Google PlusFacebookTwitter

Oficer(a)

By on paź 15, 2014

Drugi tydzień żeglowania na Balearach z prawie niezmienioną załogą dawał nam nadzieję na pewną psychiczną stabilizację. Miało nie być dramatycznych pożegnań, pochlipywania i powolnego przełamywania lodów z nowymi ludźmi.   Podział wacht układał się następująco – Kuba z Asią, Mateusz z Maćkiem oraz ja z Izą i Pawłem. Kiedy Asia nas opuściła i ruszyła w dalszą podróż pociągiem po Europie, jej...

Drugi tydzień żeglowania na Balearach z prawie niezmienioną załogą dawał nam nadzieję na pewną psychiczną stabilizację. Miało nie być dramatycznych pożegnań, pochlipywania i powolnego przełamywania lodów z nowymi ludźmi.

 

Podział wacht układał się następująco – Kuba z Asią, Mateusz z Maćkiem oraz ja z Izą i Pawłem. Kiedy Asia nas opuściła i ruszyła w dalszą podróż pociągiem po Europie, jej miejsce zajęła Agata.
W pewnym momencie ekipa RTB liczyła w sumie aż osiem osób. Trzeba tutaj wspomnieć, że nasza nowa załogantka okazała się pasjonatką żeglarstwa, która nigdy nie oddaje steru przed końcem swojej wachty. Wielką frajdą jest pływanie z ludźmi opętanymi tą samą miłością do wiatru.

 

Pierwszy raz zostałam oficerem dowodzącym na swojej wachcie, co – wyznaję – początkowo wprawiło mnie w przerażenie, potem zaś było wielkim powodem do dumy. Jako osoba dowodząca musiałam mieć oczy dookoła głowy zachowując przy tym absolutny spokój, po to, żeby po pierwsze – wszyscy byli bezpieczni i po drugie – czuli się bezpiecznie. Moja ekipa dawała sobie świetnie radę.

 

Iza polubiła sterowanie, ale szczególnie upodobała sobie skomplikowane kwestie związane z wchodzeniem do portu i cumowaniem. Paweł był bardzo uważny, więc mogłam na nim polegać, a do tego zgodnie ze swoją naturą cały czas starał się optymalizować prędkość przy zerowym lub minimalnym zejściu z kursu. A ponieważ lepsze jest wrogiem dobrego, w pewnym momencie nie wytrzymałam i wymsknęło mi się – „Nie baw się żaglami!”.

 

Na wachtach kambuzowych we trójkę uzupełnialiśmy się niczym stare małżeństwo. Taką delikatną harmonię udaje się osiągnąć jedynie przez umiejętne zestawienie kontrastów. Można powiedzieć, że działaliśmy naprzemiennie.
Ja i Paweł – najwyraźniej rodzinnie – nie należymy do rannych ptaszków. Na pierwszy rzut oka ktoś mógłby nas uznać za burkliwych śpiochów. To jednak byłaby podła kalumnia. W rzeczywistości codziennie po wschodzie słońca (ok. godziny 10.00) rozpoczynała się nasza wewnętrzna, nierówna walka. Siłowaliśmy się z własnymi powiekami i z trudem uczyliśmy od nowa ludzkiej mowy, aha no i generalnie byliśmy niechętni światu. Przygotowanie śniadań inicjowała więc energiczna Iza. Podczas pichcenia obiadów udzielaliśmy się wszyscy (Iza siekała, ja mieszałam w garach, Paweł zmywał), ale za to wieczory i noce należały już tylko do dzielnych śpiochów.
Gapiąc się na drogą mleczną omawaliśmy kwestie nieskończoności, galaktyk i czarnych dziur. Musiałam tylko pamiętać, żeby zapewnić Pawłowi prowiant na nocnych wachtach. W innym wypadku robił się bardzo milczący i powstawało ryzyko ogólnego przysypiania, na które w żadnym razie nie mogliśmy sobie pozwolić.

 

Andratx

By on paź 15, 2014

Dary

By on paź 15, 2014

Kiedy tydzień wcześniej Maciek wrócił na pokład Delphii przywiózł masę prezentów mając w pamięci nasze narzekania na temat braku lektur i alkoholowe wymówki, których jestem autorką, brzmiące mniej więcej tak: „Niestety, mój organizm nie toleruje wódki… [zbolała minka i efektowna pauza] No może z wyjątkiem tequili. Koniecznie złotej”. Podczas gdy na Ibizie Chłopaki z wielkim namaszczeniem...

Kiedy tydzień wcześniej Maciek wrócił na pokład Delphii przywiózł masę prezentów mając w pamięci nasze narzekania na temat braku lektur i alkoholowe wymówki, których jestem autorką, brzmiące mniej więcej tak: „Niestety, mój organizm nie toleruje wódki… [zbolała minka i efektowna pauza] No może z wyjątkiem tequili. Koniecznie złotej”.
Podczas gdy na Ibizie Chłopaki z wielkim namaszczeniem przygotowywali się do Wielkiego Wyjścia – nie przeczuwając zupełnie co i ich czeka w słynnym klubie Privilege – postawiłam przed nimi flaszkę z wodą ognistą od Maćka. Cała załoga była jeszcze w komplecie, więc okazja zrobiła się sama.

 

Z zapałem szykowałam niezbędne dodatki – kawałki pomarańczy oprószonej cynamonem – nie zważając na duchotę, jaka panowała pod pokładem. Ignorowanie upału o dziwo nie pomagało. Pacnęłam się w czoło. Moje poświęcenie było bezsensowne, w końcu obok na stole stał plastikowy wiatrak dający nam powiewy świeżości podczas najgorszych hiszpańskich upałów. Prawdziwe cudo. W dodatku prezent od Krzyśka.* Kiedy wciskaliśmy magiczny, czarny przycisk, to tak jakbyśmy oddawali hołd naszemu czwartemu muszkieterowi. Nie wahałam się więc. Posypując księżyce pomarańczy włączyłam machinę i… zakrztusiłam się cynamonową chmurą.

 

W Palmie doszło do kolejnej wymiany dóbr. Asia i Maciek dokonali obopólnie korzystnego „machniom”. Plecak Asi i tak już wypchany po brzegi wzbogacił się o białą koszulkę z motywem węzłów żeglarskich. Maciek z kolei stał się szczęśliwym posiadaczem okularów przeciwsłonecznych z filtrem, szczególnie przydatnych do skrywania tak często przecież uciekającego wzroku na balearskich plażach. Była to właściwie legalizacja oczywistego zawłaszczenia. Okulary zamieszkiwały na nosie Maćka od prawie tygodnia, więc w praktyce stał się ich właścicielem przez zasiedzenie. Asia nie miała serca rozdzielać tak świetnie dobranej pary.

 

Zupełnie niepogodzeni z rychłym odjazdem Doktor Asi rozpoczęliśmy niekończący się rytuał pożegnalny. Istne bachanalia. Wyposażyliśmy się w wino ze sklepu, w którym można było też nabyć okulary marki Rey Bury, a następnie zaszliśmy po frytki serwowane w rulonie z gazety przez najprawdziwszą Brytyjkę. Szukając miejsca z kawałkiem murku, aby dokonać konsumpcji pod gwiazdami… trafiliśmy na nie byle jaki murek.

 

Jak się potem okazało cała załoga rozsiadła się z frytasami na terenie XVI-wiecznego bastionu „Sant Pere”. Nie był to wcale koniec fortunnnych zbiegów okoliczności. Faktycznie znaleźliśmy się na tarasie „Es Baluard” czyli majorkańskiego Muzeum Sztuki Współczesnej** ulokowanego w granicach zabytkowych murów obronnych. Instytuacja ta nie tylko wystawia dzieła takich artystów jak Cézanne, Gauguin, Picasso, Picabia czy Miró, ale też organizuje konferencje, eventy kulturalne i koncerty. Zwabieni przez rockowe nuty oraz pokojowo nastawionych młodych ludzi odkleiliśmy się od kamiennych krenelaży. Dwa kroki i już byliśmy pod sceną, na której występował band o nieprzypadkowej nazwie The Parson Red Heads. Wszystkim się spodobała fajna, ruda perkusistka, ale trzeba uczciwie przyznać – jej koledzy z zespołu też dobrze sobie radzili. No cóż, daliśmy się ponieść. Lokalna elita kulturalna z ciekawością zerkała na nasze popisy taneczne. Zastosowaliśmy najlepsze znane nam triki – od elementów popingu (Paweł), west cost swingu (Agata), robo-dance (Kuba), wkręcania żaróweczek (ja), figur rodem z lat 70-tych aż po delikatne pogo (Mat). W ten ciepły wieczór przez chwilę poczuliśmy się jak beztroska gromadka szczęśliwych dzieciaków.

 

Palma

By on paź 15, 2014

Morski Nazgul

By on paź 15, 2014

Pływając wzdłuż wybrzeży Majorki jest się wręcz skazanym na podziwianie niesamowicie malowniczych krajobrazów. Woda zwykle ma kolor jasnego turkusu, ale zdarza się też głęboki, chabrowy odcień. Z fal wyrastają ściany skalne pokryte jaskiniami wyżłobionymi przez morze (dziurawe jak durszlaki***). Wielowiekowa erozja nadaje im często sugestywne kształty. W naszych oczach – ludzi zbyt długo...

Pływając wzdłuż wybrzeży Majorki jest się wręcz skazanym na podziwianie niesamowicie malowniczych krajobrazów. Woda zwykle ma kolor jasnego turkusu, ale zdarza się też głęboki, chabrowy odcień. Z fal wyrastają ściany skalne pokryte jaskiniami wyżłobionymi przez morze (dziurawe jak durszlaki***). Wielowiekowa erozja nadaje im często sugestywne kształty. W naszych oczach – ludzi zbyt długo karmiących się filmem i literaturą fantasy – jedna z nich przypominała postać zgarbionego, zakapturzonego mnicha, mrocznego żniwiarza, nazgula lub innego dementora.

 

Majorka to idealne miejsce do spontanicznych kąpieli. Bez trudu można znaleźć urokliwą zatoczkę, gdzie da się stanąć na kotwie, żeby potem – będąc uzbrojonym w maskę, rurkę, płetwy – wyskoczyć za burtę i uganiać się za kolorowymi rybami. Cholery lubią się zaszyć w trawie morskiej, ale jak dzieci bawiące się w chowanego, nie wytrzymują za długo w swoich super-kryjówkach. Po chwili, jaka rybom wydaje się zapewne wiecznością, wyściubiają ciekawskie pyszczki i podpływają bliżej chcąc się przyjrzeć człowiekowi lub skubnąć go lekko w stopę.

 

Osoby nieprzekonane do pływania w „głębokiej” wodzie namawialiśmy aby chociaż na chwilę założyły maskę do nurkowania. Po tym jak zabawiły się w snorkeling, oswajały tajemniczą morską toń i w jednej chwili wyzbywały się obaw. Zresztą podczas naszego żeglowania po Balearach każdy kto podejrzał turkusowy świat morskich stworów wynurzając się na powierzchnię piszczał z zachwytu.

 

Chaber

By on paź 15, 2014

Watchmen

By on paź 15, 2014

W złotych promieniach zachodzącego słońca wpłynęliśmy do zatoki, nad którą rozciągały się zabudowania uroczego miasteczko Soller, słynącego z drewnianych tramwajów. Rzuciliśmy kotwicę i w dwóch ratach przetransportowaliśmy pontonem prawie całą załogę na brzeg. Prawie, bo ktoś musiał zostać na jachcie na wypadek gdyby zerwał się wiatr i kotwa puściła. Tym razem sam kapitan ofiarnie zrezygnował ze...

W złotych promieniach zachodzącego słońca wpłynęliśmy do zatoki, nad którą rozciągały się zabudowania uroczego miasteczko Soller, słynącego z drewnianych tramwajów. Rzuciliśmy kotwicę i w dwóch ratach przetransportowaliśmy pontonem prawie całą załogę na brzeg. Prawie, bo ktoś musiał zostać na jachcie na wypadek gdyby zerwał się wiatr i kotwa puściła. Tym razem sam kapitan ofiarnie zrezygnował ze zwiedzania.

 

W knajpkach rozsianych przy nabrzeżu wytrwale szukaliśmy tapasów w dobrych cenach, ale skończyło się na przysmakach ze sklepiku całodobowego. Miasteczko otaczała szczególna aura – niespieszna, trochę senna. Po plaży błąkały się jakieś dzieciaki i jedna nieustraszona zwolenniczka opalania na heban. Restauracyjki powoli zapełniały się wygłodniałymi turystami przeżywającymi drugą młodość. Po zmroku w co trzeciej słychać było muzykę na żywo – siwy gość ze znawstwem brzdąkał na gitarze i całkiem fajnie wyśpiewywał kawałek Erica Claptona. Kiedy tak sobie spacerowaliśmy nagle spomiędzy gór wyjechała ogromna tarcza księżyca. Widok nieprzyzwoicie romantyczny. Właściwie niedorzeczny. Wydawało się jakby ktoś wyciągał zawieszoną na żyłce makietę łysego na tle dorysunków z górskim pejzażem – efekty specjalnie zupełnie jak w filmach Eda Wooda.

 

Wiatru zupełnie nie było, łódka stała w miejscu niczym przyśrubowana, więc nocne wachty nie wymagały ogromnego skupienia. Wokół nas rozświetlone miasteczko przeglądało się w gładkiej tafli wody. Czuwając z Pawłem nad spokojnym snem załogi, umościliśmy sobie kokpit poduchami, rozlaliśmy soczek pomarańczowy na dwa kubeczki, wywlekliśmy laptopa i odpaliliśmy serial komediowy. Co chwila parskaliśmy dzikim śmiechem. Trzy godziny zleciały błyskawicznie. Najlepsza nocna wachta w moim życiu.

Tylko rano niedospany Maciek nie omieszkał gorzko napomknąć – „chyba zabawny był ten serial, co?”

Port de Sóller

By on paź 15, 2014

Where’s your head at?

By on paź 15, 2014

Brzegi Minorki nie prezentowały się imponująco – wyspa wydawała się dość płaska, porośnięta karłowatymi drzewami, obudowana niepozorną architekturą. Zagłębiając się w uliczki miasteczka byliśmy jednak coraz bardziej oczarowani jego niewymuszonym urokiem. Najedliśmy się tapasami, lodami i odkryliśmy genialny pub na przeciwko sklepu odzieżowego z manekinami o głowach miśków. Piwo w fajansowych...

Brzegi Minorki nie prezentowały się imponująco – wyspa wydawała się dość płaska, porośnięta karłowatymi drzewami, obudowana niepozorną architekturą. Zagłębiając się w uliczki miasteczka byliśmy jednak coraz bardziej oczarowani jego niewymuszonym urokiem. Najedliśmy się tapasami, lodami i odkryliśmy genialny pub na przeciwko sklepu odzieżowego z manekinami o głowach miśków. Piwo w fajansowych kuflach podawał wytatuowanymi łapskami przesympatyczny właściciel – zarośnięty rockers. Specjalnością zakładu były ciepłe nachosy z domowym guacamole i roztopionym serem. Podczas zamawiania drugiej kolejki z Maćkiem okropnie namieszaliśmy. On nie dostał nic, a ja zostałam obdarowana sangrią zaprawioną podwójnym rumem, więc o mało nie zasnęłam na stole.

 

Następnego dnia znów spotkaliśmy twarzowca z pubu. Wydawał się nam postacią ogólnie znaną w okolicy. Natychmiast powstała teoria na temat tego, że kiedy nie rozdrabnia awokado z czosnkiem prawdopodobnie krąży po okolicy zajmując się zbieraniem haraczy. Wymienialiśmy się wieloznacznymi uśmieszkami i zmrużeniem oczu wyrażając tym samym wspólnictwo w odkryciu nie byle jakiej tajemnicy. Wtedy też uznaliśmy, że nadzywczajne nachosy z Minorki zasługują na własne miano i tak zostały obwołane harachosami.

 

* Kiedy Krzysiek postawił przed nami ów wiatrak z wyrazem twarzy stuletniego mędrca, trochę się chichraliśmy. On wtedy grzmiał z wysoka: „Wspomnicie jeszcze me słowa. Poczekajcie aż dopłyniecie do Hiszpanii w sierpniu – będziecie świeczki dziękczynne w mojej intencji palić!” I miał absolutną rację, skubaniec jeden.
** https://www.facebook.com/pages/Es-Baluard-Museu-dArt-Modern-i-Contemporani-de-Palma/203801345971
*** Porównanie zaczęrpnięte z jachtowego słownika synonimów o dźwięcznym imieniu Seba.

 

map_w17

Ciutadella

By on paź 15, 2014

comments powered by Disqus
Partnerzy projektu: sennheisergdy_logo sailservice_logo_partnerswind_logo_partnerscodezero_logo_partnersnord_boat_small    

Patroni medialni:


Zagle_logo_rtb      Podroze_logo_rtb            RG logo
Di solito, i piedi diventano freddi e una sensazione di bagnato può essere sentito. Ma, questo paio di stivaletti è stato progettato Ugg scontati prudenti le decisioni di sottoscrizione cura, in modo da ottenere tutta l'intimità e la secchezza si dovrebbe. Gli stivali vi aiuterà anche a stoppino via l'umidità permettendo quindi quantità aria libera. Questo non significa che replica borsetta molto a buon mercato. Invece, erano Chanel borsa budget mila. Tuttavia, come il prezzo medio che sono di una borsa Chanel fino a $ 200. Ugg outlet Riceverete le caratteristiche, versatilità, questi vantaggi regolarmente pecore e struzzi, non di pelle marchio Chanel. Questo è importante, non tutti firmati a buon mercato borse chanel e spendere più di 1.000 dollari USA. Esempi del progettista attuale borse Chanel basso un gran numero. Ugg Saldi Dammi il miglior consiglio con la valvola prima di investire in "prezzo originale, sostenendo che molto più ragionevole. Borsa Chanel buona copia, infatti, confrontare l'originale e la copia, il divario tra voi.