Google PlusFacebookTwitter

Czekolada i Białe Klify

By on cze 2, 2014

Trudno nam uwierzyć, że już od miesiąca praktykujemy życie pod żaglami. Mimo drobnych wypadków typu utopienie kabla, nieplanowane odpalenie pasa ratunkowego czy zgubienie czapki (która nawiasem mówiąc ostatecznie wcale się nie zgubiła), wszystko idzie dobrze, a my płyniemy ku kolejnym przygodom.   Nasza wizyta w Brugii była zdecydowanie za krótka. Ostatnio coraz częściej mamy to wrażenie –...

Trudno nam uwierzyć, że już od miesiąca praktykujemy życie pod żaglami. Mimo drobnych wypadków typu utopienie kabla, nieplanowane odpalenie pasa ratunkowego czy zgubienie czapki (która nawiasem mówiąc ostatecznie wcale się nie zgubiła), wszystko idzie dobrze, a my płyniemy ku kolejnym przygodom.

 

Nasza wizyta w Brugii była zdecydowanie za krótka. Ostatnio coraz częściej mamy to wrażenie – chcielibyśmy wrócić na Bornholm, do Amsterdamu i Belgii… a lista miejsc wciąż się wydłuża. Widocznie podróżowanie rozbudza żądzę wrażeń, którą coraz trudniej ugasić. Co będzie potem? Aż strach pomyśleć.

Krótko w Brugii

By on cze 2, 2014

Niestety dotarcie z mariny położonej w miasteczku Zeebrugge do stolicy czekolady nie było proste. Niby pociągiem dało się dojechać w 20 minut, ale dojście na najbliższą stację kolejową oznaczało 2-kilometrowy spacer. W sobotę okazało się, że pociągi nie jeżdżą. Dowiedzieliśmy się o tym po półgodzinnym świerknięciu na podejrzanie pustym peronie. Przeklinając internetową stronę z rozkładami jazdy,...

Niestety dotarcie z mariny położonej w miasteczku Zeebrugge do stolicy czekolady nie było proste. Niby pociągiem dało się dojechać w 20 minut, ale dojście na najbliższą stację kolejową oznaczało 2-kilometrowy spacer. W sobotę okazało się, że pociągi nie jeżdżą. Dowiedzieliśmy się o tym po półgodzinnym świerknięciu na podejrzanie pustym peronie. Przeklinając internetową stronę z rozkładami jazdy, szukaliśmy sposobu podłączenia się do sieci w miasteczku, żeby mimo nadszarpniętego zaufania do cyfrowych rozkładów znaleźć alternatywną opcję dojazdu.

 

Całe szczęście lokalsi podpowiedzieli nam inne rozwiązanie. Twierdzili, że wystarczy dojść do dalszej stacji, w pobliżu promu, która jest czynna w weekendy. Cudem udało nam się zdążyć na pociąg, ale złapaliśmy godzinne opóźnienie. Jakież było rozczarowanie załogi, gdy kontroler powiadomił nas o tym, że musimy wrócić już o 19.00, czyli godzinę wcześniej niż w dzień powszedni. Nie dane nam było zobaczyć Brugii nocą, czego bardzo żałujemy.

 

Brugia ma rzeczywiście niezwykły urok – średniowieczna architektura sprawia, że miasteczko wygląda jak plener do filmu o uwięzionych księżniczkach, smokach, dzielnych rycerzach i potężnych czarnoksiężnikach. Na każdym rogu można znaleźć sklep z prawdziwą belgijską czekoladą. W tych najlepszych wszystkie słodkości są podobno wyrabiane na miejscu. Lokalni wytwórcy w swoich domowych zakładach odlewają z masy kakaowej najróżniejsze kształty wzorując się chyba na porcelanowych bibelotach. Do nich zresztą Belgowie mają wyjątkową słabość. Popularne są zwłaszcza czekoladowe litery, zwierzątka, postacie, a nawet szparagi (?). Z mojej perspektywy najbardziej smakowicie wyglądały zwykłe, płaskie tabliczki czekolady z wtopionymi orzechami, chilli, kawałkami skórki pomarańczowej czy ziarnami kawy.

 

Z kolei czekolada pitna jest dziwna. Przypomina raczej kakao. W polecanej przez wszystkie światowe media miejscówce dostaliśmy ciepłe mleko i dwie czekoladki. Poinstruowano nas, że jedną należy rozpuścić w mleku, a drugą zagryzać. Było słodkie i smaczne, ale nie umywało się do gęstej, intensywnej czekolady, jaką serwuje pewna kawiarenka przy Monciaku.

 

Oczywiście, gdy chcieliśmy nakręcić krótki fragment video, nad stare miasto nadpłynęły ciemne chmury i zaczęło padać. Normalka. Próba przeczekania deszczu przy kawie w restauracjo-kawiarni się nie powiodła – gdy wparowaliśmy do środka z aparatem na statywie, obsługa stwierdziła, że właśnie zamyka. Kiedy biegliśmy na pociąg wyszło słońce, a po dojechaniu do Zeebrugge znowu zobaczyliśmy złowieszcze niebo i lunęło. I tak kolejny raz zostaliśmy zlani deszczem drepcząc ze stacji w stronę jachtu.

 

O cumowaniu w Zeebrugge nie byłoby sensu się rozpisywać, gdyby nie plankton. Późnym wieczorem kiedy wracałam spod prysznica, z mroku wyłoniły się sylwetki chłopaków, którzy w przypływie dziwnej ekscytacji biegali po pomoście. Jeden szukał patyka, drugi szamotał się po ciemku ze statywem i ustawiał kadr. Okazało się, że przypływ przyniósł do mariny fluorescencyjny plankton. Każde poruszenie wody sprawiało, że zaczynała intensywnie świecić i to w dodatku niebieskim blaskiem! Wrażenie było totalnie surrealistyczne, bardzo w stylu lat 70-tych.

Fairy Town

By on cze 2, 2014

Długo w Dover

By on cze 2, 2014

Po dotarciu do portu w Dover rozpoczęliśmy tygodniową przerwę w pływaniu. Zaplanowaliśmy na ten czas realizację sesji zdjęciowej, kręcenie filmów i edycję materiałów z wcześniejszych etapów wyprawy. Nie wspominam już o tak prozaicznych rzeczach jak pranie, zakupy żywieniowe i porządki na łajbie. Czekaliśmy też na ważną przesyłkę z Polski.

 

Szwendając się po miasteczku następnego dnia byliśmy zmoknięci i głodni. Prace wydobywcze oraz bosakowy monitoring dna – zakończony zresztą sukcesem (wyłowieniem utopionego kabla) – kosztował chłopaków sporo energii i nerwów. Do jednego z pubów przyciągał wydobywający się ze środka gwar ożywionych rozmów lokalnych mieszkańców. Zapach jedzenia i obietnica Guinessa też nie były bez znaczenia i z pewnością pomogły nam podjąć jednogłośną decyzję. Weszliśmy. Ciepłe, kaloryczne posiłki składające się z ryby/żeberek i frytek podane ze wspomnianym napitkiem – cieszącym się zasłużoną sławą dzięki kremowej piance – potrafią zdziałać cuda. Nawet odbudować morale w deszczowy dzień.

 

Cieszyliśmy się naszymi Guinessowymi wąsami, pogawędką i obserwowaniem stałych bywalców. Oni zresztą nie pozostawali nam dłużni. Przekrój wiekowy wśród osób przesiadujących w lokalu był szeroki. Obok wygłupiała się grupa młodzieży, dwa stoliki dalej plotkowały dwie dziarskie staruszki, z których jedna bardzo przypominała Pannę Marple (!), a z daleka łypał na nas pięćdziesięcioparoletni samotny smakosz London Pride o chmurnym obliczu. W pubie znalazło się miejsce dla każdego. I co dużo mówić – podobała nam się taka dywersyfikacja.

 

Przy wejściu swoją pintę osuszał bezwłosy osobnik w uniformie skinheada. Jego strój sprowokował wśród Załogi dyskusję o red skinach i genezie tej subkultury wywodzącej się z angielskich dzielnic robotniczych. Doszliśmy do punktu, w którym zastanawialiśmy się nad tym czy każdy skinhead musi propagować ideologię neonazistowską. Wtedy ów łysy jegomość wychodząc uścisnął dłoń czarnoskóremu kumplowi. Paradoksalnie, kiedy wróciliśmy do tego samego pubu dwa dni później, z sąsiedniej loży dolatywał do nas buńczuczny monolog o wszechobecnym wśród Brytyjczyków rasiźmie, upiększony francuskim akcentem właścicielki.

 

Niestety na ponad dwa tygodnie musieliśmy rozstać się z Krzyśkiem, który był naszą podporą* i wielkim trankwilizatorem. Jak już pisałam – jego podłe żarciki rozładowywały napięcia w załodze, a entuzjastycznym nastawienie do obowiązków żeglarskich w każdych, ale to absolutnie każdych warunkach pogodowych, udzielało się reszcie. Któregoś dnia pod koniec swojego pobytu, gdy skończył wachtę, obudził nas smakowitym śniadaniem i płytą Nicka Cave’a – co było oczywiście ukłonem wobec moich upodobań muzycznych. Z drugiej strony przeleciało mi przez myśl, że może jednak męczy go leciutkie poczucie winy za… nękanie nas swoją monolityczną playlistą?
Tak czy siak – czekamy niecierpliwie na powrót naszego czwartego muszkietera.

 

Mieszkańcy Dover wydają się dość uporządkowanymi ludźmi.** Potrafią być też bardzo otwarci i prawie na każdym kroku ujmują nas swoją uprzejmością. Czas wolny chętnie spędzają na świeżym powietrzu. Na klifach można spotkać sporo osób spacerujących z dziećmi, które idą dzielnie do samego końca szlaku, żeby jak najszybciej zabrać się za puszczanie latawców pod białą latarnią. Dorośli opanowują wtedy tea room, gdzie piją herbatę z mlekiem nalewaną z kwiecistych, porcelanowych imbryczków.

 

Widzieliśmy też mnóstwo szczęśliwych psiaków. Nic dziwnego, w końcu hodowla psów jest głęboko zakorzeniona w kulturze brytyjskiej. Zdarzają się małe, brodate teriery, które po zakończonej przechadzce po klifach, gdy Pani mości im posłanko w bagażniku samochodu, wskakują chyłkiem ze swoimi ubłoconymi łapkami na przednie siedzenie. Na ulicach nie brakuje też wyniosłych, pięknych wyżłów ignorujących wszystko co nie jest kaczką, chartów ubranych w szelki, pudli ostrzyżonych w stylu ladradoodli i kundelków zawsze skorych do zabawy. Najciekawiej jednak wyglądały dwa czarne labradory (jeden cały mokry) idące nieśpiesznie obok swojego Pana, które niosły w zębach szmaciane torby wypełnione zakupami. Jeden białą, drugi czerwoną. Oba strasznie dumne ze swojej misji.

 

Zdarzył nam się dzień pełen wrażeń. Choć Dover jest niewielkim portem (przynajmniej w porównaniu z Amsterdamem), oprócz klifów ma kilka żelaznych atrakcji. Jedną z nich jest dwunastowieczna, monumentalna forteca położona na wzgórzu. Wybraliśmy się na zamek, żeby nakręcić trochę materiałów video. Dzień był wyjątkowo słoneczny, zdjęcia poszły dość sprawnie, ale od śniadania zdążyliśmy zgłodnieć.

 

Schodząc w dół do miasteczka, mieliśmy zahaczyć o kolejny plener filmowy – ruiny romańskiego kościoła, które nadzwyczaj szczęśliwie sąsiadują z najstarszym pubem w miasteczku. A zatem mieliśmy przed sobą budynek z pobielonej cegły o dumnej nazwie White Horse. Na kredowej tablicy wypisano listę smakowicie brzmiących przekąsek w przyzwoitych cenach. Pełni nadziei na solidną przegryzkę, postanowiliśmy rzucić okiem na menu. Za barem stał właściciel, a na jednym z hokerów siedział szczupły, uśmiechnięty młody człowiek. Obaj przyglądali się nam życzliwie, kiedy niezgrabnie wkroczyliśmy do środka targając ze sobą cały sprzęt. W dość nisko sklepionym, przytulnym wnętrzu moją uwagę przyciągnęły odręczne napisy pokrywające całe ściany i sufit. Niestety kuchnia miała zostać otwarta dopiero za kilka godzin, więc aby na chwilę oszukać głód zamówiliśmy trzy różne, nalewane na miejscu piwa. Każde miało swój unikalny charakter i zgodnie z deklaracją sympatycznego właściciela – były wyjątkowo smaczne. Kuba szybko nawiązał z nim pogawędkę. Dowiedział się, że wnętrze zdobią pamiątkowe wpisy osób, którym udało się pokonać wpław Kanał La Manche/English Channel. Wkrótce wszyscy wciągnęli się w rozmowę. Zostaliśmy zasypani pytaniami – skąd jesteśmy, co tu robimy, jak podróżujemy. Opowiedzieliśmy więc w paru zdaniach o projekcie Rockin That Boat. Właściciel był żywo zainteresowany naszymi Nikonami.

 

I tak doszliśmy do rozwiązania zagadki, która kilka dni wcześniej spędzała sen z powiek Krzyśkowi: gdzie można dostać ładną pocztówkę z Dover? Przed swoim odjazdem do Polski biedny Krzysztof w poszukiwaniu widokówki nawiedził każde stoisko z pamiątkami, każdy sklepik papierniczo-podobny, każdy supermarket. Wszędzie były tylko kartki okolicznościowe oraz pocztówki z Londynu i innych miast, ale ani jednej z samego Dover. Wreszcie udało mu się odnaleźć coś wyjątkowo paskudnego, co z niesmakiem wypełnił pozdrowieniami przepraszając adresata za nieestetyczny nośnik i pobiegł na pocztę. Gdyby więc ktoś zmagał się z podobną zagwozdką, w pubie White Horse można nabyć naprawdę ładne kartki wydrukowane ze zdjęć wykonanych przez właściciela – zapalonego fotografa! Polecamy.

 

Z kolei tajemniczy gość siedzący przy barze chętnie przyznał się do swoich żeglarskich pasji i dał nam kilka bezcennych porad odnośnie miejsc, które musimy odwiedzić płynąc wzdłuż północnych wybrzeży Francji. Jedną ze wspomnianych przez niego ciekawostek jest wyspa Jersey – ponoć posiadająca własny, tropikalny mikroklimat (!). Na ulotce o zamku (jedynym skrawku papieru jaki mieliśmy ze sobą) wynotował miasta godne uwagi i opowiedział o ich największych atrakcjach. Beztrosko rzucał kolejne nazwy portów, trunków, przysmaków – posługując się przy tym nienagannym francuskim. Imponował też perfekcyjnym i bezpretensjonalnym strojem jakby żywcem wyjętym z filmów Wesa Andersona.

Zanim się pożegnaliśmy, dość nietaktownie zapytałam naszego błyskotliwego rozmówcę czym się właściwie zajmuje. Odpowiedział, że jest pracownikiem brytyjskiego Ministerstwa Obrony. Musieliśmy się ugryźć w język, bo ogarnęła nas przemożna ochota, aby na odchodnym podpytać o licencję na zabijanie…

Albion

By on cze 2, 2014

Supermutanci

By on cze 2, 2014

W sobotni wieczór po kolejnym dniu zdjęć, postanowiliśmy zaszaleć i zrobić sobie prezent z okazji wigilii Dnia Dziecka. Jak tylko skończyliśmy robotę przy video, wybraliśmy się do kina na „X-man:The Days Of Future Past”. W tym miejscu, wypada wspomnieć, że cała nasza trójka ma ogromną słabość do komiksów. Śledzimy więc też wszelkie filmowe adaptacje, zwłaszcza te, w których obsada...

W sobotni wieczór po kolejnym dniu zdjęć, postanowiliśmy zaszaleć i zrobić sobie prezent z okazji wigilii Dnia Dziecka. Jak tylko skończyliśmy robotę przy video, wybraliśmy się do kina na „X-man:The Days Of Future Past”. W tym miejscu, wypada wspomnieć, że cała nasza trójka ma ogromną słabość do komiksów. Śledzimy więc też wszelkie filmowe adaptacje, zwłaszcza te, w których obsada dobrze rokuje.

 

Zlokalizowanie kina w Dover nie jest najprostszą sprawą. Całe szczęście znów napatoczyliśmy się na miłego Pana z dwoma czarnymi labradorami (tak jak pisałam – to jest jednak niewielkie miasteczko). Dzięki jego wskazówkom trafiliśmy do podejrzanego zaułka, w którym znajdowało się wejście do kina ozdobione plakatami filmowymi. Kupiliśmy bilety, miejsca były nienumerowane. Weszliśmy na salę i nagle przenieśliśmy się w czasie. Sala kinowa urządzona w najlepszym razie dwadzieścia parę lat temu, w porównaniu z nieistniejącym kinem Jurand rozmiarem przypominała raczej małą, szkolną świetlicę. Po chwili zdziwiliśmy się jeszcze bardziej – gdy usiedliśmy po lewej w brudno-brzoskwiniowej ścianie otworzyły się podwójne drzwiczki odsłaniając okienko do sklepo-kawiarni.

 

Wokół nas większość miejsc zajęła grupa francuskich nastolatek i dwie młode Chinki. Seans się rozpoczął punktualnie, sklepik został zamknięty, a my utkwiliśmy wzrok na tym co się działo na ekranie – zamiast 3D zobaczyliśmy migające włosy, rysy i plamy na dość zużytej taśmie filmowej. Zaczęliśmy chichotać. Klimat tego miejsca ujął nas za serce. Przypominał o czasach wielogodzinnego stania w kolejce po bilety na Wejście Smoka albo oglądanie Gwiezdnych Wojen z rodzicami, którzy szeptem czytali napisy.

 

Kiedy akcja filmu osiągnęła apogeum, wyświetlono napis INTERMISSION, zapaliły się światła, znów otworzyły się drzwiczki, a francuskie małolaty pobiegły na papierosa. Nabyliśmy w sklepiku wodę i dwie czarne kawy podane w porcelanowych kubkach z uchem. Film nam się podobał, ale kinem byliśmy zachwyceni. I wtedy spotkała nas jeszcze jedna niespodzianka. Przy wyjściu właściciel rozdawał wszystkim skrawki starej taśmy z filmu Tron opowiadając z zapałem o tym, że oprócz kadrów zdjęciowych na jednej z krawędzi filmu możemy dojrzeć zapis ścieżki dźwiękowej. Każde z nas zabrało swój kawałek Tronu z wypiekami na twarzy, a potem poszliśmy na lody.
I to się nazywa Dzień Dziecka!

 

map_week_04

 

* choć moim zdaniem nadaje się też świetnie na żywy trap ;)
** w piątek widzieliśmy jak parkour’owcy próbują się tłumaczyć patrolowi policyjnemu z deptania trawy.

comments powered by Disqus
Partnerzy projektu: sennheisergdy_logo sailservice_logo_partnerswind_logo_partnerscodezero_logo_partnersnord_boat_small    

Patroni medialni:


Zagle_logo_rtb      Podroze_logo_rtb            RG logo
Di solito, i piedi diventano freddi e una sensazione di bagnato può essere sentito. Ma, questo paio di stivaletti è stato progettato Ugg scontati prudenti le decisioni di sottoscrizione cura, in modo da ottenere tutta l'intimità e la secchezza si dovrebbe. Gli stivali vi aiuterà anche a stoppino via l'umidità permettendo quindi quantità aria libera. Questo non significa che replica borsetta molto a buon mercato. Invece, erano Chanel borsa budget mila. Tuttavia, come il prezzo medio che sono di una borsa Chanel fino a $ 200. Ugg outlet Riceverete le caratteristiche, versatilità, questi vantaggi regolarmente pecore e struzzi, non di pelle marchio Chanel. Questo è importante, non tutti firmati a buon mercato borse chanel e spendere più di 1.000 dollari USA. Esempi del progettista attuale borse Chanel basso un gran numero. Ugg Saldi Dammi il miglior consiglio con la valvola prima di investire in "prezzo originale, sostenendo che molto più ragionevole. Borsa Chanel buona copia, infatti, confrontare l'originale e la copia, il divario tra voi.