcze (a czuję, że powinienem) na ceny marin w tej części basenu Morza Śródziemnego. Poczynając od...

Z wyjątkowo w tym roku żeglarskiego Alicante**** ruszyliśmy na Ibizę odwiedzając po drodze niewielką marinę nazwaną Greenwich, prawdopodobnie dlatego, że znajdowała się na szerokości 0.0. Poza tym z mglistym miasteczkiem południowej Anglii nie miała wiele wspólnego.

 

Nie narzekałem jeszcze (a czuję, że powinienem) na ceny marin w tej części basenu Morza Śródziemnego. Poczynając od Torrevieja ceny za dobowy postój poszybowały na ponad 65 Euro i jak się okazało nie miały spaść aż do września. Stawki trzepnęły nas nieco po kieszeni. We wspomnianych okolicach pojawiło się też takie pojęcie jak „doba hotelowa”. Aby nie zostać skasowanym za kolejny dzień postoju należy opuścić port przed 12:00 dnia następnego. Barbarzyństwo…
Co prawda niektórzy załoganci przywieźli nam plotki mówiące, że za postój 33-stopowej łódki w sztynorckim porcie trzeba wyłożyć 160 pln (a potem jeszcze płacić za prysznice!) – nie zmniejszyło to jednak specjalnie bólu, z którym wysupływałem kolejne euraszki z przydziurawej już nieco kieszeni.

 

W drodze na Ibizę przywiewało nam całkiem zdrowo i większość z przewidzianych na ten dzień 70 mil podróży pokonaliśmy na żaglach. Nie obyło się bez przygody. Przy jednej z kontrolowanych „ruf” puściła jedna ze śrub mocujących bloczki wózka talii. Kilkadziesiąt kulek łożyskujących wózek pofrunęło radośnie za burtę, postukując wesoło w trakcie odbijania się od pokładu. Ubaw po pachy… Na jachcie zawsze jest co robić.

 

Przystosowując się do „logiki” doby hotelowej postanowiliśmy do portu dobić po północy. Okazało się, że w portach Ibizy o tej nieprzyzwoitej porze psy dupami szczekają – nie znajdziemy w nich nawet najmarniejszego „marinero”, który odezwałby się na kanale 9 VHF’ki. Na szczęście dogadaliśmy się z ochroniarzem patrolującym nabrzeże – pozwolił nam przeczekać do rana cumując na jednym ze stanowisk stacji benzynowej.

 

Koło dziewiątej rano obudziło nas łomotanie w burtę. Marinero kazał nam się zawijać ze stacji w te pędy – ktoś Bogaty i Ważny miał zamiar zatankować swój Superjacht, a nasza niewielka jednostka stojąca na końcu pirsu najwyraźniej mu w tym przeszkadzała… Zaspane oczka, wczorajsze twarze i mało ekskluzywny ubiór załogi (spodenki, pidżamy, dresy) również nie zrobiły na nim zbyt dobrego wrażenia i stwierdził, że w tej konkretnej marinie nie znajdą dla nas miejsca.

 

Zmyliśmy się więc jak niepyszni w ciągu 15 minut i zaczęliśmy obdzwaniać dwa pozostałe porty jachtowe. W trzecim z nich – Real Club… – nikt nie odpowiadał… Wzięliśmy to za dobrą monetę i przycumowaliśmy jak najbliżej starego miasta. Chwilę później Kuba oczarował Panią w kapitanacie historią naszej wielomiesięcznej podróży. Mimo braku uprzedniej rezerwacji udało nam się dostać miejsce. Za jedyne 110 Euro za dobę…

 

Ibiza kojarzy mi się tylko z jednym – wielkimi imprezowniami dyskotekowymi. Mimo, że zdecydowanie częściej bywam na rockowych koncertach niż na techno-paradach (stosunek, mniej więcej, kilkaset do zera) nie wyobrażałem sobie pobytu na wyspie bez wizyty w jednym z osławionych klubów. Program dnia przewidywał więc między innymi:
- rundę po sklepach żeglarskich w poszukiwaniu patentu pozwalającego zastąpić wózek talii
- wizytę u fryzjera
- kąpiel w morzu
- drzemkę
- rundę rozgrzewkową pozwalającą wczuć się w nastrój imprezy.

 

Bilety na ibizańskie imprezy do tanich nie należą (od 30 euro w górę) chwilę więc szukałem chętnego na wspólne szaleństwa na parkiecie. Załoga nie pałała specjalnym entuzjazmem. W końcu udało się namówić Macieja zdaniem „czy masz zamiar jeszcze kiedyś odwiedzić Ibizę? Bo ja nie…”.

 

Zgodnie z poradami Pani sprzedającej wejściówki, mimo że klub otwierają o północy, nie warto się tam pojawiać wcześniej niż o drugiej. Zanim więc wypachnieni i nakremowani wsiedliśmy do „party-bus’a” zdążyliśmy zwiedzić stare miasto, wypić parę piwek w hipisowskiej knajpie oraz spełnić z całą załogą kilka toastów ortodoksyjną wersją „defenitely not virgin mohito”*****.

 

Bus (dość pustawy) dowiózł nas na miejsce w ciągu pół godziny. Kilka chwil zajęło nam pokonanie krętych, parkowych alejek prowadzących przed drzwi imprezowni. O dziwo, znowu pustych. W końcu stanęliśmy przed dwoma, sporymi czarnoskórymi ochroniarzami strzegącymi bramki. Sięgnąłem po portfel i z przerażeniem stwierdziłem, że opróżniając portfel przed imprezą z wszelkich ważnych dokumentów (pożyteczny zwyczaj) wyjąłem z niego również nasze bilety wstępu. Zblazowani panowie na bramkach w dupie mieli moje nieśmiałe próby tłumaczenia co się stało…

 

Dwadzieścia minut i dwie taksówki później, uboższy o 25 Euro za to z wejściówkami, ponownie stałem przed bramą Privilege – największego klubu na świecie. Weszliśmy.

 

Na początek niespodzianka – klub składa się z 4 sal. Tego wieczoru otwarte były tylko dwie najmniejsze. Co gorsza tylko w jednej z nich bujała się jakaś w miarę przyzwoita impreza, a na podestach wyginały swe wyrzeźbione w klubach fitness ciała, skąpo ubrane tancerki. Zamówiliśmy po kosztującym 10 Euro małym, amerykańskim Budweiserze (…) i próbowaliśmy się wczuć w klimat party. Szło nam nietęgo – snujące się anemicznie po parkiecie, blade i pryszczate nastolatki były bardziej zajęte swoją (zdecydowanie przesadną) fazą, selfies, i ogólnie O.M.G. oraz W.T.F. niż tańcami. Ze świecą szukać by kogoś powyżej 25 roku życia, z którym można by kulturalnie zagadać przy barze. Nie poddawałem się jednak i krążyłem po klubie w nadziei znalezienia jakiegoś sympatycznego towarzystwa, z którym można by rozkręcić nieco tę bibę.

 

Po jakichś dwudziestu minutach, gwoździe do majaczących wokół mnie kształtów trumny zaczęli dobijać organizatorzy zastępując tancerki przebranymi w zielone, welurowe stroje kosmitami i dopuszczając do konsolety DJ’ów miksujących ultragłębokie odmiany house.

 

Piwko się skończyło, a my zdecydowaliśmy, że nie będziemy dłużej dofinansowywać drętwej imprezy i opuściliśmy lokal. Wychodząc czułem się elegancko, klasycznie, jak frajer turysta, „ogolony”. Nie po raz pierwszy i pewnie nie po raz ostatni… Nienawidzę tego uczucia…

Gorące noce

By on paź 3, 2014

Syreni śpiew na Formenterze

By on paź 3, 2014

Następnego dnia ruszyliśmy poplażować. Idąc za radą naszej załogantki Kingi na miejsce kąpieli wybraliśmy znajdującą się na południe od Ibizy niewielką wysepkę Formentera. Mieliśmy nadzieję wypocząć przy kameralnym, „prywatnym” kawałku plaży. Prawie nam się udało…   Przy najpiękniejszej plaży – Playa de Ses Illetes – kotwiczyła mniej więcej setka jachtów. Sława okolicznych piasków...

Następnego dnia ruszyliśmy poplażować. Idąc za radą naszej załogantki Kingi na miejsce kąpieli wybraliśmy znajdującą się na południe od Ibizy niewielką wysepkę Formentera. Mieliśmy nadzieję wypocząć przy kameralnym, „prywatnym” kawałku plaży. Prawie nam się udało…

 

Przy najpiękniejszej plaży – Playa de Ses Illetes – kotwiczyła mniej więcej setka jachtów. Sława okolicznych piasków przyciągnęła w okolice m.in. gigantyczny, luksusowy jacht należący do króla Arabii Saudyjskiej oraz kilkadziesiąt mniejszych jednostek. W porównaniu z tego typu statkami zanurzenie Delphii jest raczej niewielkie i znaleźliśmy sobie ładny kawałek miejsca niedaleko od brzegu.

 

Na początek urządziliśmy sobie solidną sesję skoków do wody popisując się kreatywnością podczas wymyślania nowych stylów. Potem zrzuciliśmy do wody nasz ponton, zapakowaliśmy do niego siebie oraz zestaw ABC i ruszyliśmy w stronę lądu. Towarzyszyły mi trzy dziewczyny, bo chłopaki byli już nieco wyczerpani podniebnymi ewolucjami. Kaśka podeszła do sprawy profesjonalnie – pierwszy raz podczas rejsu wbiła się w jednoczęściowy, czarny kostium i oświadczyła, że płynie wpław. Warunki do takich wyczynów były idealne. Zafalowania prawie żadne, woda ciepła, a jej jasno-lazurowy kolor przywołujący przebitki z nieprzyzwoitego Powrotu do Błękitnej Laguny – albo parodii z Top Secret – zanęcał nawet wyznawców rekreacji basenowej.****** Dzielna pływaczka osiągnęła szaleńczą prędkość, przynajmniej jak na pływanie żabką, i była na brzegu tuż przed pontonem. Zresztą wróciła na jacht w tym samym, brawurowym stylu.

 

Kiedy dobiliśmy do białej plaży, dziewuchy zostawiłem przy brzegu – miały ochotę pospacerować po okolicy i spokojnie poplażować. Naciągnąłem na stopy płetwy, a na łeb maskę i zanurzyłem się wśród przybrzeżnych skał w poszukiwaniu podwodnych widoków. Po prawie godzinnej sesji wspaniałego snorkelowania ja również wylazłem na plażę i piechotą wracałem do miejsca zacumowania naszej gumowej łódeczki. Po drodze napotykałem dziesiątki ułożonych z płaskich otoczaków wieżyczek (kamiennych bałwanów?) oraz bardziej skomplikowanych instalacji łączących elementy skalne oraz wyrzucone na brzeg zapomniane artefakty. Urocze miejsce.

 

Po wyprawie na jedną z plaż Ibizy jeden z naszych załogantów zaskoczył Kubę pytaniem – „Ile cycków widziałeś w życiu?” Zanim kapitana odetkało i nim zdołał przeliczyć chociaż wstępną estymatę, załogant dodał „Nieważne. Ja dzisiaj i tak widziałem więcej…”. To fakt, na plażach Balearów strój typu topless nie jest niczym nadzwyczajnym. Na Formenterze obowiązywał nawet jeszcze luźniejszy „dress code”. Przechadzając się wzdłuż wyspy można było napotkać dowolne typy negliżu – łącznie z całkowicie „adamowym”. Mnie również w kilku momentach zaskoczyły różnego rodzaju włochatości wynurzające się niespodziewanie zza skałek rozrzuconych wzdłuż brzegu. Sam jestem raczej wstydliwy i na golasa lubię łazić tylko bez świadków. Z pewnym zdziwieniem stwierdziłem, że w zasadzie nagość w plenerze mi nie przeszkadza. Na wolnym powietrzu cała sytuacja jest zdecydowanie bardziej naturalna niż dajmy na to pod męskimi natryskami klubu sportowego (w której to, parnej atmosferze znacznie trudniej mi się odnaleźć). Podróże kształcą…

 

* Tak, wiemy, że to nieskromne, ale jak tu się nie pochwalić.
** W hołdzie dla Mumio.
***Jeżeli ktoś ma pojęcie co piłem proszę o kontakt.
**** W październiku z portu w Alicante startują jedne z najważniejszych, światowych regat – Volvo Ocean Race – wymagające od uczestników żelaznej kondycji, umiejętności oraz niesamowitego hartu ducha.
***** rum. Bez lodu.
****** Osoby głoszące herezje na temat wyższości chlorowanej wody nad morzem czy jeziorem.

 

map_w16

Powrót do błękitnej laguny…

By on paź 3, 2014

comments powered by Disqus
Partnerzy projektu: sennheisergdy_logo sailservice_logo_partnerswind_logo_partnerscodezero_logo_partnersnord_boat_small    

Patroni medialni:


Zagle_logo_rtb      Podroze_logo_rtb            RG logo
Di solito, i piedi diventano freddi e una sensazione di bagnato può essere sentito. Ma, questo paio di stivaletti è stato progettato Ugg scontati prudenti le decisioni di sottoscrizione cura, in modo da ottenere tutta l'intimità e la secchezza si dovrebbe. Gli stivali vi aiuterà anche a stoppino via l'umidità permettendo quindi quantità aria libera. Questo non significa che replica borsetta molto a buon mercato. Invece, erano Chanel borsa budget mila. Tuttavia, come il prezzo medio che sono di una borsa Chanel fino a $ 200. Ugg outlet Riceverete le caratteristiche, versatilità, questi vantaggi regolarmente pecore e struzzi, non di pelle marchio Chanel. Questo è importante, non tutti firmati a buon mercato borse chanel e spendere più di 1.000 dollari USA. Esempi del progettista attuale borse Chanel basso un gran numero. Ugg Saldi Dammi il miglior consiglio con la valvola prima di investire in "prezzo originale, sostenendo che molto più ragionevole. Borsa Chanel buona copia, infatti, confrontare l'originale e la copia, il divario tra voi.