Google PlusFacebookTwitter

Surfer, Pirat, Orzeł i Włosi

By on kwi 23, 2015

Zbliżał się koniec wyprawy. Powoli dopadała nas świadomość, że wkrótce będziemy zmuszeni porzucić życie pod żaglami. Człowiek zaczyna myśleć o powrocie na ląd, ale po sześciu miesiącach pływania trudno sobie w ogóle wyobrazić czym jest powrót do tzw. normalności. Dla nas normą stała się rutyna pokładowa. Bycie w ciągłym ruchu, poznawanie nowych ludzi i miejsc, trzymanie właściwego kursu,...

Zbliżał się koniec wyprawy. Powoli dopadała nas świadomość, że wkrótce będziemy zmuszeni porzucić życie pod żaglami. Człowiek zaczyna myśleć o powrocie na ląd, ale po sześciu miesiącach pływania trudno sobie w ogóle wyobrazić czym jest powrót do tzw. normalności. Dla nas normą stała się rutyna pokładowa. Bycie w ciągłym ruchu, poznawanie nowych ludzi i miejsc, trzymanie właściwego kursu, wypełnianie dziennika, czekanie na wiatr. Rzeczy ważne i proste.

Pewnie zrobiłoby się smutno na finiszu, gdyby nie barwna załoga, poszukiwania butli z gazem, kalambury czy inne działania rozpraszające.

 

Na ostatnim odcinku, nazwanym przez nas „Tylko dla Orłów”, mieliśmy pełną obsadę. Pierwszy zjawił się Filip – piegowaty, beztroski i wiecznie głodny. Wszystkim chwalił się strupem po paskudnym rozcięciu na czole. Jak się okazało uraz nabyty podczas surfingu. To typ, z którym można koszyki kraść (takie na kółkach z supermarketów). Łobuz od razu poprawił nasze lekko podupadające, schyłkowe nastroje.

 

Potem dokulgali się dwaj kolejni załoganci – Przemek i Szymon zwany Orłem (nomen omen). Ta dwójka nie znała się wcześniej, ale dołożyla wszelkich starań, aby integracja podczas ich wspólnej podróży przebiegła sprawnie. Następnie Orzeł zapoznał cały port w Civitavecchia ze swoją basową i donośną czkawką, która może obudzić nawet umarlaka.

 

Pomijając czkawkę przekonaliśmy się, że Szymon jest osobą zrównoważoną, niekonfliktową, pozytywnie nastawioną do otoczenia i entuzjastycznie do samego żeglarstwa. Nawet choroba morska nie zepsuła mu nastroju. Załogant na wagę złota. Jedyną jego słabością były gry. Początkowo opierał się pokładowym przejawom hazardu ze względu na swoją mroczną przeszłość. A kiedy już uległ, przeżył intensywny nawrót uzależnienia do 3-5-8 i Carcasson. Podczas partyjki rozgrywanej pod pokładem przy dobrych kartach, potrafił naprawdę długo ignorować mdłości wykańczając zzieleniałą konkurencję.

 

Przemek pracował jakiś czas temu z Mateuszem w jednej firmie. Należy do tych odważnych. Skusiła go nasza wariacka idea rejsu, choć nie miał żeglarskiego doświadczenia. Wiem, że były chwile, w których przeklinał swoją decyzję. Jednak przygody, gry planszowe, wino, wesołe towarzystwo i snorkeling w lazurowej wodzie w ostatnich dniach października, wynagrodził mu wszelkie nieprzyjemności.

 

Zahartował się na morzu jak nikt inny. Dzieciaki w ostatnim porcie przejrzały go na wylot. Widząc Przemka od razu bezbłędnie rozpoznawały jego poprzednie wcielenie. Wbrew cichym protestom zakłopotanych matek, wytykały go palcami krzycząc „pirat, pirat!”.

 

Na koniec dołączyli znajomi Filipa: Agnieszka i Bartek. Kiedy pytałam go jak wyglądają jeszcze zanim dotarli na jacht, wzruszył ramionami i powiedział: „jak Włosi”. Zostali więc Włochami. Dopóki przebywaliśmy we Włoszech to niekiedy utrudniało komunikację, ale w tak zabawny sposób, że po prostu szkoda było rezygnować.

Ferajna

By on kwi 23, 2015

Retrospekcje

By on kwi 23, 2015

26 października byliśmy jeszcze w Sardynii. Tego samego dnia wyruszyliśmy na Korsykę mając mieszane uczucia. Powrót na francuskie ziemie wywołał nieprzyjemny dreszcz połączony z odruchem łapania się za portfel – nie ze względu na kieszonkowców, tylko przez zbójeckie ceny.   W Ajaccio dzień był piękny, słońce przypiekało. Bardzo blisko mariny trafiliśmy na plac, gdzie rozstawili się...

26 października byliśmy jeszcze w Sardynii. Tego samego dnia wyruszyliśmy na Korsykę mając mieszane uczucia. Powrót na francuskie ziemie wywołał nieprzyjemny dreszcz połączony z odruchem łapania się za portfel – nie ze względu na kieszonkowców, tylko przez zbójeckie ceny.

 

W Ajaccio dzień był piękny, słońce przypiekało. Bardzo blisko mariny trafiliśmy na plac, gdzie rozstawili się handlarze ze wszelkiego typu specjałami, z których słynie francuska kuchnia. Autentyczny zawrót głowy wywoływał zwłaszcza nieprawdopodobny wybór i sam zapach (!) serów. Niestety nie mogliśmy zatrzymać się na targowisku. Mnie i Mateusza czekała naszpikowana rozczarowaniami gonitwa przez miasto w poszukiwaniu (a jakże) butli z gazem. Odwiedziliśmy kilka miejsc, gdzie powinien się znaleźć upragniony Graal, ale kolejni sprzedawcy kiwali tylko przecząco głowami.

 

Ostatnią nadzieją była kanciapa z kontenera w drugiej marinie. Jak informowała kartka na drzwiach – dotarliśmy tam o 10 minut za późno. Właśnie zaczęła się dwugodzinna przerwa obiadowa. Nie było sensu iść na łódkę przez całe miasto, żeby za chwilę znów wracać pod kanciapę. Pogodzeni z losem i pocieszeni dobrą kawą znaleźliśmy sobie kawałek zacienionego murka, gdzie można było w spokoju zmarnotrawić nadmiar czasu.

 

W takich momentach z uśmiechem wracamy pamięcią do zamierzchłej przeszłości, kiedy się poznaliśmy. Druga połowa lat 90-tych. Ani małe ani duże miasteczko na Mazurach. Imprezy na dziedzińcu ratuszowym. Tam nasze pokolenie przeżywało pierwsze dramaty – nastoletnie romanse i zdrady. Czasem zdarzały się bójki, a nawet próba samobójcza (całe szczęście z użyciem ziołowych tabletek uspokajających). Istniały jakieś subkultury, dla których buty czy ubrania nie były jedynym przejawem ideologii. Ostatnie niedobitki punków, skinheadów i dzieciaków, które uważały, że powinny urodzić się w epoce prawdziwych hipisów.

 

Przy wspólnym, zachachmęconym piwie zawiązywały się przyjaźnie na całe życie. Niby nic się nie działo, a jednak właśnie wtedy nerwy są jeszcze na wierzchu. Hartowaliśmy się w starciu ze światem, zbierając pierwsze rany, po których zostawały wyraźne blizny. Człowiek dopiero zaczynał obrastać grubszą skórą, pancerzem dorosłości. A nam ten pancerz udało się zdjąć na chwilę i postawić obok. Pod żaglami wszystko staje się możliwe. Nawet powrót do takiej niewinności, która oznacza wyrzucenie za burtę całego, wyuczonego dystansu do innych.

 

Tego popołudnia w Ajaccio byliśmy jak dzieciaki ze Szczytna sadowiące się w trakcie letnich koncertów nad trawiastą fosą wokół Ratusza. Znów mieliśmy swoją murowaną grzędę.

Lost boys…

By on kwi 23, 2015

Jak smerfować to na Korsyce

By on kwi 23, 2015

Wieczorem załoga wybrała się na nocne zwiedzanie miasta. Z Polski dotarła do nas nadzwyczaj cenna informacja o tym, że na Korsyce musimy spróbować lokalnego piwa z kasztanów.* To żadne siki w stylu hiszpańskiego San Miguela, tylko prawdziwa pychota!   Po wizycie w sklepie całodobowym zaopatrzeni w oryginalne trunki, podzwaniając wesoło butelkami ruszyliśmy w stronę bulwaru. W drodze na...

Wieczorem załoga wybrała się na nocne zwiedzanie miasta. Z Polski dotarła do nas nadzwyczaj cenna informacja o tym, że na Korsyce musimy spróbować lokalnego piwa z kasztanów.* To żadne siki w stylu hiszpańskiego San Miguela, tylko prawdziwa pychota!

 

Po wizycie w sklepie całodobowym zaopatrzeni w oryginalne trunki, podzwaniając wesoło butelkami ruszyliśmy w stronę bulwaru. W drodze na jednym z placyków napotkaliśmy dwójkę młodzieńców sępiących o fajki. Dla zabicia czasu bawili się w bezkrwawą wariację walki kogutów. Stawali na przeciwko siebie i odpychali otwartymi dłońmi. Stopy musiały być „przyśróbowane do podłoża”. Wygrywał ten, który nie ruszył się z miejsca.

 

Kuba postanowił spróbować swoich sił i – zachęcany okrzykami reszty załogantów – stanął w szranki. Początkowo szło mu całkiem nieźle, ale… najpierw zaczął chichotać, potem zachybotał się niebezpiecznie. Widowisko mrożące krew w żyłach. Coś jak wiekowa, chińska waza na skraju kredensu w zasięgu ogona bardzo zadowolonego psa. Cała załoga aż westchnęła. Stracił równowagę i… przegrał. Obaj gladiatorzy zostali nagrodzeni brawami. Wysępiono fajki pokoju. Nikt się na nikogo nie pogniewał. Ruszyliśmy dalej.

 

Przechodząc pod rozłożystymi drzewami dojrzeliśmy ławeczki stojące po dwóch stronach ścieżki (na przeciwko siebie). Zupełnie jakby projektant parku przeznaczył to miejsce pod pojedynki kalamburowe… Załoga szybko została podzielona na dwie drużyny i się zaczęło. Starcia były bezwzględne – nie obowiązywały żadne Konwencje Genewskie czy inne „tylko nie po twarzy”. Kategoria: filmy. Zasady: „wrogie motanie dozwolone” – drużyna przeciwna ma prawo do rzucania na głos bzdurnych haseł sabotujących intencje pokazującego.

 

Chodzi oczywiście o to, aby wywołać chaos u zgadujących. Przy odrobinie szczęścia technika owocuje również przezabawnym atakiem apopleksji trafiającym „prezentera”. Gdy obie drużyny mają na stanie plecaki wypchane butelkami z winem i piwem kasztanowym, robi się coraz bardziej barbarzyńsko. Bystrość rywalizujących spada równolegle do spożycia, a wszyscy starają się utrzymać podobne tempo. Jeżeli drużyna za rzadko podaje butelkę zawodnikowi gestykulującemu dochodzi do desynchronizacji procesów myślowych. Towarzysze zupełnie nie nadążają za jakimkolwiek tokiem rozumowania prowadzącym do wniosków innych niż duszenie się ze śmiechu. W ten oto sposób wzrasta zagrożenie wspomnianymi już atakami furii.

 

Jeden z występów był tak wyjątkowy, że zasłużył na to, aby go unieśmiertelnić.
Hasło: „Złe wychowanie” Almodovara.
Wykonawca: Orzeł w luźnej, pomarańczowej czapce – tak się złożyło, że filmu nie widział…

 

Wyobraźcie więc sobie wstawionego, zarośniętego gościa, usiłującego ochoczo pokazać same najgorsze rzeczy, jakie przychodzą mu do głowy. W repertuarze odrobinę agresji, trochę rozwiązłości, sporo plucia, kiepowania i wypróżniania się na chodnik. Tymczasem drużyna przeciwna – do której szczęśliwie się zaliczałam – na okrągło nawala nawiązaniami do smerfowania. Nie mieli szans. Patrząc na wyczyny Orła wszyscy prawie umarliśmy ze śmiechu.
Finał był do przewidzenia. Ech, nie ma to jak słodkie, kontrowersyjne zwycięstwo. **

Za horyzont

By on kwi 23, 2015

Chłopaki strażaki

By on kwi 23, 2015

Do Calvi dopływaliśmy po zmroku. Ścigaliśmy się z Pogorią licząc, że uda nam się dogonić i pozdrowić Polską jednostkę przed wejściem do portu. Jak się jednak okazało żaglowiec też zakotwiczył w Calvi. Od razu po zacumowaniu radośnie pobiegliśmy ze statywem upamiętnić piękną, nocną zjawę na tle uśpionego miasteczka.   Posezonowy spokój zachęcał do włóczenia się po opustoszałych uliczkach....

Do Calvi dopływaliśmy po zmroku. Ścigaliśmy się z Pogorią licząc, że uda nam się dogonić i pozdrowić Polską jednostkę przed wejściem do portu. Jak się jednak okazało żaglowiec też zakotwiczył w Calvi. Od razu po zacumowaniu radośnie pobiegliśmy ze statywem upamiętnić piękną, nocną zjawę na tle uśpionego miasteczka.

 

Posezonowy spokój zachęcał do włóczenia się po opustoszałych uliczkach. Miały w sobie jakąś tajemnicę. Coś pociągającego i nieokreślonego. Wreszcie niczym naiwne dzieci zagubione w lesie wabieni rockową muzyką krok po kroku zbliżaliśmy się w stronę jedynego czynnego przybytku oferującego napitki i pląsy. Na miejscu czekały dalsze pokusy. Muzyka na żywo, a towarzystwo rozbawione, skore do integracji. Uczciwie oceniliśmy stan naszych finansów – po czym niestety byliśmy zmuszeni olać chatkę Baby Jagi razem z całą słodką piernikowością (i miotłą, na której przyleciała). Grzecznie acz niechętnie – jakby za karę – skierowaliśmy się w stronę jachtu. Reszta załogi, w przeciwieństwie do naszej dwójki, nie poszła spać przed dobranocką. Zabawiła się w Jasia i Małgosię, a jak już spalili czarownicę, mieli niezłego kaca.

 

Następnego dnia w porannym słońcu Calvi wypadało jeszcze bardziej urokliwie. Otaczała nas przyjemna architektura szanująca słuszne panowanie tradycyjnej dachówki. Całość oprawiona w zieleń na tle morza i gór tworzyła iście pocztówkowy widok. Ciężko było nawet strzelić przyzwoite zdjęcie tak, aby nie wyglądało jak fota z prospektu biura podróży. Pogoda zrobiła się idealna – ciepło, ale nie upalnie. Oczy zmęczone promieniami słońca wystarczyło skierować na chłodne, błękitne wzgórza, a wzrok natychmiast zaczynał odpoczywać.

 

W piekarni po nocnych wyrzeczeniach skusiliśmy się na ciastko z migdałami. Po cytrynowej tartince to nasz ulubiony rodzaj łakoci odkryty na rejsie. Obeszliśmy fort i wysłaliśmy kartkę pocztową. Przedstawiała stare, czarno-białe zdjęcie z korsykańską wersją „dziewczyn do wzięcia”. Liczmy na to, że adresat docenił jej rzadką urodę.
Część ekipy RTB w odpowiedzi na zaproszenie kapitana Pogorii poszła zwiedzić żaglowiec. My po powrocie z zakupów przyjęliśmy kilku ich sympatycznych załogantów na Delphii.

 

Chłopaki oburzeni opłatą za prysznic, postanowili przyoszczędzić i korzystając z pięknej, wyżowej pogody urządzili sobie mycie na molo. Polewanie się zimną wodą ze szloucha bardzo ich zbliżyło. Co zresztą widać na zdjęciach. Każdy chłopiec chciał być kiedyś strażakiem. Wiadomo.

 

Załoga po dwóch tygodniach była już oswojona z falą, więc podczas ostatniego przelotu wszyscy cieszyli się z żeglowania przy solidnym wietrze. Agnieszka i Bartek, romantycznie nastrojeni, siedzieli razem na dziobie. Reszta zajmowała się przyjacielskim przekomarzaniem.

 

Na horyzoncie dostrzegliśmy majaczący zarys okazałego żaglowca. Szymon, Przemek i Filip zabierali sobie lornetki aż statek widmo widmowym zwyczajem rozpłynął się w powietrzu. W tym czasie tuptałam niecierpliwie chcąc wreszcie dorwać się do steru. Tuż przed zmrokiem zaczęła się moja wachta. Wtedy Filip – złośliwy leprechaun – zakosił mi aparat. Strzelił parę fajnych fotek, a ja dostałam tuzin zawałów serca.***

Ohohohohooo!

By on kwi 23, 2015

Ładnemu we wszystkim ładnie

By on kwi 23, 2015

Rano 30 października dokładnie w dniu 33 urodzin Mateusza dopłynęliśmy do portu, w którym nazajutrz musieliśmy rozstać się z załogą. Nicea miała do zaoferowania to co najlepsze we Francji i Włoszech – możliwość sprokurowania taniego i pysznego posiłku, barwny targ, zabytki, muzea, lody, kąpielisko, sklepy tylko z winem i sklepy tylko z czekoladą, ogromny wybór knajpek, malowniczy park z...

Rano 30 października dokładnie w dniu 33 urodzin Mateusza dopłynęliśmy do portu, w którym nazajutrz musieliśmy rozstać się z załogą. Nicea miała do zaoferowania to co najlepsze we Francji i Włoszech – możliwość sprokurowania taniego i pysznego posiłku, barwny targ, zabytki, muzea, lody, kąpielisko, sklepy tylko z winem i sklepy tylko z czekoladą, ogromny wybór knajpek, malowniczy park z romantycznymi zaułkami, sztucznym wodospadem oraz widokiem na panoramę miasta. Żyć nie umierać.

 

Gdy tylko wyskoczyliśmy z jachtu okazało się, że to miasto, w którym warto się zgubić. Za każdym zakrętem coś przykuwało uwagę. Wszystkiego chcieliśmy spróbować. Najbardziej niepozorne uliczki wydawały się niezwykłe. Nicea przypuściła atak na nasze zmysły.

 

Tęskniąc za latem na Mazurach zakupiliśmy koszyczek ogromniastych malin na targowisku. Słodkie – opłacało się! Do sklepów z ziołami, winem i tanimi przekąskami zniechęcały jedynie długie kolejki klientów. Mateusz nieludzkim wysiłkiem oparł się pokusie skosztowania świeżych ostryg sprzedawanych w 3 wersjach cenowych – w zależności od rozmiaru.

 

Na pocieszenie zajrzeliśmy do przybytku, w którym oferowano czekoladę w każdej postaci. Padliśmy ofiarą promocji. Nie wiadomo kiedy znaleźliśmy się przy kasie ściskając pożądliwie czekoladowe suweniry. Z otępienia wyrwało nas pochrumkiwanie dobiegające zza lady. Jego źródłem był największy buldog francuski, jakiego widziałam. Gapił się na nas stwór o wyglądzie szatana rodem z Sądu Ostatecznego Memlinga, ale w gustownym ubranku. Po dwóch sekundach przyczłapał wesoło i rujnując swoje diaboliczne emploi łasił się jak szczeniak. Niestety nasze serdeczne spotkanie po chwili zostało przerwane. Sprzedawca tracąc cierpliwość srogim tonem zawołał pieszczocha, a ten spanikowany jeszcze szerzej otworzył swoje wyłupiaste ślepia Behemota, po czym potulnie wskoczył z powrotem za ladę. Miał na imię Fantomas. Jednak to nie chaos rządzi światem, tylko czyjeś ironiczne poczucie humoru.

 

Za rogiem niespodziewanie natknęliśmy się na widowisko skłaniające do dalszych egzystencjalnych refleksji. Nad niewielkim placem, gdzie przestrzeń została zagrabiona przez parkujące samochody i stoiska z owocami morza, krążyły nażarte ptaszyska paskudzące na wehikuły szczęściarzy, którym rano udało się dorwać wolne miejsce. No cóż, pomyślałam – każdy kij ma dwa końce, gdzie drwa rąbią, tam wióry lecą, ładnemu we wszystkim ładnie, trud człowieczy czas niweczy, a zwierzęta i tak mają swój rozum.

 

Na obiad pochłonęłam świeże, szpinakowe gnocchi z liśćmi szałwii usmażonymi na maśle. Koszt całego dania absolutnie śmieszny. W polskim barze mlecznym wyszłoby drożej. Spróbowałam też organicznego wina i natychmiast zostałam jego wyznawczynią. Było magiczne! Toasty z okazji urodzin Mateusza nie miały dla mnie przykrych konsekwencji dnia następnego.

 

Podczas zachodu słońca byliśmy wśród wąskiego grona uprzywilejowanych widzów, którzy o właściwej porze usadowili się w punkcie widokowym na terenie parku. Kula rozżarzona do czerwoności nad rozległą plażą i miastem o kapryśnej architekturze dawała nieziemski efekt. Pochłanialiśmy go wzrokiem aż tarcza słoneczna zatonęła w morzu. Boleśnie piękne. Czuliśmy, że nasza wyprawa właśnie dobiega końca.

 

W Halloween przyszło nam pożegnać załogę, ale nie na zawsze. **** Cała ferajna zapakowała się do wynajętego auta i pojechała zobaczyć Paryż, a potem już prosto na lotnisko.
My popłynęliśmy do Antibes.

Listopad

By on kwi 23, 2015

Dziwna jesień

By on kwi 23, 2015

Ostatnia noc spędzona na Delphii była niespokojna. Nad nami szalała burza. Grzmoty, błyskawice, porywiste podmuchy wiatru kołysały łódką i raz za razem wybijały ze snu. Drobne przedmioty lekkomyślnie niezaształowane spadały z szafek.   Siedziałam z torbą na kolanach wpatrzona w krajobrazy miast pyszniących się wzdłuż Lazurowego Wybrzeża niczym sznur pereł. Antibes-Nicea-Monaco. Oddalały się...

Ostatnia noc spędzona na Delphii była niespokojna. Nad nami szalała burza. Grzmoty, błyskawice, porywiste podmuchy wiatru kołysały łódką i raz za razem wybijały ze snu. Drobne przedmioty lekkomyślnie niezaształowane spadały z szafek.

 

Siedziałam z torbą na kolanach wpatrzona w krajobrazy miast pyszniących się wzdłuż Lazurowego Wybrzeża niczym sznur pereł. Antibes-Nicea-Monaco. Oddalały się aż zupełnie zniknęły z oczu. Poznałam od razu zatoczkę w pobliżu Nicei. Schroniliśmy się w niej przed burzą, żeby ruszyć dalej w stronę Włoch – prosto do San Remo. Nie mieliśmy wtedy świeżych zapasów na obiad, bo plan był taki: przepływamy tylko paręnaście mil z Cannes i cumujemy w Nicei. Tam jednak zabrakło już miejsca w porcie, a nad nami rozpętała się dzika nawałnica. Skończyło się tak, że stanęliśmy na bojce, która względnie trzymała jacht z dala od skalistego brzegu. A my pochłanialiśmy zupę z puszki zakupioną jeszcze w Holandii. No cóż, była pyszna. Nie miała innego wyjścia.

 

Zielone czupryny palm tańczyły taniec pogo w rytm wiatru. Wzburzone morze rozbijało się o falochrony. Wiadra wody wyfruwały do góry, prawie na wysokość latarni obmywając jezdnię, po której leniwie sunął pastelowy garbus. Przy zachmurzonym niebie fale połyskiwały stalowo, złowrogo. Gdzieś pomiędzy nimi dostrzegłam małą, ciemną postać. Surfer wytrwale wiosłował ramionami usiłując za wszelką cenę utrzymać się na swojej desce. Przesuwał się mozolnie w stronę morza, coraz dalej od lądu.

 

Czułam, że on jest we właściwym miejscu. A ja zdradzam wiatr i morze.
Jadę pociągiem. Wracam do Polski.

Drzazga mentalna i mewy w kominie

By on kwi 23, 2015

Życie na stałym lądzie nie jest złe, raczej niekompletne. Myślę, że wcześniej też takie było, tylko teraz zwyczajnie wiemy czego brakuje. Kiedy przebywam wśród życzliwych ludzi, tu i teraz ma sens, ma znaczenie. Czasem jednak w samotnej, codziennej monotonii odklejam się od rzeczywistości. Ogarnia mnie melancholia. Przeciwieństwo świadomego, łapczywie przeżywanego tu i teraz. I wtedy –...

Życie na stałym lądzie nie jest złe, raczej niekompletne. Myślę, że wcześniej też takie było, tylko teraz zwyczajnie wiemy czego brakuje. Kiedy przebywam wśród życzliwych ludzi, tu i teraz ma sens, ma znaczenie. Czasem jednak w samotnej, codziennej monotonii odklejam się od rzeczywistości. Ogarnia mnie melancholia. Przeciwieństwo świadomego, łapczywie przeżywanego tu i teraz. I wtedy – cytując moją niezastąpioną przyjaciółkę Kaczkę: „jesteś gdzieś gdzie cię wcale nie ma”. *****

 

Zimą mewy znajdują schronienie w naszym kominie. Zza kratki wentylacyjnej dochodzi ich skrzekliwe nawoływanie. Tęskne i jednocześnie nachalne, nieznoszące sprzeciwu. Chyba nie muszę mówić, jak bardzo chcielibyśmy ulec ptasim podszeptom. W każdej chwili gotowi wrócić na morze, aby znów godzinami wpatrywać się w horyzont. Tak dzisiaj definiuję wolność i szczęście.

 

Widok małego człowieczka na desce wśród szalejących fal nabrał alegorycznej mocy. Utkwił mi w pamięci. Jest jak drzazga, której już nie da się wyjąć. Wżera się na dobre. Ten obraz co jakiś czas do mnie powraca, a ja nadal czuję ukłucia zazdrości.

 

 

* Dzięki Hanka!
** W obliczu oczywistej porażki, wśród moich oponentów pojawiły się nawet oburzone głosy na temat nieprzepisowej czapki, implikującej mylące skojarzenia.
*** Jeśli chodzi o sprzęt zanotowaliśmy parę bolesnych strat, został nam tylko jeden aparat bez filtra ochronnego na obiektywie (zbił się w okolicach Gibraltatru).
**** Filip w marcu usiłował reanimować moją umiejętność jazdy na łyżwach, ale zamiast tego niechcąco usłyszał nowatorskie wieńce plugawych przekleństw. Przemek imprezował z nami w Sopocie. Z Orłem w kwietniu byłam na koncercie Nneki, gdzie opowiadał o byciu nierozumianym szopem przy ognisku. Jedna z fotek, jaką zrobiłam Agnieszce i Bartkowi, podobno stała się ważnym elementem wystroju ich wspólnego mieszkania.
***** Mam powody przypuszczać, że podkradła ten tekst od Kubusia Puchatka.

 

map_w23

comments powered by Disqus
Partnerzy projektu: sennheisergdy_logo sailservice_logo_partnerswind_logo_partnerscodezero_logo_partnersnord_boat_small    

Patroni medialni:


Zagle_logo_rtb      Podroze_logo_rtb            RG logo
Di solito, i piedi diventano freddi e una sensazione di bagnato può essere sentito. Ma, questo paio di stivaletti è stato progettato Ugg scontati prudenti le decisioni di sottoscrizione cura, in modo da ottenere tutta l'intimità e la secchezza si dovrebbe. Gli stivali vi aiuterà anche a stoppino via l'umidità permettendo quindi quantità aria libera. Questo non significa che replica borsetta molto a buon mercato. Invece, erano Chanel borsa budget mila. Tuttavia, come il prezzo medio che sono di una borsa Chanel fino a $ 200. Ugg outlet Riceverete le caratteristiche, versatilità, questi vantaggi regolarmente pecore e struzzi, non di pelle marchio Chanel. Questo è importante, non tutti firmati a buon mercato borse chanel e spendere più di 1.000 dollari USA. Esempi del progettista attuale borse Chanel basso un gran numero. Ugg Saldi Dammi il miglior consiglio con la valvola prima di investire in "prezzo originale, sostenendo che molto più ragionevole. Borsa Chanel buona copia, infatti, confrontare l'originale e la copia, il divario tra voi.