Google PlusFacebookTwitter

Lato 1998, Mazury

By on sty 12, 2014

Mama zakomunikowała mi, że Tata Kaśki zaprosił nas na jacht. Nie wiedziałem co o tym myśleć. Nie bardzo rozumiałem na czym polega urok tego typu imprez. Byłem na wielu biwakach, rajdach, spływach – całe dzieciństwo spędziłem pławiąc się w jeziorach – ale na rejsie jachtem turystycznym nie byłem nigdy. Nabuzowanemu hormonami 17-latkowi średnio pasowała perspektywa spędzenia dwóch...

Mama zakomunikowała mi, że Tata Kaśki zaprosił nas na jacht. Nie wiedziałem co o tym myśleć. Nie bardzo rozumiałem na czym polega urok tego typu imprez. Byłem na wielu biwakach, rajdach, spływach – całe dzieciństwo spędziłem pławiąc się w jeziorach – ale na rejsie jachtem turystycznym nie byłem nigdy. Nabuzowanemu hormonami 17-latkowi średnio pasowała perspektywa spędzenia dwóch tygodni wakacji pod czułą opieką rodziców. Gdzieś pod kopułą tłukł się “tajny” plan wyruszenia na Przystanek Woodstock – a tu jakiś rejs. Z drugiej strony odmówić nie wypadało, propozycja była hojna, Pan Marek finansował większą część przedsięwzięcia i niegrzecznie byłoby w tej sytuacji wypiąć się na “Starych”.

 

Według tłumaczeń Mamy, rejs to w zasadzie rodzaj obozu wędrownego, tyle że zamiast targać bagaże na plecach, przemieszamy się jachtem i nocujemy pod pokładem. Dobra –  pomyślałem – zobaczymy o co chodzi (…przygoda, przygoda…). Nie bez znaczenia była również perspektywa spędzenia dwóch tygodni w towarzystwie Kaśki, którą poznałem parę tygodni wcześniej na spływie. Ujmując temat delikatnie – dziewczyna bardzo przypadła mi do gustu. Wspominałem już, że miałem wtedy 17 lat ?

 

Pływaliśmy chyba najbardziej luksusową jednostką dostępną w owych czasach na akwenach wielkich Jezior. Był to Courier – ośmiometrowy gigant (średnia długość jachtów na Mazurach nie przekraczała wtedy 6m) z płaskim dnem i balastem w opuszczanym pionowo mieczu szybrowym. Ta konstrukcja została przygotowana do pływania po przybrzeżnych wodach morskich, więc na Mazurach uchodziła za prawdziwego lewiatana. Łódka oferowała sporo wygód i była naprawdę dzielna, ale jak na warunki wielkich jezior bardzo, baaardzo ciężka.

 

Przy wyjątkowo słabych, sierpniowych warunkach wiatrowych jacht raczej “dryfował” niż żeglował, a wykręcenie kilku halsów na jeziorze Ryńskim potrafiło zająć cały dzień. Wtedy jednak nie miało to dla mnie żadnego znaczenia. Mimo leniwego tempa podróży, momentalnie zakochałem się w tych wszystkich sznurkach i szmatach. Umiejętność sterownia całym majdanem tak, żeby posuwał się w pożądanym kierunku, była dla mnie fascynująca. Mama Kasi wykonywała “koronkową robotę” zmuszając łajbę do poruszania się nawet na szczątkowych powiewach wiatru.

 

Zawsze kochałem jeziora (zostało mi to do dziś i raczej się nie zmieni), a koncepcja podróży przez nieznane akweny z noclegami wypadającymi w losowych miejscach całkowicie mnie uwiodła. Z radością oczekiwałem każdej kolejnej bindugi, gdzie poznawałem nowych ludzi przy wieczornych ogniskach, słuchałem ich historii i mordowałem nieskończone chmary komarów (żrących przeokrutnie).

 

W sumie na tym pierwszym rejsie nie pokonaliśmy żadnych szalonych odległości i więcej staliśmy we flautach niż pływaliśmy. Niemniej jednak już wtedy zrozumiałem, że jest to najfajniejszy znany mi sposób spędzania czasu i chcę do niego wracać tak często jak to możliwe.

 

W tym samym momencie w żeglarstwo wciągnął się mój cztery lata młodszy brat – Kuba. Pamiętam jego dumę, gdy jako “sternik” mógł przez chwilę poprowadzić jacht na kanale Tałckim. Nie będę rozwijał tego wątku, bo pewnie Młody sam zechce podzielić się z wami wspomnieniami.

 

Należy również dodać, że na tym pierwszym rejsie zaczęła się kształtować romantyczna relacja między mną a Kaśką. Podczas kilku kolejnych miesięcy przerodziła się w związek trwający do dziś. Tak właśnie żeglarstwo – sport i rozrywka, którą odkryłem w sumie dość późno – stało się siłą kształtującą moje dalsze życie.

 

Wiosna 2001, Trójmiasto/Mazury

By on sty 12, 2014

Każdy student wie, że decydując się na samodzielne poszukiwania pokoju do wynajęcia podejmuje spore ryzyko. Nigdy nie wiadomo na jakie towarzystwo trafisz – pół biedy jeśli w okolicy jest choćby jeden kumpel. Wtedy możesz mieć pewność, że nie będziesz mieszkał w jednym pokoju z jakimś aspołecznym debilem, a pozostałych współlokatorów da się znieść. Ja niestety takiego kumpla nie miałem,...

Każdy student wie, że decydując się na samodzielne poszukiwania pokoju do wynajęcia podejmuje spore ryzyko. Nigdy nie wiadomo na jakie towarzystwo trafisz – pół biedy jeśli w okolicy jest choćby jeden kumpel. Wtedy możesz mieć pewność, że nie będziesz mieszkał w jednym pokoju z jakimś aspołecznym debilem, a pozostałych współlokatorów da się znieść. Ja niestety takiego kumpla nie miałem, ale dopisało mi trochę szczęścia.

 

Na mojej pierwszej studenckiej mecie trafiło się mieszkanie, do którego właściciel dokooptował dwóch chłopaków z Krynicy Morskiej – Grunta* i Barta (oraz jeszcze jednego osobnika, litościwie pominiętego w tej opowieści). Poza wieloma innymi przymiotami chłopaki byli zapalonymi żeglarzami sportowymi ze sporym doświadczeniem regatowym. Nie minęło zbyt dużo czasu, kiedy zaczęliśmy wspólnie planować majówkę pod żaglami. Wtedy miałem już za sobą kilka mniejszych i większych imprez żeglarskich na WJM i uważałem się za całkiem doświadczonego żeglarza. Zapowiedziałem więc chłopakom na jakie przebiegi możemy liczyć i zaplanowałem trasę na tych parę dni. Oprócz nas trzech na rejs zaproszona została jedynie Kaśka. Chłopaki poznali ją już dość dobrze – mieliśmy okazję odwinąć razem parę studenckich wygłupów.**

 

Ten krótki, majowy rejs zmienił moje spojrzenie na żeglarstwo. Zacznijmy od tego, że trasę przewidzianą na 3 dni zrobiliśmy w ciągu niecałych dziesięciu godzin. Pływaliśmy zgrabną Sasanką 660, a Bartek i Grunt wyciskali z łódki każdy ułamek węzła, jaki się dało. Nie robiliśmy zwrotów innych niż “regatowe”, a idealne trymowanie żagla na każdym kursie (szkwale, powiewie) oraz obsesyjne wręcz sprawdzanie napięcia każdej linki stało się pokładowym standardem. Żaden wiatr nie był za silny, a szmaty się w razie potrzeby po prostu refowało. Na tym jednym parudniowym rejsie, nauczyłem się o pływaniu pod żaglami więcej niż przez kilka wcześniejszych lat. Byłem kompletnie zajarany nowo zdobytą wiedzą.

 

W trakcie studiów z kasą nie było jakoś specjalnie różowo, więc dalsze przygody żeglarskie ograniczały się raczej do weekendowych wypadów “poza sezonem”. Udało nam się z Kaśką zorganizować kilka krótkich rejsów na pewnej wspaniałej Sportinie 595***. W trakcie tych chłodnych jesiennych wypadów marzyliśmy o coraz większych projektach – pływaniu po morzu, najlepiej w ciepłych krajach (pijąc herbatę z tanim rumem pod paprykarz szczeciński).

 

* szacun Grunt – macham do ciebie! :)
** Nie wspomnę więc o tym, jak pod osłoną nocy zawieszaliśmy na maszcie pewnej instytucji flagę z nieprzyzwoitym rysunkiem, który Kaśka namazała na połowie prześcieradła z fantazją i dbałością o szczegóły godną lepszej sprawy.
*** z grzeczności nie wymieniam właściciela mojej ulubionej Sportiny bo przypuszczam, że wolałby pozostać anonimowy, ale jeżeli czyta Pan tekst to serdecznie Pana pozdrawiam.

Jesień 2006, Trójmiasto/Chorwacja

By on sty 12, 2014

Po prawie trzech latach pracy i obronie magisterki w końcu zacząłem zarabiać dość dobrze, żeby móc zacząć odkładać część pensji na wymarzoną wyprawę. Zorientowałem się jakie są koszty organizacji rejsu na morzu śródziemnym i rozpocząłem poszukiwania chętnych na tego typu imprezę. Dzięki inicjatywie Barta mieliśmy szczęście poznać parę nowych przyjaciół – Łukasza i Patrycję – z...

Po prawie trzech latach pracy i obronie magisterki w końcu zacząłem zarabiać dość dobrze, żeby móc zacząć odkładać część pensji na wymarzoną wyprawę. Zorientowałem się jakie są koszty organizacji rejsu na morzu śródziemnym i rozpocząłem poszukiwania chętnych na tego typu imprezę. Dzięki inicjatywie Barta mieliśmy szczęście poznać parę nowych przyjaciół – Łukasza i Patrycję – z którymi wspólnie zaplanowaliśmy sześcioosobowy, dwutygodniowy rejs w Chorwacji. Łukasz jest kolejnym wychowankiem Krynickiego klubu żeglarskiego, którego poznałem. Też ma kompletnego świra na punkcie idealnego trymowania łódki. Do spółki z Bartem od kilku lat dominują stawkę w polskim pucharze klasy 505 (arcytrudnej klasy) .

 

Rejs w Chorwacji był dla nas czystą magią – od pierwszego momentu, gdy tylko zobaczyłem lazurowy kolor wody w Adriatyku, wsiąkłem w słowiańsko-śródziemnomorski klimat tego rejonu. Skaliste, zalesione wyspy pomiędzy którymi żeglowaliśmy, kojarzyły mi się z krajobrazami znanymi tylko z egzotycznych programów podróżniczych – Nową Zelandią i wyspami Pacyfiku.
Chorwacja była pierwszym krajem basenu morza śródziemnego, do jakiego trafiłem, więc widok każdej kolejnej palmy czy cyprysa powodował we mnie nieustającą euforię. Miejscowe wino (mogliśmy pozwolić sobie tylko na to tanie) i smak owoców morza poławianych w lokalnych wodach potęgował wrażenie totalnego odrealnienia.

 

Mimo nie najlepszych warunków pogodowych (pływaliśmy między burzami i co najmniej połowę rejsu byliśmy przemoczeni) dobrze znosiliśmy długie przebywanie na morzu oraz rygor całodobowych wacht. To wtedy pierwszy raz określiłem sobie w życiu nowy cel – chcę żyć i podróżować właśnie w taki sposób. Muszę znaleźć sposób, żeby opłynąć świat pod żaglami.

 

Podzieliłem się tymi przemyśleniami z moją drugą połową. Okazało się, że Kaśka świetnie mnie rozumie i chce dzielić ze mną to marzenie. Nie mógłbym sobie wymarzyć lepszej towarzyszki życia. Po powrocie zacząłem powoli knuć długofalowe plany i strategie.

 

W międzyczasie do Trójmiasta przeprowadził się Kuba. Zaczynał studia i wspólnie z rodzicami uznali, że najlepiej mu będzie pod kuratelą starszego brata. Przez jakiś czas mieszkaliśmy razem – wiąże się z tym kilka mniej lub bardziej zabawnych historii, które może opiszę innym razem.

 

Jak już wspominałem, młody zaraził się w dzieciństwie tą samą pasją. Realizował ją na swoje sposoby biorąc udział w obozach żeglarskich oraz rejsach szkolnych. W trakcie studiów na AWFiS założył na nowo koło studenckie skupione wokół jachtu S/Y Śniadecki będącego własnością tej uczelni. Pływając pod opieką kpt. Grzegorza Przybylskiego zdobył uprawnienia morskiego sternika jachtowego.

 

W którymś momencie on także dał się uwieść marzeniu o rejsie dookoła świata. Zdecydował, że chce pokierować swoim życiem i karierą tak, aby udało się nam wspólnie zrealizować to przedsięwzięcie. Od tego momentu knuliśmy we trójkę.

Jesień 2013, Trójmiasto

By on sty 12, 2014

Zbliżają się moje 32 urodziny. Kolejny dzień w pracy. Projektuję graficzne interfejsy oprogramowania w dużej amerykańskiej korporacji. Robota w sumie bardzo fajna – stanowisko kreatywne, dobra pensja. Drugi rok w tej samej firmie. Po kilku nerwowych latach “na własnej działalności” miło jest widzieć kasę na koncie zawsze idealnie w terminie. Korporacja należy do tych określanych frazesem...

Zbliżają się moje 32 urodziny. Kolejny dzień w pracy. Projektuję graficzne interfejsy oprogramowania w dużej amerykańskiej korporacji. Robota w sumie bardzo fajna – stanowisko kreatywne, dobra pensja. Drugi rok w tej samej firmie. Po kilku nerwowych latach “na własnej działalności” miło jest widzieć kasę na koncie zawsze idealnie w terminie. Korporacja należy do tych określanych frazesem “z ludzką twarzą”. To określenie nie brzmi zbyt sensownie. Ja bym powiedział, że jest po prostu bardzo przyjazna pracownikom*.

 

W przerwie przeglądam sajty samochodowe, gry na konsolę, pierdoły, plotki.
Dobrze mi. Gnuśnieję.

 

 

W 2007 roku kupiłem mieszkanie – 30m2 / 30 lat / frank po 2,21. 105% wartości nieruchomości (tak, takie były czasy) bo jakoś ten zastraszający metraż trzeba umeblować. Marzenia o rejsie trafiają chwilowo na półkę – “…mieszkania drożeją, nie ma żartów, trzeba kupować. Kroczek po kroczku, na rejs też kiedyś zarobię…”. Byłem pewien, że własne mieszkanie mnie uszczęśliwi i postępuję rozsądnie inwestując w nieruchomość. Wziąłem jeszcze auto na raty (a co!). Fajnie jest mieć auto – wozisz się wygodnie po Polsce i Europie – pozycja społeczna wzrasta i w ogóle…

 

Dwa lata później czułem się jakbym zaciągnął ręczny, a plany dotyczące organizacji przygody życia rozwiewały się gdzieś pomiędzy ratami. Kombinowałem na różne sposoby – napisałem koncepcję programu telewizyjnego o żeglarstwie i Endemol zaprosił mnie na wstępne rozmowy – było bardzo miło. Niestety po pierwszym spotkaniu przestali odpowiadać na maile, więc pewnie coś jednak musiałem zrobić nie tak.

 

Powoli w mojej głowie klarował się pomysł zrealizowania rejsu jako większego przedsięwzięcia podróżniczo-multimedialnego. Nie wiedziałem jeszcze jak to dokładnie poskładać do kupy. W polskim internecie coraz większą popularność zaczęły zdobywać portale społecznościowe. Pomyślałem, że to się da jakoś ożenić…

 

W 2009 zdecydowałem się “pójść na swoje”. Irytowała mnie monotonia bieżącej roboty w agencji interaktywnej. Gdy w kalendarzu prac zobaczyłem, że przez 3 najbliższe miesiące będę rezał głównie bannery, mój poziom frustracji osiągnął sufit. Założyłem działalność.

 

Następne 3 lata były strasznie nerwowe – czy uda się zdobyć zlecenia, czy zapłacą faktury na czas, czy skarbówka nie wejdzie na konto… Generalnie udawało się zarabiać całkiem dobrze, ale szarpanina była z tym nieziemska. Czasem do dyspozycji miałem sporo kasy, innym razem trzeba było pożyczać od rodziny, żeby dotrwać do następnej zapłaconej faktury.

 

W międzyczasie założyliśmy razem z Kaśką i Kubą agencję fotograficzną. Biznes powoli się rozkręcił. Nie idziemy na kompromisy – zajmujemy się wyłącznie fotografią mody i architektury. Kokosów z tego nie było (i dalej nie ma), ale dzięki możliwości produkcji kolejnych sesji zdjęciowych i filmowych rozwinęliśmy nasze talenty**. W ten sposób zdobyliśmy kompetencje oraz doświadczenie, niezbędne do samodzielnej realizacji programu podróżniczego. Zawsze trochę bliżej celu.

 

Na wiosnę 2012 miałem już dość ścigania klientów o niezapłacone faktury i zacząłem rozglądać się za stałą pracą. Jak się okazało, nie umiem cholera planować wielkich przedsięwzięć nie będąc pewien, że mam za co przeżyć kolejny tydzień.

 

Podjąłem pracę w Compuware. W ciągu kilku miesięcy moja bieżąca sytuacja finansowa się ustabilizowała. Przyjąłem filozofię małych kroków – każda kolejna spłacona rata zbliża mnie do upragnionego celu. Z jednej strony trochę to żałosne, z drugiej… całkowicie prawdziwe.

 

 

Jest koniec września 2013 – miesiąc do moich 32 urodzin.
Siedzę na dupie. Patrzę w ekran i nabieram pewności, że jak teraz nie zacznę realizować swoich marzeń to pewnie będę musiał czekać do emerytury… Zaraz, jakiej emerytury? Mieszkam w Polsce, nie będzie emerytury, a tym bardziej żeglowania…
Trzeba coś ruszyć. Teraz, już.

 

Na leasing jachtu mnie nie stać, jak bym nie kombinował… taki wydatek jest poza moim zasięgiem. Jak kupię starego strucla to następnych 10 lat będę go remontował i spłacał spory kredyt…dobry plan żeby się zupełnie zajechać.

 

Muszę zacząć spokojniej. Może jakiś kilkumiesięczny czarter, który pozwoli rozbujać projekt podróżniczy? Potem już jakoś będzie. Z pieniędzmi ostatnio jest nienajgorzej – raczej uda się wziąć na to kredyt. Model biznesowy noszę w głowie od lat. Ryzyko spore, ale taki plan ma szanse na powodzenie.

 

Zastanawiam się tylko kto chciałby wyczarterować mi przyzwoity jacht na dobrych warunkach ?
Proponowałem już kiedyś firmom zajmującym się czarterem nasze usługi foto/video/web w zamian za udostępnienie łódki. Odzew zerowy.

 

Spróbuję skontaktować się z producentami. Zacznę od Delphia Yachts, to chyba największa polska stocznia i do tego “krajanie”. Użyczyli jachtu Kubie Skrzyczkowskiemu, więc może będą zainteresowani naszym wariackim projektem.

 

* każdemu koledze programiście polecam z czystym sumieniem – znajdziecie tu wyłącznie profesjonalnych współpracowników i naprawdę wygodne środowisko pracy. Składajcie CV.
** jakość naszych prac można zweryfikować na bannerach i witrynach sklepowych obecnych w całej Polsce – www.agencjanegatywna.com

Zima 2014, Trójmiasto

By on sty 12, 2014

♦   Są zainteresowani.   Umowa podpisana. Kredyt zaciągnięty.   Ruszamy w maju.

 

Są zainteresowani.

 

Umowa podpisana. Kredyt zaciągnięty.

 

Ruszamy w maju.
comments powered by Disqus
Partnerzy projektu: sennheisergdy_logo sailservice_logo_partnerswind_logo_partnerscodezero_logo_partnersnord_boat_small    

Patroni medialni:


Zagle_logo_rtb      Podroze_logo_rtb            RG logo
Di solito, i piedi diventano freddi e una sensazione di bagnato può essere sentito. Ma, questo paio di stivaletti è stato progettato Ugg scontati prudenti le decisioni di sottoscrizione cura, in modo da ottenere tutta l'intimità e la secchezza si dovrebbe. Gli stivali vi aiuterà anche a stoppino via l'umidità permettendo quindi quantità aria libera. Questo non significa che replica borsetta molto a buon mercato. Invece, erano Chanel borsa budget mila. Tuttavia, come il prezzo medio che sono di una borsa Chanel fino a $ 200. Ugg outlet Riceverete le caratteristiche, versatilità, questi vantaggi regolarmente pecore e struzzi, non di pelle marchio Chanel. Questo è importante, non tutti firmati a buon mercato borse chanel e spendere più di 1.000 dollari USA. Esempi del progettista attuale borse Chanel basso un gran numero. Ugg Saldi Dammi il miglior consiglio con la valvola prima di investire in "prezzo originale, sostenendo che molto più ragionevole. Borsa Chanel buona copia, infatti, confrontare l'originale e la copia, il divario tra voi.