Google PlusFacebookTwitter

Morze Celtyckie i Zatoka Biskajska

By on lip 3, 2014

Dziewiąty tydzień naszej przygody rozpoczęliśmy od leczenia… Francuskie Święto Muzyki obchodziliśmy hucznie, do późna i zupełnie się nie oszczędzając. Ranek zastał więc większość załogi w kojach, zasłaniających twarze przed wdzierającym się przez bulaje światłem. Słońce na poważnie potraktowało początek astronomicznego lata i dokładnie 22.06 zaczęło prażyć jakieś 10 stopni mocniej niż...

Dziewiąty tydzień naszej przygody rozpoczęliśmy od leczenia… Francuskie Święto Muzyki obchodziliśmy hucznie, do późna i zupełnie się nie oszczędzając. Ranek zastał więc większość załogi w kojach, zasłaniających twarze przed wdzierającym się przez bulaje światłem. Słońce na poważnie potraktowało początek astronomicznego lata i dokładnie 22.06 zaczęło prażyć jakieś 10 stopni mocniej niż dotychczas. Zaciskając mocno powieki i rozkopując koce, każdy starał się jakoś przeleżeć okres największego natężenia bólu mimo narastającej na jachcie duchoty. Dopiero suto dawkowane „painkillery” umożliwiły przyjęcie pozycji pionowej.

 

Choroba nie bierze mnie łatwo (ha!), dlatego jako pierwszy zwlokłem się z materaca i ogarnąłem do spóły z Kasią i Eweliną porozrzucane tu i ówdzie wspomnienia poprzedniego wieczora. Szybki przegląd bakist ujawnił zniszczenia dokonane w zaopatrzeniu – całonocne ganianie po ulicach Brestu wyzwoliło w załogantach głód, któremu ledwo sprostały zgromadzone na pokładzie zapasy. Na moje nieszczęście, najbliższy w miarę wyposażony market znajduje się w Breście – 30 minut piechotą pod górkę. No cóż, nie ma łatwo, Kara Boska być musi.

 

Wybiła już 12:00 gdy z mroczkami w oczach, spływając potem stałem przed zamkniętym Intermarche.
Niedziela = Dzień Święty = Kara Boska x 2. Zaczepiając parę lokalsów z siatkami pełnymi świeżych zakupów dowiedziałem się, że na szczęście są w mieście sklepy działające 24h/dobę 7 dni w tygodniu. Najbliższy jakieś 800m od nas. Pod ładnie nasłonecznioną górkę. Na samym szczycie wzgórza… Ten dzień był naprawdę długi…*

Douarnenez

By on lip 3, 2014

Kolejne mniejsze porty na naszej trasie wybieramy korzystając z Almanachu Reedsa – locji opisującej całe pływowe wybrzeże Europy. Od północnej Danii po Gibraltar. Poza technicznymi parametrami porty są w niej opisane uproszczonymi ikonkami. Na podstawie własnych obserwacji Kuba wykminił, że warto odwiedzać porty oznaczone trzema kwiatkami. Nie zawsze są to miejsca, do których łatwo się dostać....

Kolejne mniejsze porty na naszej trasie wybieramy korzystając z Almanachu Reedsa – locji opisującej całe pływowe wybrzeże Europy. Od północnej Danii po Gibraltar. Poza technicznymi parametrami porty są w niej opisane uproszczonymi ikonkami. Na podstawie własnych obserwacji Kuba wykminił, że warto odwiedzać porty oznaczone trzema kwiatkami. Nie zawsze są to miejsca, do których łatwo się dostać. Często dostępne są tylko w określonych porach dnia i przy dobrych układach pływów. Baza sanitarna również potrafi być bardzo biedna. Mają jednak pewną wspólną cechę, która rekompensuje inne wady – są po prostu piękne.

 

Jednym z takich portów jest Douarnenez – miasteczko skryte głęboko w jednej z zatok Morza Celtyckiego. Stary port wrzyna się tu mocno w ląd. Chroniony jest progiem i śluzą utrzymującą wysoki poziom wody (otwieraną jedynie na 2-3 godziny dziennie). Część powierzchni zajmuje muzeum na wodzie, w którym można podziwiać między innymi łodzie żaglowe o unikalnej, regionalnej konstrukcji**. Mieliśmy trochę szczęścia – warunki pływowe pozwoliły nam zacumować w basenie zewnętrznym (porcie „Treboul”) – z widokiem na efektowną posiadłość wznoszącą się na skalistej „Wyspie Tristana”. Panorama, znajdującej się trochę dalej na wzgórzu starej części miasta, wyglądała stamtąd nieziemsko.

 

Marina Treboul jest niewielka, ale na każdym kroku czuć w niej poważne sportowe ambicje. Całe nadbrzeże zapełnione jest się dziesiątkami dinghy i katamaranów, na których ćwiczy lokalna młodzież. Trochę dalej znajdują się place techniczne goszczące jachty klasy Mini Transat – wariackich, jednoosobowych regat transatlantyckich. Ostatnia edycja tego słynnego wyścigu startowała właśnie z Douarnenez.

 

Ponieważ niniejsze słowa kreśli (stenotypuje?) zapalony smakosz i kucharz-amator, teraz znów będzie o żarciu. Zaraz po uzyskaniu dostępu do netu rzuciłem okiem na przewodnik Michelina i wynalazłem knajpkę polecaną w edycji 2014. Z nadzieją, że tym razem uda się spróbować naprawdę dobrej kuchni, przeciągnąłem głodną załogę przez całe miasteczko. Po drodze parę razy ryzykowałem bunt i ignorowałem wszystkie „czy to już tu” i „siądźmy gdziekolwiek”.

 

Na szczęście restauracja „Quai 29” nie zawiodła moich oczekiwań – smak oraz forma podanych potraw zrobiła na wszystkich wrażenie. Biorąc pod uwagę mnogość świeżych ostryg, małży, ryb i krabów, które znalazły się na naszym stole, rachunek (średnio 30 Eur/os za „menu” – przystawkę, danie główne i deser) nie był specjalnie wygórowany. Współzałoganci wybaczyli mi więc przeciąganie pory obiadowej i biesiadowaliśmy sobie radośnie przy winie aż do zamknięcia restauracji.

 

W centrum Douarnenez znajduje się typowa dla tutejszych miejscowości hala targowa. Można na niej kupić świeże mięso, warzywa, owoce, sery oraz oczywiście wszelaką morską potworę. Langustynki, które zauważyłem rano na ladzie dość żwawo próbowały uciekać z przeznaczonej dla nich kuwety. Rozmiar miały niebagatelny – odwłoki największych sztuk zbliżały się do wielkości mojego kciuka i zawstydziłyby niejedną krewetkę tygrysią. Nie mogłem oprzeć się pokusie i zakupiłem dwa kilogramy tej dobroci, planując dla załogi wyjątkowy obiad na wodzie.

 

Nabyłem od lokalnego rolnika trochę gruntowych pomidorów, świeżej cebulki i sałaty – bazę do pozostałych elementów posiłku. Facet o grabach tak twardych i czarnych, że mógłby nimi bez rękawic rwać róże, miał też w ofercie młody czosnek. Nigdzie jednak nie mogłem dopatrzeć się ziół. Na początku po prostu podawałem mu to chciałem kupić do łapsk, a on warzył zieleninę i wystukiwał kwoty na kalkulatorku. Potem próbowałem mu wytłumaczyć co to pietruszka (posługiwałem się analogią do marchewki), ale nie rozumiał mnie ni cholery i denerwował się coraz bardziej, bo blokowałem kolejkę. W końcu wpadłem na pomysł – wyjąłem z torby i pokazałem mu langustynki. Jego twarz się momentalnie rozjaśniła, sięgnął głęboko do skrzyni pod ladę i po chwili wcisnął mi w twarz wielki wiecheć świeżej pietruszki i tymianku. Zza moich pleców gruchnęło śmiechem. Dogadaliśmy się.

 

Przygotowanie dwóch kilogramów langustynki na fali (w przechyle) wymaga odrobiny cierpliwości i odporności na ból. Zostałem jednak nagrodzony uznaniem całej załogi oraz zanotowałem w kajecie, że gałązki świeżego tymianku wspaniale wzbogacają smak i aromat tych skorupiaków (pietruszka, czosnek, oliwa, masło).

Kolejna magiczna mieścina…

By on lip 3, 2014

Belle Île

By on lip 3, 2014

Kolejnym portem „z trzema kwiatkami”, do którego chcieliśmy zapłynąć był Les Palais znajdujący się na wyspie nazwanej przez Francuzów po prostu „piękną”. Do tej mariny można jednak wpłynąć jedynie w ściśle określonych porach (~16-19) anonsując się wcześniej VHF’ką (śluza „antypływowa”). Z nadzieją, że będzie przyzwoicie wiało i zdążymy dopłynąć o właściwej porze, późnym popołudniem...

Kolejnym portem „z trzema kwiatkami”, do którego chcieliśmy zapłynąć był Les Palais znajdujący się na wyspie nazwanej przez Francuzów po prostu „piękną”. Do tej mariny można jednak wpłynąć jedynie w ściśle określonych porach (~16-19) anonsując się wcześniej VHF’ką (śluza „antypływowa”). Z nadzieją, że będzie przyzwoicie wiało i zdążymy dopłynąć o właściwej porze, późnym popołudniem rozpoczęliśmy 120-milowy odcinek rejsu.

 

Niestety w nocy wiatr zdechł, a ponieważ nie uśmiechało nam się wielogodzinne „telepanie na dieslu”, zdecydowaliśmy się skrócić trasę i spłynąć w okolice Lorient – do małego miasteczka Locmiquélic. O miejscu, w którym spędziliśmy tylko wieczór nie ma co się rozpisywać. Ładna marina, dobra baza sanitarna, mili goście w kapitanacie. W miarę blisko sklep. Rano wykonaliśmy drugie, tym razem udane, podejście do wyspy. Wiało bardzo fajnie (4-5B NE) i szliśmy jednym halsem, lewym baksztagiem, wprost na port docelowy.

 

Port w Les Palais jest dość interesujący. Jednostki o mniejszym zanurzeniu mogą zacumować w jednym z dwóch basenów portowych znajdujących się za główkami portu. Łódki takie jak nasza muszą pofatygować się kanałem opływającym 17-wieczną cytadelę do portu „wewnętrznego”. Na koniec należy poczekać aż zostanie podniesiony pieszy most zwodzony.

 

Na komendę kapitanatu do portu wchodzi na raz nawet kilkanaście łódek. Jest więc dość tłoczno, trzeba ustawić się w kolejce i czasem wykręcić parę kółek czekając na właściwy sygnał. W nagrodę cumujemy do małego pływającego pomostu przymocowanego przy uliczce w samym centrum miasta. Po drugiej stronie kanału szczerzą blanki mury twierdzy. My otrzymaliśmy miejsce dokładnie naprzeciwko drzwi klubu, w którym wieczorami gra się muzykę na żywo.

 

Miasteczko jest urokliwe i nastawione na turystów. Można w nim kupić morskie pamiątki w każdym gatunku oraz wypożyczyć dowolny jednoślad. Okolica usiana jest zabudowaniami fortowymi zaprojektowanymi przez architekta wojskowego Ludwika XIV – Sebastiana Vauban. Warto powałęsać się po okolicy – pospacerować trochę po tych imponujących murach, wałach i tunelach. Do odkrycia są zielone, zapomniane zakamarki oraz wspaniałe widoki na morze i wyspę.
Z butelką wina w garści obleźliśmy wieczorem co ciekawsze okolice.

 

Po powrocie na jacht czekała na nas miła niespodzianka – w klubie znajdującym się 5 metrów od jachtu rozpoczęła się noc z Marengo. Siedząc w kokpicie, pijąc winko, żartując i planując dalszą trasę mogliśmy przysłuchiwać się skocznym rytmom egzotycznej muzyki. Mniej miło zrobiło się gdy jeden z Panów bawiących się w klubie podszedł do krawędzi pirsu rozpiął spodnie i właśnie miał zamiar wysikać się na pomost gdy uraczyliśmy go odpowiednią porcją polsko-angielskich „protestów”. Pan się zreflektował, przeprosił i uciekł, aby po chwili wrócić wraz z kolegą i przedstawić się całej załodze ponownie prosząc o wybaczenie. W ten sposób poznaliśmy rastafarian z Belle Île – Michel’a, Emeriqe’a oraz Dorian’a.

 

Jak powszechnie wiadomo, rastafarianie bawić się potrafią…
W ramach „zwrotnej wymiany doświadczeń” uraczyliśmy ich polską Wyborową. Owszem, bardzo im smakowała – nie chcieli ani zagrychy ani popitki. Niestety, brak doświadczenia z tej mocy alkoholem dość szybko wyeliminował jednego z gości. Pozostali dwaj polecali nam najciekawsze zatoczki i plaże oraz bawili opowieściami o Celtach i Normanach zamieszkujących te wybrzeża. Po parudziesięciu minutach doszliśmy do tego, że są w zasadzie rasta-wikingami i uczyliśmy się nawzajem narodowych toastów. Klasyka. Po północy zaczął padać deszcz, więc wbiliśmy komitywnie do klubu, aby załapać się na ostatnie tej nocy tańce.
Dlatego właśnie kochamy porty zlokalizowane w centrum miasta.

 

Następnego ranka wyruszyłem na ryneczek i kupiłem świeże mule. Przyrządziłem je w mój ulubiony sposób – w intensywnym sosie na bazie świeżych pomidorów i białego wina. Pamiętając naukę z Dieppe, tym razem zrobiłem sos nieco tłustszy i długo smażyłem pomidory na oliwie. Chorizo dać nie mogłem, bo Kasia nie jada mięcha. Wyszło mi chyba najlepiej w życiu. Przy okazji do śniadania połknąłem 3 świeże ostrygi atlantyckie w kalibrze „n°1” nabyte za niecałe 2 euro. Piękny kraj…

Mury i niebieskie okiennice

By on lip 3, 2014

Pornichet

By on lip 3, 2014

Po serii kameralnych miejscówek poczuliśmy ochotę na odwiedzenie jakiejś bardziej „komercyjnej” mariny. Zdecydowaliśmy się na port w Pornichet – marinę na ponad tysiąc łódek z ciągnącą się zaraz obok wielokilometrową plażą. Dzięki sprzyjającym wiatrom udało nam się tam dotrzeć w pół dnia – nieco po północy zacumowaliśmy na pontonie A.   Miasteczko okazało się być klasycznym wypoczynkowym...

Po serii kameralnych miejscówek poczuliśmy ochotę na odwiedzenie jakiejś bardziej „komercyjnej” mariny. Zdecydowaliśmy się na port w Pornichet – marinę na ponad tysiąc łódek z ciągnącą się zaraz obok wielokilometrową plażą. Dzięki sprzyjającym wiatrom udało nam się tam dotrzeć w pół dnia – nieco po północy zacumowaliśmy na pontonie A.

 

Miasteczko okazało się być klasycznym wypoczynkowym molochem z dziesiątkami hoteli, willi oraz pensjonatów rozsianych wzdłuż piaszczystego brzegu. Plażowe plany popsuła nam nieco niesprzyjająca aura – cały kolejny dzień mżyło, a słońce pojawiało się raz na parę minut. Z nadzieją, że sobotnim wieczorem w lokalnych klubach powetujemy sobie nieudany dzień, nie traciliśmy humorów.

 

Wieczorem zaczął wiać mocny wiatr i nadeszły piękne burze z piorunami. Ponieważ jednak „spragniony żeglarz” to archetyp charakteryzujący się nieskończonymi zasobami determinacji, wbiliśmy się w sztormiaki i wyszliśmy szukać przygody.

 

Początek był łatwy – pierwszy klub, pełny rozochoconych kobiet śpiewających „Gigi L’amoroso” znaleźliśmy jeszcze w porcie. Szybko nawiązaliśmy nowe znajomości („do you (h)ave (h)alf?”) i uzyskaliśmy zniżkę na drinki. Jakże byliśmy rozczarowani, gdy okazało się, że z powodu przepisów portowych klub może działać jeszcze jedynie 15 minut. Potańczyliśmy chwilę i musieliśmy szukać dalej.

 

Oświetleni błyskawicami, w strugach deszczu i brodząc po kostki w wodzie ruszyliśmy do centrum Pornichet. Wiedząc jak wyglądają w sezonie polskie, nadmorskie kurorty spodziewaliśmy się co najmniej kilkunastu dyskotek, w których będziemy mogli kontynuować imprezę.

 

Znaleźliśmy 1 (słownie: jedno) miejsce, w którym mogliśmy przez pół godziny popić piwko a potem i je zamknięto. Skorzystaliśmy i przypadkiem, kończąc imprezę zapoznaliśmy się z kilkoma lokalnymi kinomaniakami. Na rzucone „Hasta La Vista Babe” odpowiedzieliśmy „You talkin to me ?” i paroma podobnymi. Jak niewiele czasem trzeba, żeby przełamać lody. Po chwili mieliśmy już informacje o wszystkich lokalnych pubach i imprezowniach. Niestety o tej porze już zamkniętych.

 

[Komentarz redaktor Katarzyny] Tego wieczoru przekonaliśmy się o tym, że jesteśmy w kraju wytrawnych (albo co najmniej niezmordowanych) podrywaczy. Energiczne babeczki z pierwszego klubu po dwóch zapoznawczych zdaniach nie tracąc czasu zaczęły ustalać który z chłopaków ma swoją drugą połowę, a który jest do wzięcia. W tańcu ktoś został zgrabnie popchnięty w stronę dwóch wygłodniałych kuguarów… Z kolei w ostatnim pubie usłyszałyśmy: „Czy to różowy czy fioletowy?” (na temat sweterka), „Chętnie ci opowiem o mojej wyprawie do Estonii.”, „Och nie, nie patrzyłem na ciebie… ale” , a na wyjściu – „Jesteście takie śliczne, tylko że nie mamy szans, bo wasi towarzysze są ogromni. Zwłaszcza on! Czym go karmicie?” (o Krzyśku).

 

Przy okazji – krąży obiegowa opinia, że Francuzi są narodem nieuprzejmym i aroganckim. Momentami rzeczywiście tak jest – zdarzają się egzemplarze zwyczajnie wybitnie wredne. Jednak wydaje mi się , że źródło nieporozumień leży zwykle w zupełnie innym miejscu.

 

Warto zwrócić uwagę na pewien specyficzny, funkcjonujący tu schemat:
Francuzi generalnie nie przepadają za Anglikami – spora część moich rozmówców usztywnia się momentalnie słysząc język sąsiadów zza kanału. Komunikacja staje się trudna, a momentami wręcz niemożliwa. W takiej sytuacji, zamiast indagować rozmówcę w języku Albionu uśmiecham się i przechodzę na polski. Skoro upiera się, że nie rozumie po angielsku równie dobrze mogę mówić w dowolnym języku.

 

W momencie, w którym interlokutor orientuje się, że nie pochodzimy z Wielkiej Brytanii jego chęć do współpracy widocznie wzrasta. Gdy dołożymy gdzieś tam po drodze „Merci” i „La Pologne” widzimy w oczach błysk międzynarodowego porozumienia. Polaków tutaj generalnie lubią. Angielski z „mowy wroga” przekształca się w ułomny język „wspólny” – platformę komunikacji – i po trochu, wspomagając się gestykulacją, dogadujemy temat. Połączenie „bonsoir” z „La Pologne” pozwoliło nam nawet kilka razy zmiękczyć serca bramkarzy stojących z groźnymi minami pod drzwiami klubów i ignorujących wszelkie próby zagajki po angielsku.

 

Tak przy okazji – w Polsce istnieje podobny schemat. Duża grupa rodaków usztywnia się momentalnie słysząc język niemiecki (a w ostatnim meczu gorąco kibicowała Algierii). Niby „zaszłości” dziejowe nieco inne, ale mechanizm działania jest podobny.

Ocean

By on lip 3, 2014

Les Sables d’Olonne

By on lip 3, 2014

W niedzielę przed południem mieliśmy wyruszyć do La Rochelle, ale pogoda po raz trzeci pokrzyżowała nam plany. Przez cały dzień dość mocno wiało – do 30 węzłów. Gwizd wydawany przez wanty prawie tysiąca łódek brzmi dość potępieńczo i demoralizująco. Nasza Delphia jest przystosowana do żeglowania w podobnych warunkach, ale część członków załogi była po raz pierwszy na dłuższym rejsie i nie...

W niedzielę przed południem mieliśmy wyruszyć do La Rochelle, ale pogoda po raz trzeci pokrzyżowała nam plany. Przez cały dzień dość mocno wiało – do 30 węzłów. Gwizd wydawany przez wanty prawie tysiąca łódek brzmi dość potępieńczo i demoralizująco. Nasza Delphia jest przystosowana do żeglowania w podobnych warunkach, ale część członków załogi była po raz pierwszy na dłuższym rejsie i nie chcieliśmy im fundować takiej „pralki” bez bardzo ważnego powodu. Co trzy godziny przekładaliśmy godzinę wypłynięcia. W końcu dopiero przed północą wiatr osłabł do normalniejszych wartości i wyszliśmy w morze. Niestety z powodu przygód po drodze musieliśmy zrewidować nasze plany i spłynąć do portu Olona. Dlaczego tak się stało ? Napiszemy już za tydzień.

 

map_w8

 

* Na szczęście w sklepie na szczycie górki znalazłem w lodówce bretońskie zsiadłe mleko. Litr tego zimnego napoju skutecznie schłodził cały organizm i pomógł zwalczyć ostatnie objawy „zatrucia”.
** Langoustier – sloopy i inne konstrukcje żaglowe budowane w okolicach Camaret w pierwszej połowie XX w. służące jak sama nazwa wskazuje do połowów langusty.

comments powered by Disqus
Partnerzy projektu: sennheisergdy_logo sailservice_logo_partnerswind_logo_partnerscodezero_logo_partnersnord_boat_small    

Patroni medialni:


Zagle_logo_rtb      Podroze_logo_rtb            RG logo
Di solito, i piedi diventano freddi e una sensazione di bagnato può essere sentito. Ma, questo paio di stivaletti è stato progettato Ugg scontati prudenti le decisioni di sottoscrizione cura, in modo da ottenere tutta l'intimità e la secchezza si dovrebbe. Gli stivali vi aiuterà anche a stoppino via l'umidità permettendo quindi quantità aria libera. Questo non significa che replica borsetta molto a buon mercato. Invece, erano Chanel borsa budget mila. Tuttavia, come il prezzo medio che sono di una borsa Chanel fino a $ 200. Ugg outlet Riceverete le caratteristiche, versatilità, questi vantaggi regolarmente pecore e struzzi, non di pelle marchio Chanel. Questo è importante, non tutti firmati a buon mercato borse chanel e spendere più di 1.000 dollari USA. Esempi del progettista attuale borse Chanel basso un gran numero. Ugg Saldi Dammi il miglior consiglio con la valvola prima di investire in "prezzo originale, sostenendo che molto più ragionevole. Borsa Chanel buona copia, infatti, confrontare l'originale e la copia, il divario tra voi.