Google PlusFacebookTwitter

Lizbona wymaga czasu

By on sie 19, 2014

Moje wyobrażenie o Portugalii było dość mgliste. Opierało się na trzech filarach: motywach, które zapamiętałem z sesji zdjęciowej jednej z polskich marek odzieżowych (godziny spędzone na obróbce i animacjach), słynnym filmie Wima Wendersa „Lisbon Story” oraz informacjach szczodrze wplatanych w błyskotliwe komentarze sportowe Dariusza Szpakowskiego (Euro 2004). Kafelki, tramwaje, fado, Figo i...

Moje wyobrażenie o Portugalii było dość mgliste. Opierało się na trzech filarach: motywach, które zapamiętałem z sesji zdjęciowej jednej z polskich marek odzieżowych (godziny spędzone na obróbce i animacjach), słynnym filmie Wima Wendersa „Lisbon Story” oraz informacjach szczodrze wplatanych w błyskotliwe komentarze sportowe Dariusza Szpakowskiego (Euro 2004). Kafelki, tramwaje, fado, Figo i Cristiano Ronaldo. Ignorancja.

 

Kiedy więc dopłynęliśmy do Porto nie bardzo wiedziałem czego się spodziewać. Wałęsałem się po mieście próbując zrozumieć jego charakter. Okazało się to być zadaniem dość trudnym. Dzielnice pełne małych domków, między którymi rybackie rodziny grillują na węglu sardyny sąsiadują z turystycznymi kwartałami zdominowanymi przez „Domy Porto”. Zaraz za tłumnie odwiedzanymi zabytkami sakralnymi znajdują się mikro-uliczki z barami, dla których słowo „mordownia” byłoby komplementem (chociaż serwują świetne buły z Churico*). Kontrasty są wyjątkowo wyraźne. Ze zwiedzania wróciłem bardzo zadowolony, ale też trochę skonfudowany. Jak zamknąć tego typu metropolię w jakimś zgrabnym pudełku?

 

Po kolejnym tygodniu dotarliśmy do Lizbony. Po kilku wyprawach do miasta w końcu dostrzegłem pewną prawidłowość, która charakteryzuje Portugalskie miasta – wszędzie panuje chaos. Struktury Porto i Lizbony są skomplikowane zarówno w wymiarze geograficznym jak i społecznym. Poznanie specyfiki danej dzielnicy wymaga kilku dni. Poznanie całej aglomeracji zajmuje znacznie więcej czasu niż dane mi było spędzić w tym kraju. Oto więc moja ułomna relacja ze stolicy Portugalii.

Baixa Pombalina

By on sie 19, 2014

Na północ od znajdującego się bezpośrednio nad rzeką Tag najsłynniejszego placu Lizbony (Praça do Comércio) rozciągają się ulice i place ścisłego centrum. Środkiem kwartału zabudowanego wysokimi, XVIII-wiecznymi kamienicami biegnie deptak. Pod kątem prostym przecinają go wąskie uliczki, po których toczą się słynne Lizbońskie tramwaje. Po obu stronach dziesiątki restauracji, knajp i Pastelarii...

Na północ od znajdującego się bezpośrednio nad rzeką Tag najsłynniejszego placu Lizbony (Praça do Comércio) rozciągają się ulice i place ścisłego centrum. Środkiem kwartału zabudowanego wysokimi, XVIII-wiecznymi kamienicami biegnie deptak. Pod kątem prostym przecinają go wąskie uliczki, po których toczą się słynne Lizbońskie tramwaje. Po obu stronach dziesiątki restauracji, knajp i Pastelarii wystawiają swe ogródki dokładnie na środku pasażu. Nachalni kelnerzy podbiegają trzymając w ręku menu we wszystkich językach świata i próbują ci wcisnąć „tradisional portugis fud”. Rzut oka na talerze oraz ceny w menu wystarczył. Od „tańszych” restauracji w tym rejonie trzymałbym się z daleka. Na te droższe nie było mnie stać.

 

Centrum oraz warto odwiedzić, aby popatrzeć na piękne place (m.in Praça da Figueira), pomniki, ciekawą architekturę oraz słynną windę „Santa Justa”. Jeżeli gustujecie w taki atrakcjach łatwo się tu również zaopatrzyć w dowolnego rodzaju dragi. To chyba moja wyleniała w słońcu blond czupryna (godna surfera) powodowała, że co 30 metrów proponowano mi haszysz, marihuanę oraz kokainę wraz z darmowymi samplami.

 

Najważniejszą atrakcją tych okolic są moim zdaniem maleńkie lokale produkujące i serwujące Ginginę (czyt Żinżinia) – rodzaj słodkiej i dość mocnej nalewki na wiśniach. Za jedyne 1.35 Euro można się uraczyć shotem lokalnego wyrobu. Nalewając, panowie grzecznie pytają czy życzymy sobie znaleźć w kieliszku owoc czy może sam alkohol. Jeżeli „życzymy owoc” Pan umiejętnie manipuluje korkiem karafki, tak aby do porcji trafiła kilko wisienek. Jak wie każdy fan nalewek to owocki „trzymają moc” roztworu, także z przyjemnością zjadłem swoją porcję. Wiśnie zalewane są z w całości, więc w ich smaku wyraźnie czuć anyżkowo-arszenikowy aromat pestki.

Wieczór

By on sie 19, 2014

Bairro Alto

By on sie 19, 2014

Kuba jako pierwszy wybrał się do dzielnicy będącej imprezowym centrum Lizbony (aby spotkać się z załogą Sputnika – pozdrowienia!). Cale szczęście, że ochroniarze w marinie mają miękkie serce i dobrą pamięć do twarzy, bo kiedy nad ranem dowlókł się do mariny wpuścili go za bramę. Wrażenia jakie wyniósł z wyprawy bardzo przypominały amsterdamskie klimaty, z niecierpliwością oczekiwałem więc...

Kuba jako pierwszy wybrał się do dzielnicy będącej imprezowym centrum Lizbony (aby spotkać się z załogą Sputnika – pozdrowienia!). Cale szczęście, że ochroniarze w marinie mają miękkie serce i dobrą pamięć do twarzy, bo kiedy nad ranem dowlókł się do mariny wpuścili go za bramę. Wrażenia jakie wyniósł z wyprawy bardzo przypominały amsterdamskie klimaty, z niecierpliwością oczekiwałem więc kolejnej okazji do zwiedzenia tych okolic.

 

Okazje się zdarzyły – nawet dwie – mogę z radością zaprezentować osobiste impresje związane z imprezowaniem na ulicach Lizbony. Do Bairro Alto warto wybrać się około północy. Dzielnica rozciąga się na zachód od Centrum – w odległości 20 minut spacerem. Jest kilka interesujących dróg, które prowadzą do właściwej strefy. Podchodzi się pod solidną górkę, można więc złapać odrobinę zadyszki.

 

Na górze wchodzimy w strefę totalnej fiesty – sieć wąskich uliczek obwieszonych kolorowymi girlandami i pełnych bawiących się ludzi. Dziesiątki małych knajpek, barów i restauracji gości międzynarodowe, wieloetniczne towarzystwo. Zabawa trwa również bezpośrednio na bruku ulicy. Jeżeli ktoś nierozważnie zaparkował gdzieś w okolicy samochód znajdzie go w najlepszym razie pod stertą śmieci i plastikowych kubków. W tłumie krążą czarnoskórzy sprzedawcy kapeluszy oraz święcących w całej palecie sRGB diodowych gadżetów. Oczywiście ktoś co chwila proponował mi koks…

 

Duża konkurencja wymusza niskie ceny alkoholu – w większości miejsc napijecie się piwa za 1.50 – 2.00, a mohito/capirinhę dostaniecie za 3.50. Z jedzeniem bywa różnie – zamówienie „bifany” nie jest złym pomysłem. Zaryzykowaliśmy jednak również zamówienie pizzy w knajpie stylizowanej na włoską. Dostaliśmy zimny jeszcze w środku produkt typu „głęboko mrożony” – najgorsze chyba żarło w historii rejsu. Restauracje serwujące lepsze jedzenie oraz tutejsze tapas-bary są dużo droższe niż ich hiszpańskie odpowiedniki, więc skupiliśmy się raczej na potrawach w płynie.

 

Po kilku spędzonych tam godzinach nauczyliśmy się wyróżniać w dzielnicy konkretne kwartały. Idąc przez określone fragmenty można wyraźnie zaobserwować dominację jednego koloru skóry lub natknąć się na manifestacje określonego typu seksualności. Wszędzie jest miło i stosunkowo bezpiecznie. Gdy przechodziliśmy obok lokalnego posterunku policji zatrzymał nas ryk brutalnego heavy metalu dochodzącego z naprzeciwka. Skuszeni znajomą melodią zajrzeliśmy do środka i postanowiliśmy „zostać na jedno”. Właściciel baru był wielkim fanem Misfits, Black Flag i Motorhead’a. Wystrój lokalu można określić jako anarchistyczno-skejtowski, a sporą część klienteli stanowią policjanci wpadający się napić browarka po pracy i pogadać z wytatuowanymi w czarne tribale metalami.

 

W górnej części Bairro Alto impreza kończy się koło drugiej nad ranem. Wystarczy jednak popatrzeć gdzie spływają miejscowi, aby dotrzeć do położonego kilkaset metrów niżej miejsca „drugiego oddechu”. Na ciągle spragnionych czekają kluby, dyskoteki i strip-cluby. Większość czynna do czwartej, kilka jeszcze dłużej.

Fiesta

By on sie 19, 2014

Parque das Nações

By on sie 19, 2014

Wybierając miejsce postoju w Lizbonie szukaliśmy mariny, która pozwoli nam w miarę niedrogo spędzić tydzień w stolicy. Zdecydowaliśmy się popłynąć do portu umiejscowionego w nowoczesnym, wybudowanym na Expo 98 (i ciągle rozwijanym) kompleksie parkowo-rozrywkowym   Parque des Nacoes jest zupełnie inny niż reszta miasta. Zamiast nieregularnych, zaciśniętych zakrętów uliczek pnących się w górę...

Wybierając miejsce postoju w Lizbonie szukaliśmy mariny, która pozwoli nam w miarę niedrogo spędzić tydzień w stolicy. Zdecydowaliśmy się popłynąć do portu umiejscowionego w nowoczesnym, wybudowanym na Expo 98 (i ciągle rozwijanym) kompleksie parkowo-rozrywkowym

 

Parque des Nacoes jest zupełnie inny niż reszta miasta. Zamiast nieregularnych, zaciśniętych zakrętów uliczek pnących się w górę i spadających gwałtownie w dół znajdziemy tu ogromne płaskie przestrzenie poprzecinane parkami i fontannami. Duże wrażenie robią progresywne kształty architektury okolicznych budynków – opery, kasyna, oceanarium, centrum handlowego oraz dworca Oriente. Ciekawym elementem krajobrazu jest też kolejka linowa ciągnąca się wzdłuż wybrzeża Tagu.

 

Dzielnica jest bardzo spokojna, miejscami sprawia wrażenie wręcz wymarłej. Sporo lokali stoi pusto i wiszą na nich tabliczki zachęcające do wynajęcia. Jest czysto, luźno. Udziela się nastrój wypoczynku i relaksu. Po grobli otaczającej część portu oraz oceanarium truchtają biegacze. Okolica posiada także oblicze biznesowe – jako informers nie mogłem przeoczyć biurowca Microsoftu i kilku innych ciekawych instytucji. Restauracje i lunch-bary regularnie zapełniają się klientami, podejrzewam więc, że mimo leniwej atmosfery dookoła kwitnie tu życie biurowo-korporacyjne.

 

Wracając wieczorem z kina (Guardians of Galaxy w 3D! Ha!) zostałem zaczepiony przez dość elegancko ubranego Pana, który poprosił mnie o ogień. Gdy odpowiedziałem, że „niestety nie mam”, nie speszył się specjalnie i zaproponował mi koks…

Expo 98

By on sie 19, 2014

Alfama

By on sie 19, 2014

Prawdziwe serce Lizbony bije w Alfamie. Sieć małych uliczek pokrywająca wzgórza wschodniej części centrum miasta kryje niesamowite miejsca. Zagłębiając się w zacienione zaułki można poczuć duszę miasta wyrytą w powyginanych kształtach fasad, fantazyjnych motywach „azulejos”, oraz wszechobecnym zapachu grillowanych sardynek. Bogato zdobione mury kościołów oraz konwentów przypominają o roli...

Prawdziwe serce Lizbony bije w Alfamie. Sieć małych uliczek pokrywająca wzgórza wschodniej części centrum miasta kryje niesamowite miejsca. Zagłębiając się w zacienione zaułki można poczuć duszę miasta wyrytą w powyginanych kształtach fasad, fantazyjnych motywach „azulejos”, oraz wszechobecnym zapachu grillowanych sardynek. Bogato zdobione mury kościołów oraz konwentów przypominają o roli chrześcijańskiej twierdzy, jaką przez wieki pełniło to miasto.

 

W różnych partiach dzielnicy możemy się natknąć na ciekawe elementy street-artu – całe fragmenty murów pokryte kwietnymi kobiercami, przestrzenne rzeźby utworzone z druciaków, fotografie mieszkańców dzielnicy wykonane w technice „” (guma arabska na deskach), czy interesujące grafitti. Naprawdę nigdy nie wiadomo na co możesz się natknąć za kolejnym rogiem.

 

Wokół zamku Św. Jerzego zasuwa tramwaj słynnej linii 28 – cel pielgrzymek niezliczonych chmar turystów z całego świata. Jeżeli chcecie się nim przejechać, przygotujcie się na stanie w ponad godzinnych kolejkach. Moim zdaniem atrakcja jest wątpliwa. Tramwaje są piękniejsze od zewnątrz niż od środka. No ale to „MUST DO”…

 

Dla naszej załogi jednym z ważniejszych punktów programu było posłuchanie koncertu muzyki Fado. Długo włóczyliśmy się po uliczkach szukając odpowiedniego miejsca. Było już dość późno więc wybór lokali z muzyką graną na żywo z minuty na minutę się zawężał. Być może popełniliśmy błąd, ale świadomie unikaliśmy miejsc, w których pieśni wykonywane przez artystów przypominały odgłosy zarzynania koguta tępym sierpem.

 

W końcu trafiliśmy na dwie interesujące pozycje – pod latarnią oczywiście najciemniej – obydwa lokale znajdowały się raptem 200 metrów od muzeum fado. Jeden z nich otwierał się tylko okazjonalnie, aby wypuścić lub wpuścić ze dwie osoby. Przez szparę drzwi zaobserwowaliśmy tłum skupionych słuchaczy. Nie wyglądało na to, że damy radę się wbić.

 

W drugim lokalu było podobnie, jednak przez szklane drzwi udało się nas dojrzeć właścicielowi przybytku. Niewielki, łysawy, gadatliwy gość zaproponował, że za odpowiednią opłatą nas gdzieś wciśnie, a w cenie wejściówki poda drinki. Szczerze mówiąc wyglądało to na grube naciąganie, ale z braku innych opcji zdecydowaliśmy się zaufać facetowi.

 

W koncercie Fado nie wolno przeszkadzać, więc poczekaliśmy kilka minut do oficjalnej przerwy po czym zostaliśmy przeprowadzeni przez cały lokal i usadzeni w zasadzie już za zespołem. Przy okazji poznaliśmy dwie przemiłe Kanadyjki – Nancy i Iwonę. Rodzice Iwony są Polakami, a ona sama całkiem nieźle mówi w naszym skomplikowanym języku. Jak nietrudno przewidzieć, szybko się zaprzyjaźniliśmy. Dziewczyny są z Toronto i wybrały się w ramach tegorocznego urlopu na kilkutygodniowy Euro-trip. Jako fanki dobrych imprez na trasie swojej pielgrzymki umieściły między innymi Amsterdam i Lizbonę. Podzieliliśmy się wrażeniami z Holandii oraz dostaliśmy namiar na najlepsze pool-party na Balearach. Nie jestem jeszcze pewien czy jestem gotowy na to doświadczenie, ale adres już znam.

 

Wracając do Fado – mieliśmy szczęście posłuchać wielu naprawdę ciekawych utworów. Część przejmująco zaśpiewanych i teatralnie odegranych przez wokalistkę, umiejętnie budującą atmosferę koncertu oraz kilka weselszych pozycji wykonanych przez akompaniujących jej muzyków. Niestety portugalski jest jednym z języków, którego słowa brzmią tak obco, że nie byłem w stanie nawet z grubsza się domyślić o czym artysta zapodaje. Pozostało mi więc rozkoszować się samą formą.

 

Właściciel winiarni okazał się być człowiekiem nadzwyczaj rzetelnym. Kiedy tylko pojawiła się taka opcja przesadził nas w bardziej korzystną okolicę. Również finansowo wszystko wyszło zupełnie bez zarzutu.

 

Alfamę opuściliśmy usatysfakcjonowani. Fantastyczne widoki, azulejos, sardynki, vinho verde i fado. I przez cały wieczór nikt nie próbował wcisnąć mi koksu…

 

map_lisbon
 

*Półnagi, suchy, wydziarany Pan skroił mi całą, wielką kiełbachę do rozciętej kajzerki. O maśle czy warzywku zapomnij, zresztą i tak by się nie zmieściło. Trudno było ugryźć, bo mięcho wypadało z każdej strony, ale jak smakowało!

Azulejos i kolorowe pranie

By on sie 19, 2014

comments powered by Disqus
Partnerzy projektu: sennheisergdy_logo sailservice_logo_partnerswind_logo_partnerscodezero_logo_partnersnord_boat_small    

Patroni medialni:


Zagle_logo_rtb      Podroze_logo_rtb            RG logo
Di solito, i piedi diventano freddi e una sensazione di bagnato può essere sentito. Ma, questo paio di stivaletti è stato progettato Ugg scontati prudenti le decisioni di sottoscrizione cura, in modo da ottenere tutta l'intimità e la secchezza si dovrebbe. Gli stivali vi aiuterà anche a stoppino via l'umidità permettendo quindi quantità aria libera. Questo non significa che replica borsetta molto a buon mercato. Invece, erano Chanel borsa budget mila. Tuttavia, come il prezzo medio che sono di una borsa Chanel fino a $ 200. Ugg outlet Riceverete le caratteristiche, versatilità, questi vantaggi regolarmente pecore e struzzi, non di pelle marchio Chanel. Questo è importante, non tutti firmati a buon mercato borse chanel e spendere più di 1.000 dollari USA. Esempi del progettista attuale borse Chanel basso un gran numero. Ugg Saldi Dammi il miglior consiglio con la valvola prima di investire in "prezzo originale, sostenendo che molto più ragionevole. Borsa Chanel buona copia, infatti, confrontare l'originale e la copia, il divario tra voi.