Google PlusFacebookTwitter

Money for nothin’ and chicks for free…

By on wrz 20, 2014

Weekendy to dla nas bardzo intensywne dni. Jedną ręką żegnamy bieżącą załogę starając się uhonorować ich udział w wyprawie, podziękować za spędzony z nami czas oraz powspominać wspólne przygody. Drugą ręką sprzątamy „łajbę”, planujemy odbiór kolejnych współtowarzyszy oraz zakupy na kolejny tydzień rejsu. Gdzieś tam jeszcze trzeba zmieścić czas na realizację zdjęć oraz filmów, przygotowanie i...

Weekendy to dla nas bardzo intensywne dni. Jedną ręką żegnamy bieżącą załogę starając się uhonorować ich udział w wyprawie, podziękować za spędzony z nami czas oraz powspominać wspólne przygody. Drugą ręką sprzątamy „łajbę”, planujemy odbiór kolejnych współtowarzyszy oraz zakupy na kolejny tydzień rejsu. Gdzieś tam jeszcze trzeba zmieścić czas na realizację zdjęć oraz filmów, przygotowanie i zredagowanie kolejnego odcinka bloga, pranie pokładowej bielizny pościelowej, naprawy bosmańskie, zakupy żeglarskie i milion mniejszych, codziennych spraw…

 

Dorzućmy do tego ogródka jeszcze jeden mały kamyczek. Jesteśmy (stosunkowo) młodymi ludźmi, („krew nie woda” itd.) a w odwiedzanych przez nas miastach każdej letniej, weekendowej nocy dzieje się bardzo dużo…

Málaga – Costa del Sol

By on wrz 20, 2014

Do portu dobiliśmy w piątek wieczorem, popychani silnym wiatrem dmącym z Cieśniny Gibraltarskiej. Betonowy pirs, urządzony na śródziemnomorską modłę, znajduje się w samym centrum miasta na wprost rozległego pasażu handlowego. Słony, bosy, spocony i zmęczony wyskoczyłem na brzeg wprost pomiędzy przechadzające się promenadą damy w perfekcyjnych makijażach i koktajlowych sukienkach znanych domów...

Do portu dobiliśmy w piątek wieczorem, popychani silnym wiatrem dmącym z Cieśniny Gibraltarskiej. Betonowy pirs, urządzony na śródziemnomorską modłę, znajduje się w samym centrum miasta na wprost rozległego pasażu handlowego. Słony, bosy, spocony i zmęczony wyskoczyłem na brzeg wprost pomiędzy przechadzające się promenadą damy w perfekcyjnych makijażach i koktajlowych sukienkach znanych domów mody.

 

Port okazał się być maleńki, a liczba stanowisk z przyłączami wody oraz prądu ograniczona do 40. Wybraliśmy jedno z nielicznych wolnych miejsc i przycumowaliśmy łódkę. Nie zdążyłem jeszcze zaciągnąć solidnie węzła na polerze, gdy za moimi plecami zalśniły szklanki, a na ramieniu poczułem klepanie dłoni policjanta. Nie dając mi dokończyć manewrów zaczął wymachiwać rękami tłumacząc po swojemu, że mamy się stąd zawijać.

 

Facet był bardzo przejęty, zastosowałem więc skomplikowaną grę psychotechniczną zwaną „siłą spokoju”. Poczekałem aż skończy nawijać swoje i poprosiłem o kogoś mówiącego po angielsku. Po chwili, wezwana przez radio sympatyczna funkcjonariuszka wytłumaczyła nam, że wbiliśmy na „miejsce rezydenckie”. Musieliśmy przestawić się na koniec pirsu – goły beton – zapominając o dostępie do prądu i wody, płacąc za to dobre kilkadziesiąt euro za każdy dzień postoju. Bazy sanitarnej brak… Policjantka starała się jednak okazać ludzką twarz – zbliżała się już 22:00, powiedziała, że wróci po północy i skasuje nas tylko za jedną dobę.

 

Zostałem więc „na desancie”, aby odebrać cumy na docelowym miejscu zesłania. Ledwo policjanci zapakowali się do swojej karetki, napadła na mnie zgraja dzieciaków – głównie paru-letnich dziewczynek ubranych tak elegancko jak ich rodzice i zaczęła zasypywać pytaniami – Skąd „hombre” jesteś? Które to twoje „barco”? Itp. itd… Nie dane mi było spokojnie zacumować jachtu na nowym miejscu. Niños obsiadły wszystkie okoliczne polery i żeby zaciągnąć na nich węzły musiałem każdorazowo przeprosić małą damę, która uprzejmie i łaskawie odpowiadała „oh por favor”…

 

Zbliżała się 23:00. Mama i Ciocia musiały o drugiej w nocy wyjechać na lotnisko, aby zdążyć na swój lot. Pryszniców na brzegu brak, więc trzeba było zorganizować mycie na jachcie. Po rozciągnięciu „szlaucha” na całą długość zabrakło mi metra-dwóch do najbliższego ujęcia wody. Kilkadziesiąt centymetrów udało mi się uzyskać tworząc z butelki po wodzie mineralnej wydłużony lejek, w który musiałem wycelować strumieniem wody. Uzupełniałem zbiornik w partyzancko-widowiskowy sposób, na oczach dziesiątek wyperfumowanych par zasiadających w odległych od wody o trzy metry ogródkach restauracyjnych. Scenariusz jak z Top Gear.

 

Ledwo skończyliśmy tankować, gdy na promenadzie znów rozbłysły niebieskie neony. Kolejny nadgorliwy funkcjonariusz stanął nad zamykającą zawór Kaśką i zaczął ją krzykiem rozliczać z „kradzieży” wody. Zmęczona Katarzyna zastosowała na chłopaku wymienioną już wyżej metodę wiążąc ją oryginalnie w małe „combo” z powtarzanym kilkukrotnie „No abla…”. Gdy dotarłem do drugiego końca węża Pan trochę zmiękł i przestał tak bardzo się uzewnętrzniać. Łatwiej się wydzierać na szczupłą kobietę niż na wyższego o głowę dryblaska. Grzecznie przeprosiłem, powiedziałem, że to ostatni raz i w końcu sobie odpuścił… Gdzieś po północy udało nam się stworzyć taką „plątaninę” cum, szpringów i odbijaczy, dzięki której na godzinę mogliśmy się położyć spać nie martwiąc porysowaniem burty o nadbrzeże.

 

O drugiej taksa na lotnisko. Wstajemy pożegnać Mamę i Ciocię. Już o siódmej udaje nam się wrócić, aby położyć się na kolejne 4,5 godziny. Śniadanie, żegnamy Kingę i przed dwunastą rozpoczynamy sprzątanie jachtu. Koło 14:00, jeszcze w trakcie „działań bojowych” poznajemy pierwszą nową załogantkę – Asię. Po sprzątaniu szybkie zakupy. Koło 17:00 przywitanie Tadeusza i Marka. Obiad – pyszna, świeża sałatka z serem i bagietą. W międzyczasie poszukiwania sklepów żeglarskich, próba zorganizowania locji, wymiana informacji z francuską załogą, która zacumowała obok. W trakcie obiadu Kasia wpada na genialny pomysł – przecież są prysznice na plaży. Po obiedzie pierwsza kąpiel w Morzu Śródziemnym (temperatura wody 24 stopnie). Wspaniale się pławi. Prysznic. 20:00 – kolejne, tym razem tygodniowe zakupy żywieniowe (w niedzielę zamknięte). Aperitif na łajbie – pierwsze toasty z nową załogą. Koło dwudziestejdrugiej wyjście na miasto. Tapasy, piwo, lody o smaku Malaga. Piękne miasto o wielu twarzach. Zacieniające płachty rozpięte pomiędzy pysznymi kamienicami, mgiełki wodne ekskluzywnych restauracji, zaszczane zaułki pełne pijanej młodzieży. Wejście na górę, podziwianie fortecy i nocnych widoków. Powrót na łajbę. Kolejne toasty. Poznajemy holendrów, żartujemy z holendrami, zapraszamy holendrów, pijemy z holendrami, żegnamy holendrów. Amsterdam, Nerissa i Bo – kryminolog. Nie wiem która godzina. Spać. Rano. Kolejne poszukiwania locji. O 11:00 Śniadanie, muzeum Picassa oraz zdjęcia z miasta. Obowiązki fejsbukowe i blogowe, jogurt, kąpiel w morzu, prysznic. Koło 13:00 wypłynięcie.

 

No weekend…

Picasso i lody o smaku…

By on wrz 20, 2014

Gorąco… – Costa Tropical

By on wrz 20, 2014

Na Morzu Śródziemnym w sierpniu jest gorąco. Nieporównywalnie bardziej niż po drugiej stronie cieśniny. W dzień jest wilgotno i duszno, a w nocy rozgrzane światłem słońca kamienie bruków i budynków oddają całe zgromadzone w dzień ciepło. We wszystkich miejscowościach na południe od Alicante temperatury obserwowane w ciągu nocy nie spadały poniżej 26 stopni.   Idę przed snem pod zimny...

Na Morzu Śródziemnym w sierpniu jest gorąco. Nieporównywalnie bardziej niż po drugiej stronie cieśniny. W dzień jest wilgotno i duszno, a w nocy rozgrzane światłem słońca kamienie bruków i budynków oddają całe zgromadzone w dzień ciepło. We wszystkich miejscowościach na południe od Alicante temperatury obserwowane w ciągu nocy nie spadały poniżej 26 stopni.

 

Idę przed snem pod zimny prysznic, mimo to kładę się spocony, śpię i się pocę, budzę się mokry. Masakra. Na domiar złego wiało jak na lekarstwo i sporą część trasy pokonywaliśmy na silniku. Chłodzenie wodą o temperaturze 26-28 stopni nie jest tak efektywne jak chłodniejszą oceaniczną. Silnik jeszcze długo w nocy wypromieniowuje ciepło do wnętrza jachtu. W kabinie nie da się wytrzymać. Rano jestem wyczerpany i odwodniony. Zacząłem więc sypiać w kambuzie, a potem na pokładzie jachtu. To w końcu pomogło.

 

Z Malagi trafiliśmy do niewielkiej „Mariny del Este” – sympatycznego portu położonego pomiędzy wysokimi, andaluzyjskimi brzegami. Z samego rana wyskoczyłem trochę posnorkelować – skaliste, podarte wybrzeże obiecywało ciekawe widoki. Rzeczywiście pływało się fantastycznie i mimo paru meduz wałęsających się po okolicy warto było zanurzyć się z rana w zimnej (26 stopni) wodzie. Wracając natknąłem się na kilka autobusów szkół nurkowania rozpakowujących właśnie i kontrolujących sprzęt. Chyba całkiem dobrze wybrałem miejsce kąpieli.

 

Zaraz po śniadaniu wyruszyliśmy do Adry. Z powodu braku wiatru szliśmy głównie na „katarynce”. Wspólna nuda sprzyja integracji. Załoga na zmianę grała w kości (jeszcze raz dzięki, Darek!), polewała się wodą, tworzyła fantastyczne konstrukcje z owocowych obierek. To wtedy właśnie na szerokie wody Morza Śródziemnego trafiła BONANZA – pomarańczowa jednostka żaglowa skonstruowana w przypływie boskiego nieomal olśnienia przez Marka i Asię. Upał dawał się wszystkim we znaki.

 

Wieczorem dotarliśmy do portu. Adra posiada jedną z najbrzydszych i najbardziej zaniedbanych marin, jakie dane nam było odwiedzić (co zupełnie nie wpływa na wysokość zapłaconego rachunku). Jak najszybciej postaraliśmy się więc wystartować na miasto i znaleźć jakieś fajne tapasy.

 

Niestety miasto również nie prezentowało się specjalnie wybitnie. Złaziliśmy całą wschodnią połowę miejscowości szukając ciekawego miejsca. W końcu wypatrzyliśmy knajpkę z zacną datą 1931 wiszącą powyżej wejścia. Zamówiliśmy po piwku, a część załogi również po tapa. Cena browarku nie była jak na Hiszpanię jakaś specjalnie niska, ale samo miejsce kusiło sympatyczną atmosferą, a wokół nas rozsiadło się sporo lokalsów. Tkwiąc przy oszronionych szklaneczkach z przyjemnością chłonęliśmy nastrój leniwego, letniego wieczoru. Miła niespodzianka spotkała nas podczas płacenia rachunku – okazało się, że „tapa” są wliczone w cenę „bebidy”. Wyjaśniło to również dlaczego na stoliku pojawiła się pozycja, której nikt nie zamawiał (kelner nie kumający ani słowa po angielsku uparł się jednak ją nam zostawić). Była to przystawka przysłane przez szefa kuchni jako przekącha dla osób, które nie zamówiły jedzenia. Fantastyczny kraj.

 

Część załogi poszła zwiedzać drugą połowę miasteczka. Ja niestety miałem do załatwienia parę ważnych spraw w „webie” i na kilkadziesiąt minut odłączyłem się od grupy. Po powrocie zastałem kompanię w klimatycznej kafeterii. Dopijali właśnie resztki piwa podanego z lodem w grubych kamionkowych kuflach. Dodatkowo uraczyli mnie bezczelną opowieścią o genialnie grillowanym tuńczyku zaserwowanym im przez właściciela. Niestety lokal zamykano i musieliśmy już wyjść.
Ciągle im cholernie zazdroszczę smaku tej ryby…

Na silniku…

By on wrz 20, 2014

Dyskoteka na fali – Costa de Almeria

By on wrz 20, 2014

Z Adry zdecydowaliśmy się wykonać dłuższy, nocny skok i popłynęliśmy do Cartaginy. Na szczęście przynajmniej przez część trasy powiało i wszystkie wachty miały okazję potrzymać ster przy postawionych żaglach.   Z dużą przyjemnością zagłębiałem się w wielogodzinne rozmowy z Markiem i Tadeuszem, z niedowierzaniem wręcz słuchając ile różnego rodzaju pasji są w stanie pielęgnować. Mam wrażenie,...

Z Adry zdecydowaliśmy się wykonać dłuższy, nocny skok i popłynęliśmy do Cartaginy. Na szczęście przynajmniej przez część trasy powiało i wszystkie wachty miały okazję potrzymać ster przy postawionych żaglach.

 

Z dużą przyjemnością zagłębiałem się w wielogodzinne rozmowy z Markiem i Tadeuszem, z niedowierzaniem wręcz słuchając ile różnego rodzaju pasji są w stanie pielęgnować. Mam wrażenie, że nie starczyłoby mi czasu i motywacji aby robić połowę z rzeczy, o których opowiadali. Jednym z najciekawszych wątków (poruszanych zresztą niejednokrotnie podczas tego rejsu, z różnymi załogami) był wyrób domowych alkoholi. Otóż Marek zajmuje się między innymi wyrobem własnych piw. Wychowany w Elblągu, w sąsiedztwie browaru produkującego niegdyś bardzo dobre piwo, spędził sporo czasu w Irlandii poznając inne oblicza trudnej sztuki piwowarstwa. Teraz w domowej piwnicy potrafi od podstaw tworzyć własne, chmielone napitki, samodzielnie dobierając zestaw składników w celu uzyskania konkretnych walorów smakowych. Chyba widać jakie zrobiło to na mnie wrażenie. Do tematu jeszcze wrócę.

 

Jak już wielokrotnie pisaliśmy nocne żeglowanie ma niesamowity czar. Była to pierwsza nocna wachta, którą pełniłem na Morzu Śródziemnym. Nocna wachta tak ciepła, że stałem na bosaka, w krótkich spodenkach i narzuconym na t-shirt pasie ratunkowym. Wypatrywanie światełek na horyzoncie było w tej sytuacji wręcz przyjemnością.

 

Wraz z postępem podróży obserwujemy również zmieniające się zwyczaje lokalnych rybaków. Większość kutrów zapuszczających się na morze w tej okolicy jest spora i wyposażona w AIS. Holują również za sobą mniejszą jednostkę – wspomagającą duży statek w obsłudze sieci. Trudno jest więc je przeoczyć. Widać je wyraźnie na wodzie albo wyskakują na ekranie plotera.

 

Pewną nowością, z której zrozumienie zajęło mi chwilkę, jest tutejszy sposób nocnego oznaczenia sieci. Otóż płynąc sobie spokojnie nagle zaczynasz widzieć błyskające światełko. Zakładając, że może to być jakiś znak nawigacyjny próbujesz liczyć okres błysków, ale nic konkretnego ci z tego nie wychodzi. Co gorsza światełko błyska w różnych kolorach. Czerwony, różowy, niebieski – nic sensownego z tego wyczytać się nie da. Za chwilę do światełka dołącza kolejne – widoczne odrobinę dalej. Po chwili widzisz już całą, rozrzuconą po wodzie dyskotekę i na zasadzie eliminacji możliwych opcji dochodzisz w końcu co to do cholery może być. Przypuszczam, że do bojek sieci przymocowane są jakiegoś rodzaju wodoszczelne, diodowe lampki solarne. Na brzegu nic takiego nie byłem w stanie obczaić więc do końca nie wiem… ktoś ma jakiś hint?

 

Cartagena – Costa Calida

By on wrz 20, 2014

Cartagena przywitała nas bardzo miło. W dużej, wygodnej i dość niedrogiej marinie z przyjemnością zdecydowaliśmy się zostać na noc. Po odespaniu nocnych zaległości przyszedł czas na zwiedzanie okolicy.   Miasto ma wspaniałą, sięgającą prawie trzystu lat przed Chrystusem historię. Znajduje się w nim sporo zabytków, w tym wspaniale zachowane ruiny rzymskiego amfiteatru oraz imponujące mury...

Cartagena przywitała nas bardzo miło. W dużej, wygodnej i dość niedrogiej marinie z przyjemnością zdecydowaliśmy się zostać na noc. Po odespaniu nocnych zaległości przyszedł czas na zwiedzanie okolicy.

 

Miasto ma wspaniałą, sięgającą prawie trzystu lat przed Chrystusem historię. Znajduje się w nim sporo zabytków, w tym wspaniale zachowane ruiny rzymskiego amfiteatru oraz imponujące mury otaczające nadmorską część miasta. Przypadkowo zaczęliśmy naszą przechadzkę od najmniej reprezentacyjnej strony – areny walk byków, a właściwie ruin tego budynku wyglądających jak dobra sceneria do niskobudżetowego filmu post-apokaliptycznego. Następnie zagłębiliśmy się w sieć uliczek centrum, o tej porze witających nas głównie spłowiałymi plakatami reklam oraz pomazanymi sprayem żaluzjami małych sklepików. Stamtąd trafiliśmy na plac Świętego Franciszka, gdzie piękne kamienice mieszczące siedziby banków sąsiadują z podtrzymywanymi jedynie metalowymi stelażami ruinami fasad. Przygnębiające wrażenie robiła nawet odrapana budka lodziarza stojąca samotnie pod ogromnymi drzewami. Gdy byliśmy już całkowicie przekonani, że trafiliśmy do miasta duchów, krótkim pasażem prowadzącym obok parku archeologicznego trafiliśmy na Calle Mayor – główny deptak Cartageny.

 

Kontrast pomiędzy znajdującym się paręset metrów dalej zaniedbanym kwartałem, a najbardziej reprezentacyjną ulicą jest porażający. Z przypominających nieco slumsy zasikanych uliczek, pełnych budowlanej samoróbki i efektów „szybkich napraw” trafiamy w świat bogatych, zabytkowych budowli mieszczących na parterze salony znanych sieci odzieżowych i kosmetycznych.

 

Tak się złożyło, że miałem jeszcze okazję wrócić do miasta nocą szukając zapasów na kolację oraz małą nasiadówkę. Markety pięknego centrum okazują się być wtedy albo zamknięte, albo objęte „prohibicją”. Natomiast zagłębiając się w gorzej oświetlone fragmenty metropolii możemy bardzo szybko znaleźć kilka sklepików sprzedających mydło i powidło (oraz, co było dla mnie ważne w tym momencie – wino i lód). W większości z nich nie ma żadnych szans dogadać się nie tylko po angielsku, ale i po hiszpańsku. Skośnooka lady poprosiła mnie, żebym swoje potrzeby wpisał w translator, który przerobił je na ciągi ślicznych znaczków. Po tym zadowolona przyniosła mi jajka, chleb oraz zimne wino. Awokado nie miała, ale dostałem je u Pakistańczyka za rogiem. Naprawdę lubię łazić nocami po takich okolicach…

 

Gdy wróciłem na jacht, Tadeusz już po raz drugi tego rejsu zaskoczył nas wyciągając z przepastnych czeluści swego worka ”firmowe” nalewki. Z pierwszą próbką jego umiejętności mieliśmy okazję zapoznać się jeszcze w Maladze. Czerwone, firmowo oznaczone i datowane na 2010 rok specjały posłużyły do przełamania pierwszych lodów. Nikt nie przypuszczał, że w bagażu skrywał jeszcze jakieś dodatkowe zapasy.

 

Tym razem na stole pojawił się specjalny, degustacyjny trunek. Orzechówka datowana na 2008 rok przyrządzona m.in. z dodatkiem pszczelej patoki smakowała niesamowicie. Bogactwo smaków ukrytych w napoju nie pozwalało tak od razu wyczuć bazy trunku. Dopiero pozostające na języku jako ostatnie, lekko goryczkowe nuty, naprowadzały na właściwy trop. Podobnie smakował bogaty „orzechowiec” – wymyślny, bogaty tort wykonywany przez moją Babcię.

Dwa światy

By on wrz 20, 2014

Torrevieja i Tabarca – Costa Blanca

By on wrz 20, 2014

Następnego dnia mieliśmy stanąć na kotwicy przy niewielkiej wyspie Tabarca znajdującej się kilka mil od Alicante. Niezbyt sprzyjający wiatr spowodował jednak skrócenie trasy i na noc zdecydowaliśmy się stanąć w miejcowości Torrevieja.   Do portu weszliśmy dość późnym wieczorem i po zacumowaniu nie zastaliśmy nikogo zainteresowanego naszym przybyciem. Było strasznie gorąco, więc zamiast...

Następnego dnia mieliśmy stanąć na kotwicy przy niewielkiej wyspie Tabarca znajdującej się kilka mil od Alicante. Niezbyt sprzyjający wiatr spowodował jednak skrócenie trasy i na noc zdecydowaliśmy się stanąć w miejcowości Torrevieja.

 

Do portu weszliśmy dość późnym wieczorem i po zacumowaniu nie zastaliśmy nikogo zainteresowanego naszym przybyciem. Było strasznie gorąco, więc zamiast próbować włamać się pod prysznice (dostępne na kartę) polewaliśmy się na pirsie zimną wodą ze szlaucha.

 

Dzięki uprzejmości jednego z moich przyjaciół, posiadającego mieszkanie w tej okolicy, dane mi już było kilka lat temu zagościć w tym miasteczku. Z ostatniego pobytu zapamiętałem miłą, rodzinną knajpkę w której za niewygórowaną cenę jadłem wspaniałą paellę. Przeciągnąłem ekipę wzdłuż całej promenady chcąc zaprowadzić ich na naprawdę dobre jadło.

 

Niestety w ciągu ostatnich paru lat Torrevieja przeszła sporą przemianę przeistaczając się ze średnio popularnego miasteczka w prawdziwy kombinat turystyczny. Na właściwym miejscu znalazłem już restaurację serwującą kuchnię belgijską w cenie zdecydowanie przewyższającej przewidziany na ten wieczór budżet.

 

Wbiliśmy więc do tutejszej „sieciówki”. Było to coś w stylu polskiego „Sphinxa”, jednak zamiast kuchni „blisko-wschodniej” serwują „serializowane” tapasy oraz wiaderka zawierające pięć osadzonych w lodzie butelek piwa. Pomysł na biznes działa całkiem sprawnie – wiaderka z prawie zamrożonym browarem momentalnie przyciągają uwagę spragnionych, męskich gardeł. Tapasy jednak nie należą do najobfitszych, a piwka są w rozmiarze 33cl.

 

Wracając na jacht wstąpiliśmy do znajdującego się tuż przy porcie lunaparku. Jeżeli teraz wyobrażacie sobie trzy smętne, brudne karuzele i pięcioro kręcących się przy nich dzieciaków to jesteście w błędzie. Wesołe miasteczka w Hiszpanii przez większość nocy tętnią życiem. Dziesiątki Niños biegają z rodzicami po rzęsiście oświetlonych alejkach pełnych przygotowanych dla nich atrakcji. Zajadają odpustowe słodycze i okupują karuzele w przerwach próbując wygrać nagrody w różnego rodzaju grach zręcznościowych.

 

Solidna porcja churros i tanie mohito wystarczyły, żeby wypełnić do końca nasze brzuchy. „Podziukaliśmy się” również elektrycznymi samochodzikami (w kilkadziesiąt autek to jest prawdziwe „destruction derby”!) , a ja haniebnie chybiłem 3/3 strzały z łuku i nie wygrałem zaparzarki do kawy…

 

W piątek postanowiliśmy zrobić drugie podejście do wyspy Tabarca. Dopłynęliśmy w jej okolice dobrze po południu i po raz pierwszy na naszym rejsie kotwica poszła w dół! Z radością wyrzuciłem za burtę nasz nowy ponton NORD BOAT i podpłynąłem do odległych o kilkadziesiąt metrów skał. Woda była ciepła i przejrzysta, a kamienne formacje wybrzeża obfitowały w małe jaskinie i nawet króciutkie podwodne tunele. Snorkelowanie w okolicy dało mi dużo frajdy.

 

Wracając na jacht spojrzałem przy okazji na dno naszego jachtu. I zmartwiałem. Na końcówce wału napędowego, zaraz za śrubą nie było nakrętki… Nieeee…

 

Uruchomienie silnika na biegu było wykluczone. Do Alicante, w którym można byłoby zakupić części i dokonać napraw zostało około 10 mil. Na szczęście odrobinę przywiewało – tak na szkwałach do ośmiu węzłów. Niby nic, ale na baksztagu wystarczy. Krzysiek pełniący rolę naszego jednoosobowego „teamu brzegowego” zorganizował nam numer mariny w Alicante. Kuba wykonał szybki telefon i dowiedział się, że możemy dostać asystę przy wejściu do portu. Ale tylko do 20:00. Później już nie, bo jest piątek wieczór i nikt na nas nie będzie czekał… Minęła właśnie 17:30. Mieliśmy 2,5 godziny na zrobienie 10-12 mil do portu. Wyzwanie.

 

Podnieśliśmy kotwicę i o 17:40 byliśmy już w drodze. Wiatr kręcił od prawej połówki do baksztagu. Prędkość żeglugi oscylowała wokół 5 węzłów, a przewidywana godzina dotarcia wypadała na paręnaście minut po dwudziestej. Strymowaliśmy co tylko się dało, a ster przejął Tadek delikatnie prowadząc jacht i uważając na każde tchnienie wiatru. E.T.A. zszedł nam poniżej dwudziestej, ale margines był kilkuminutowy i skakał na każdej większej falce.

 

Mimo moich protestów Kuba podjął decyzję o wymianie foka na nieco większą genuę. Obawiałem się, że zmiana żagla będzie wymagała manewrowania pod wiatr. W takim wypadku na całości operacji stracilibyśmy więcej czasu niż moglibyśmy zyskać dzięki zwiększonej powierzchni żagli. Nie doceniłem jednak sprawności naszej załogi. Zmiana żagla zajęła niecałe 12 minut, podczas których ani trochę nie zboczyliśmy z kursu. Dodatkowe pół węzła pomogło nam dotrzeć do główek zewnętrznego portu tuż przed dwudziestą, a po paru halsach w basenie portowym (!) wjechaliśmy brawurowo na żaglach prosto w wejście do mariny. Tam czekał już na nas ponton kapitanatu. Dotarliśmy.

Na luzie…

By on wrz 20, 2014

Alicante

By on wrz 20, 2014

W ten piątkowy wieczór rozpoczynał się ostatni wakacyjny weekend w Hiszpanii. Miasto było więc pełne młodzieży starającej się skorzystać z niewielu im już pozostałych chwil „wolności”. Przeciskaliśmy się pomiędzy tłumami młodych ludzi szukając fajnego miejsca do zjedzenia obiecywanej sobie od początku tygodnia paelli. Mimo nieco rozbieganego wzroku* udało się nam w końcu znaleźć sympatyczną...

W ten piątkowy wieczór rozpoczynał się ostatni wakacyjny weekend w Hiszpanii. Miasto było więc pełne młodzieży starającej się skorzystać z niewielu im już pozostałych chwil „wolności”. Przeciskaliśmy się pomiędzy tłumami młodych ludzi szukając fajnego miejsca do zjedzenia obiecywanej sobie od początku tygodnia paelli. Mimo nieco rozbieganego wzroku* udało się nam w końcu znaleźć sympatyczną restauracyjkę.

 

Kilka dni wcześniej Marek zaproponował, że na pamiątkę wspólnych przygód ugotuje własnoręcznie limitowaną edycję piwa. Trochę nas zatkało, trochę się zarumieniliśmy po czym wzruszyliśmy i ucieszyliśmy ( w tej kolejności). Jedyne czego nasz browarnik potrzebował to dobra nazwa.

 

Przy ryżu z owocami morza, w hiszpańskim Alicante, została podjęta jedna z najważniejszych decyzji w historii naszego rejsu. Limitowana edycja browaru spod znaku Rockin That Boat będzie nosiła nazwę „WYOBRAŹ SOBIE”**.

 

*Hiszpania to bardzo ciepły kraj, w którym młode dziewczyny bardziej się rozbierają niż ubierają.
**Copyright © 2014 Joanna A. Uzasadnienie wyboru nazwy pozostanie słodką tajemnicą załogi.

 

map_w15

comments powered by Disqus
Partnerzy projektu: sennheisergdy_logo sailservice_logo_partnerswind_logo_partnerscodezero_logo_partnersnord_boat_small    

Patroni medialni:


Zagle_logo_rtb      Podroze_logo_rtb            RG logo
Di solito, i piedi diventano freddi e una sensazione di bagnato può essere sentito. Ma, questo paio di stivaletti è stato progettato Ugg scontati prudenti le decisioni di sottoscrizione cura, in modo da ottenere tutta l'intimità e la secchezza si dovrebbe. Gli stivali vi aiuterà anche a stoppino via l'umidità permettendo quindi quantità aria libera. Questo non significa che replica borsetta molto a buon mercato. Invece, erano Chanel borsa budget mila. Tuttavia, come il prezzo medio che sono di una borsa Chanel fino a $ 200. Ugg outlet Riceverete le caratteristiche, versatilità, questi vantaggi regolarmente pecore e struzzi, non di pelle marchio Chanel. Questo è importante, non tutti firmati a buon mercato borse chanel e spendere più di 1.000 dollari USA. Esempi del progettista attuale borse Chanel basso un gran numero. Ugg Saldi Dammi il miglior consiglio con la valvola prima di investire in "prezzo originale, sostenendo che molto più ragionevole. Borsa Chanel buona copia, infatti, confrontare l'originale e la copia, il divario tra voi.