Google PlusFacebookTwitter

Pod palcem Kolumba

By on paź 26, 2014

Mimo, że Barcelona żegnała nas ciepłą, letnią aurą, codzienne, gwałtowne burze zwiastowały już nadejście śródziemnomorskiej jesieni.   W weekend do załogi dołączyli Jacek z Przemkiem. Jacek zwyciężył w wiosennym konkursie facebookowym R.T.B. i wygrał tygodniowy pobyt na naszym jachcie. Na przygodę postanowił zabrać ze sobą przyjaciela, z którym stawiali pierwsze kroki w żeglarskiej pasji....

Mimo, że Barcelona żegnała nas ciepłą, letnią aurą, codzienne, gwałtowne burze zwiastowały już nadejście śródziemnomorskiej jesieni.

 

W weekend do załogi dołączyli Jacek z Przemkiem. Jacek zwyciężył w wiosennym konkursie facebookowym R.T.B. i wygrał tygodniowy pobyt na naszym jachcie. Na przygodę postanowił zabrać ze sobą przyjaciela, z którym stawiali pierwsze kroki w żeglarskiej pasji.

 

Jeszcze w piątek wieczór na pokład dotarły również Magda z Weroniką – dobre przyjaciółki naszej załogi (a przede wszystkim wierne kumpele Katarzyny). Ponieważ dziewuchy zawodowo zajmują się historią sztuki w Barcelonie mieliśmy okazję widywać się tylko późnym wieczorem – po zamknięciu każdego możliwego muzeum oraz galerii.

 

W drugi i ostatni piątek Barcelońskiej przygody zapoznaliśmy się z WaterLovers* parą przesympatycznych rodaków – Bartkiem i Kasią – zamieszkującymi przez większość roku pokład Sashq’i – ślicznego jachtu zacumowanego w jednym z miejskich portów. Na początek, sącząc wino oprowadziliśmy ich po komnatach naszej 6-miesięcznej Delphi’owej rezydencji, a potem wybraliśmy się do miasta na piwko. Tematów do wspólnych rozmów nie brakowało a Kaśka z Kasią odkryły wspólne zamiłowania kulinarne (nie jestem szowinistą (wege-szowinistą)… w efekcie poznaliśmy kilka świetnych adresów restauracji wegańskich).

 

W 7-osobowym składzie, niedzielnym porankiem opuściliśmy miasto odprowadzani przez polską banderę powiewającą na pokładzie Sashq’i.

Sashqa

By on paź 26, 2014

Mistrzowie Świata

By on paź 26, 2014

W niedzielny wieczór dobiliśmy do portu „Sant Feliu”. W marinie udało się uzyskać na tyle stabilne połączenie z internetem, że uruchomiliśmy transmisję z finałowego meczu siatkarskich mistrzostw świata wysyłanego w eter przez Polskie Radio. Z napięciem wsłuchiwaliśmy się w głos komentatora barwnie przedstawiającego sytuację na boisku.   Gdzieś głęboko w mojej podświadomości zakorzeniła się...

W niedzielny wieczór dobiliśmy do portu „Sant Feliu”. W marinie udało się uzyskać na tyle stabilne połączenie z internetem, że uruchomiliśmy transmisję z finałowego meczu siatkarskich mistrzostw świata wysyłanego w eter przez Polskie Radio. Z napięciem wsłuchiwaliśmy się w głos komentatora barwnie przedstawiającego sytuację na boisku.

 

Gdzieś głęboko w mojej podświadomości zakorzeniła się pewna niepokojąca myśl. Choć racjonalnie rzecz biorąc nie jest to możliwe, jestem przekonany, że gdy kibicuję jakiejkolwiek drużynie narodowej sprawa jest automatycznie przegrana. Ten prywatny zabobon spowodował, że „dla dobra sprawy” postanowiłem przerwać słuchania relacji i wybrać się z częścią ekipy na miasto.

 

W jednej z bocznych uliczek sennej, posezonowej miejscowości znaleźliśmy maleńki bar z pyszną, domową sangrią w cenie 7 Euro za 1,5 litra. Po ździerstwie stolicy Katalonii taka cena była prawdziwą okazją – rozsiedliśmy się więc z załogą na pewnego rodzaju wieczorku zapoznawczym.

 

O bieżącym stanie rozgrywki informowały nas wysyłane przez doktor Asię SMSy i włączana raz na jakiś czas przez Przemka strona internetowa.

Daleko od szosy…

By on paź 26, 2014

Mistral

By on paź 26, 2014

Mistral jest cholernie wyświechtanym wiatrem. Nazwa jest nośna, łatwa do zapisania i zapamiętania. W Polsce nazywa się nią wszystko – od szkółek żeglarskich, przez nadmorskie smażalnie po odświeżacze toaletowe i osiedla mieszkaniowe. Takie sympatyczne słowo-klucz, którym na pewno można by ochrzcić również jakiś odświeżający perfum albo francuski okręt desantowy…**.   Wiatr schodzący...

Mistral jest cholernie wyświechtanym wiatrem. Nazwa jest nośna, łatwa do zapisania i zapamiętania. W Polsce nazywa się nią wszystko – od szkółek żeglarskich, przez nadmorskie smażalnie po odświeżacze toaletowe i osiedla mieszkaniowe. Takie sympatyczne słowo-klucz, którym na pewno można by ochrzcić również jakiś odświeżający perfum albo francuski okręt desantowy…**.

 

Wiatr schodzący spomiędzy południowych stoków Alp oraz Pirenejów i rozpędzający się na Morzu Śródziemnym do 40 węzłów specjalnie sympatyczny jednak nie jest. Aby ukryć się przed jego wrednymi podmuchami na trasie z Barcelony, staraliśmy się wybrać porty osłonięte od północy przyzwoitym kawałkiem półwyspu. Mimo to, pierwszej nocy po opuszczeniu stolicy Katalonii obudził nas odgłos chrobotania stali po betonie. Mimo powieszonych na rufie odbijaczy wiatr wiejący prosto w dziób jachtu mocno dociskał łódź do pirsu, a wystający odrobinę poza obręb kadłuba metalowy reling rysował ściankę pomostu. Mooringi*** w ciągu dnia wybraliśmy na tyle mocno, że ledwo byliśmy w stanie przedostać się na ląd – mimo to siła wyjącego wichru była w stanie przesunąć jednostkę o dobry metr do tyłu.

 

Razem z Kubą szybko poluzowaliśmy tylne cumy i między kolejnymi uderzeniami wichury próbowaliśmy podebrać mooringi. Nie zyskaliśmy więcej niż 3 centymetry. Szybko obudziliśmy resztę załogi – Kuba uruchomił silnik i w końcu mocą 55 koni napiął solidnie nasze tylne liny. Dzięki temu ja z Przemkiem daliśmy radę zebrać z wody jeszcze kilkadziesiąt centymetrów mokrego sznura. Akcja została zakończona pomyślnie – do rana spaliśmy spokojnie, a cały epizod nie pozostawił na rufie Delphii żadnych śladów.

 

Kolejnego dnia prognoza meteo wyglądała dość optymistycznie. Na ostatnich powiewach mocnego wiatru wyruszyliśmy w trasę. Oczywiście (jak na złość) w ciągu dwóch-trzech godzin wiatr zdechł całkowicie i sporą część zaplanowanego na ten dzień odcinka pokonaliśmy na silniku…

 

Na miejsce postoju wybraliśmy „Roses” – turystyczną mieścinę położoną nad malowniczą zatoką sprzyjającą uprawianiu sportów wodnych. W tym miejscu Mistral przetrzymał nas o dzień dłużej.

Zarefowani

By on paź 26, 2014

Je suis le surréalisme

By on paź 26, 2014

Niedaleko Roses znajduje się miasteczko Figueres, w którym urodził się i został pochowany jeden z najciekawszych artystów 20 wieku – Salvador Dali. Cała okolica obfituje więc w różne związane z malarzem atrakcje – tutaj mieszkał, tam chodził na spacery, a jeszcze gdzie indziej pił kawę i wsuwał churros. Najciekawszą z nich jest zaprojektowany częściowo przez samego artystę teatr-muzeum.  ...

Niedaleko Roses znajduje się miasteczko Figueres, w którym urodził się i został pochowany jeden z najciekawszych artystów 20 wieku – Salvador Dali. Cała okolica obfituje więc w różne związane z malarzem atrakcje – tutaj mieszkał, tam chodził na spacery, a jeszcze gdzie indziej pił kawę i wsuwał churros. Najciekawszą z nich jest zaprojektowany częściowo przez samego artystę teatr-muzeum.

 

Rzut oka na mapę w windguru powiedział nam, że tego dnia nigdzie się nie wybieramy. Choć Jacek z Przemkiem wykazywali spory entuzjazm do pływania na silnych wiatrach, postanowiliśmy nie testować zbyt intensywnie jakości szwów na delfiowych żaglach. Rankiem obczailiśmy szybko gdzie jest dworzec autobusowy i wybraliśmy się na lądową wycieczkę w celach kulturalnych.

 

Teatr-muzeum Salvadora Dali jest najfajniejszym i najbardziej rozrywkową ekspozycją, jaką w życiu odwiedziłem. Od samego wejścia opanowało mnie wrażenie, że mistrz surrealizmu robi sobie ze mnie jaja (pewnie można było to wywnioskować już patrząc na fasadę). Co chwilę jakiś element puszczał do mnie oko, a gdy wrzucając w szczelinę pod instalacją 50 eurocentów ukrzyżowałem laleczkę z twarzą Jezusa zacząłem śmiać się w głos i naprawdę dobrze bawić.

 

Nie wszystkie sale i elementy wystawy prezentują tak samo wysoki poziom. Niektóre fragmenty zbiorów są średnio interesujące, a część instalacji wybitnie kiczowata. Spędziłem jednak w budowli prawie dwie godziny szwendając się po jej zakamarkach i eksplorując różne aspekty twórczości artysty. Szczególnie polecam fragment ekspozycji wyodrębniony jako „Dali Jewelry”. W długich, zaciemnionych korytarzach rozstawione są arcydzieła złotnictwa. Kreatywnie podświetlone i zaaranżowane stanowiska obfitują w małe niespodzianki.

Gioconda z wąsem i inne takie…

By on paź 26, 2014

Z powrotem we Francji

By on paź 26, 2014

Pogoda zmuszała nas do poruszania się małymi skokami, ale w końcu przekroczyliśmy granicę francusko-hiszpańską i wróciliśmy do krainy piwa za 7 Euro (!). Canet en Roussilion to typowa miejscowość turystyczna z dziesiątkami apartamentów do wynajęcia i kilometrami plaży. O tej porze roku wiatr sypie piach w oczy, w mieście kompletnie nic się nie dzieje, a najfajniejsze (i chyba jedyne) imprezy...

Pogoda zmuszała nas do poruszania się małymi skokami, ale w końcu przekroczyliśmy granicę francusko-hiszpańską i wróciliśmy do krainy piwa za 7 Euro (!). Canet en Roussilion to typowa miejscowość turystyczna z dziesiątkami apartamentów do wynajęcia i kilometrami plaży. O tej porze roku wiatr sypie piach w oczy, w mieście kompletnie nic się nie dzieje, a najfajniejsze (i chyba jedyne) imprezy kręcą się w przylegającej do mariny tawernie.

 

Wraz ze zwyżką cen wróciły również inne znane z francuskich portów standardy**** – zagrzybione prysznice, brak desek klozetowych w toaletach (o co w tym chodzi???) oraz system kart magnetycznych wymagający sporego refleksu i małpiej zręczności. Dystans od czytnika do drzwi toalety udało mi się pomyślnie pokonać już za trzecim razem…

 

Niewątpliwą zaletą miejscówy okazała się bliskość wyżej wspomnianej knajpki. Po małym aperitifie na pokładzie i kilku „gruzińskich” toastach wzniesionych przez Przemka, załoga postanowiła wybrać się na tańce. Niestety, zmożony przeziębieniem nie byłem w stanie wyjść razem z nimi i z wielkim żalem dowiedziałem się, że ominęło mnie parę radosnych ekscesów… Obiły mi się o uszy tylko jakieś pojedyncze słowa, które za cholerę nie łączą się w sensowną całość – podryw, niezbyt ciemny, wirowanie wśród bibułek, agenci ubezpieczeniowi. Może ktoś kiedyś podejmie się jeszcze zrelacjonowania tej zabawy.

 

Finalnym portem tego odcinka trasy miało być Sète. W środku nocy – około drugiej nad ranem wpłynęliśmy pomiędzy główki mariny. Na VHF-ce zero kontaktu. Stanowisk z prądem i wodą brak, sanitariaty zatrzaśnięte na głucho… Kapitanat pusty. Poszliśmy więc spać. O świcie po pospiesznym śniadaniu pożegnaliśmy męskich załogantów – Jacek z Przemkiem chcieli przed powrotem do kraju zwiedzić jeszcze Marsylię.

 

Kilka minut przed dziewiątą do jachtu zapukał marinero i rozpoczęliśmy zwyczajową pantomimę wspomaganą jachtowym francusko-angielskim slangiem. Wszystko układało się zgodnie ze standardowym scenariuszem do momentu, kiedy Pan zażyczył sobie uiszczenia opłaty za minioną noc. Zaskoczeni takim żądaniem odwołaliśmy się do doświadczenia z jakichś siedemdziesięciu poprzednich europejskich portów, w których wejście do mariny po północy traktowane jest jak początek kolejnej doby. Okazało się, że marinero o takim zwyczaju nie słyszał. W jego opinii gentelmani nie pływają w nocy. Do mariny wpływa się tylko w dzień i wtedy on łaskawie przydziela im miejsca. Odrobinę już zagotowani zaczęliśmy argumentować, że próbuje nas skasować kilkadziesiąt euro za pięć godzin postoju bez dostępu do podstawowych usług. Dodatkowo zamierzamy opłacić w porcie jeszcze dwie noce (więc o co się gościu ciska?).

 

Argumenty nie przekonały naszego interlokutora – zaczął nam grozić wzywaniem policji oraz kierownictwa portu. Dalej dyskusja przeniosła się na inny poziom zarówno w zakresie tonu głosu jak i używanego słownictwa. W nieco burzliwym podsumowaniu dysputy ustaliliśmy wzajemny poziom szacunku do nas i naszych matek oraz zgodziliśmy się co do faktu, że natychmiast opuszczamy port bez uiszczenia żadnych opłat.

 

Pół godziny później byliśmy z powrotem na wodzie, zmierzając do odległej o pięć mil Mariny Frontignan. Poranna scysja orzeźwiła nas lepiej niż jakakolwiek kawa…

 

* http://www.waterlovers.pl
** zapraszam do dalszej wyliczanki
*** podobnie jak „fjordów” nie wolno karmić z ręki!
**** tylko w niektórych francuskich marinach jest aż tak źle. Kontrast z poprzednimi portami był jednak tak duży, że musiałem się wyżyć.

 

map_w18

Kraina Muscata

By on paź 26, 2014

comments powered by Disqus
Partnerzy projektu: sennheisergdy_logo sailservice_logo_partnerswind_logo_partnerscodezero_logo_partnersnord_boat_small    

Patroni medialni:


Zagle_logo_rtb      Podroze_logo_rtb            RG logo
Di solito, i piedi diventano freddi e una sensazione di bagnato può essere sentito. Ma, questo paio di stivaletti è stato progettato Ugg scontati prudenti le decisioni di sottoscrizione cura, in modo da ottenere tutta l'intimità e la secchezza si dovrebbe. Gli stivali vi aiuterà anche a stoppino via l'umidità permettendo quindi quantità aria libera. Questo non significa che replica borsetta molto a buon mercato. Invece, erano Chanel borsa budget mila. Tuttavia, come il prezzo medio che sono di una borsa Chanel fino a $ 200. Ugg outlet Riceverete le caratteristiche, versatilità, questi vantaggi regolarmente pecore e struzzi, non di pelle marchio Chanel. Questo è importante, non tutti firmati a buon mercato borse chanel e spendere più di 1.000 dollari USA. Esempi del progettista attuale borse Chanel basso un gran numero. Ugg Saldi Dammi il miglior consiglio con la valvola prima di investire in "prezzo originale, sostenendo che molto più ragionevole. Borsa Chanel buona copia, infatti, confrontare l'originale e la copia, il divario tra voi.