Google PlusFacebookTwitter

Sidr i słoneczniki

By on sie 2, 2014

Port w Gijon to pięknie położone miejsce. Schowany przed wiatrem i falą za wysokim, skalistym półwyspem podziurawionym obronnymi fortyfikacjami, na którego południowym zboczu przycupnęło stare miasto. Marina przylega bezpośrednio do wspinających się w górę wąskich uliczek. Po Bilbao i Santanderze myślałem już, że z każdego hiszpańskiego portu będzie trzeba dojeżdżać do miasta metrem lub autobusem. A tu miłe rozczarowanie.

 

Do Gijon przypłynęliśmy we wtorek rano. Prysznice, pralnie, formalności (Hiszpańska Celna Inkwizycja – to już nie Cantabria tylko Asturia, więc pisz człowieku wszystko od nowa…). Powoli zaczęliśmy planować wyprawę po składniki obiadowe. Bez specjalnych planów na jakiś większy melanż (wtorek?) przygotowywaliśmy się na spokojną nasiadówkę przy bierkach. Około piętnastej, z pewnym zaskoczeniem, zaczęliśmy obserwować tłumy ludzi zbierające się na małych murkach schodzących wzdłuż najniżej położonych uliczek. Dziesiątki tubylców, w pełnym przekroju wiekowym raczyło się jakimś mętnym trunkiem nalewanym ze sporych, zielonych butelek, plując dookoła paprochami. „Oni tak tu codziennie doją? Nic dziwnego, że mają kryzys…”. Kolejna wizyta w kapitanacie naświetliła nieco obraz sytuacji – jutro lokalne święto, więc dziś wieczór się bawimy. Najlepiej imprezować poznając lokalne zwyczaje.

 

Jeżeli ktoś pochodzi ze Szczytna i urodził się w latach 77-85 musi pamiętać „słonecznikowy szał”, który opanował szkoły podstawowe na początku lat dziewięćdziesiątych. Łupanie słonecznika stało się nałogiem dzieciaków w całym mieście. Ulice były wręcz zasłane łupinami po czarnych (moje ulubione, dało się je zjadać z łuską) i białych ziarenkach. Jak nie łupałeś, nie liczyłeś się w towarzystwie. Łupać należało – dużo, często i ostentacyjnie. Z tego co pamiętam, na tym nałogu wyrosło w mieście parę małych, kupieckich fortun. Ja łupałem namiętnie. Gdy kończyło mi się kieszonkowe od Babci, fundusze na nałóg zdobywałem sprzedając podkradane z kuchni butelki po piwie (których – przez ten proceder – rodzice nigdy nie mogli się doliczyć).

 

Niektóre ulice Gijon wyglądały identycznie jak ulice Szczytna w trakcie tego kilkumiesięcznego, dzikiego okresu. W Gijon łupie się na poważnie. Łupinki chrzęściły pod butami w miarę wspinaczki w górę brukowanych alejek. Kuba nie wytrzymał i w pierwszym mijanym sklepiku dorwał pół kilograma tutejszego specjału. Z szerokimi uśmiechami na twarzach zaczęliśmy się szwendać po starówce kalecząc usta i języki twardymi pestkami. Od wersji mazurskiej słonecznik z Asturii różnił się kalibrem (większy) oraz sposobem przygotowania (prażony w ogromnej ilości soli morskiej, która scalała się ze skorupką tworząc jeszcze twardszy kompozyt).

 

Pozostała do wyjaśnienia sprawa mętnego, żółtawego trunku. Remy zaatakował najbliższą restaurację i wrócił po chwili ze spoconą butelczyną owego napitku oraz jedną szklanką. Od barmana, na migi, dowiedział się jak rozlewać to cudo. W lewej ręce trzymamy szklankę, a w prawej butelkę. Butelkę unosimy wysoko przed twarz lub nawet nad głowę. Szklankę trzymamy na wysokości pasa (lub niżej) obróconą pod kątem czterdziestu pięciu stopni względem osi pionowej. Napój nalewamy wąską strużką na wewnętrzny „rant” szklanki. Tak aby podczas procesu maksymalnie się pienił (nie jest gazowany). Napełniamy 1/5 szklaneczki i natychmiast wypijamy musującą zawartość. Niezależnie od ilości pijących, szklanka jest zawsze jedna. Przekazujemy ją po kolei wszystkim birbantom.

 

Przysmakiem Asturii jest cydr spożywany w ten właśnie oryginalny sposób. Smakuje jak świeżo skwaśniałe jabłka i szczerze mówiąc, gdyby nie ów rytuał i niska temperatura, do jakiej jest chłodzony, chyba w ogóle nie nadawałby się do picia. Słodycz napoju można zakwalifikować do kategorii „brut”. Nawet bardzo „brut”… Na początku odrobinę odrzuca, jednak na fali entuzjazmu związanego z ćwiczeniem nowo poznanej metody marnowania alkoholu, dość szybko przyzwyczaiłem swoje kubki smakowe do wymogów sytuacji. „Gjion Sidr” znalazł moje uznanie i dołączył do panteonu „letnich, orzeźwiających napojów wyskokowych”, które z przyjemnością będę konsumował, ilekroć tylko napotkam odpowiednią okazję.

 

Lokale, w których serwuje się „Sidr” to oczywiście „Sidrerie”. Tej nocy wszystkie były pełne ludzi. Odległość mierzona od szyjki butelki do rantu szklanki jest tu wyznacznikiem męskości. Przy knajpianych stolikach możemy podziwiać młodzianów nalewających swoim wybrankom cydr na siedząco. Przez ramię. Do szklanki trzymanej na poziomie bruku. Bez uronienia kropelki. Nam z pierwszej butelki udało się wypić może jedną trzecią.

Fiesty ciąg dalszy

By on sie 2, 2014

Ta opowieść powinna rozpoczynać się w Ribadeo, ale nie mogłem się powstrzymać – musiałem na chwilę wrócić do Gijon. W weekend, w który dotarli do nas Darek z Olkiem (a żegnaliśmy Magdę i Remy’ego), miasto obchodziło swoje święto. W Ribadeo znaczyło to mniej więcej tyle, że muzyka zaczynała grać koło południa i nie milkła do czwartej rano. I „napierdalali” z armat. Od rana do północy. Bez...

Ta opowieść powinna rozpoczynać się w Ribadeo, ale nie mogłem się powstrzymać – musiałem na chwilę wrócić do Gijon. W weekend, w który dotarli do nas Darek z Olkiem (a żegnaliśmy Magdę i Remy’ego), miasto obchodziło swoje święto. W Ribadeo znaczyło to mniej więcej tyle, że muzyka zaczynała grać koło południa i nie milkła do czwartej rano. I „napierdalali” z armat. Od rana do północy. Bez wytchnienia. Bardzo głośno.

 

Główne miejsce imprezy znajdowało się jakieś 50 metrów od naszego jachtu. Każdy „band” czy „soundsystem” przyjeżdża tu na występy prywatnym transformersem – rozkładaną sceną. Im większy band, tym większa naczepa. Na placyku przy porcie stały dwa tego typu pojazdy. Jeden dość duży kawał TIRa – obecny przez całe dwa dni – ukrywał naprawdę poważną orkiestrę. Drugi, odrobinę mniejszy dojeżdżał tylko na jeden dzień. W piątek zawierał dwie konsolety DJ’skie, a w sobotę zespół typu „pop-dansingowy”. Ta oryginalna praktyka organizacyjna, pozwala imprezie kręcić się praktycznie non-stop. Kapele grają naprzemiennie, sety po kilkadziesiąt minut. W momencie, w którym jeden band serwuje ostatnie takty hiciora (i zasuwa „kurtynę”!), rozbrzmiewają głośniki drugiej „auto-sceny”. Temperatura nie stygnie ani na sekundę. Klasyczne melodie wygrywane przez siedmioosobową sekcję dętą, przechodzą gładko w popowe beaty szlagierów hiszpańskich list przebojów.

 

Już pierwszego wieczoru zapoznaliśmy się z całym repertuarem głównej gwiazdy imprezy (zabijcie mnie, nie wiem jak się nazywali). Nie przeszkodziło im to zapodać całego zestawu ponownie – kolejnej nocy. Ponieważ jednak nie codziennie słyszy się fachowy band w kilkunastoosobowym składzie (w tym wspominane już 3 saksofony i 4 trąbki), odgrzewane kotlety były całkiem zjadliwe. San Miguel za 1.50 i Churros w czekoladzie idealnie dopełniały smak całego posiłku.

 

Ribadeo to już hiszpańska Galicja. Z tej okazji, wizytując lokalny market obejrzałem dokładnie stoisko rzeźnika. Na ladzie pyszniły się przepiękne porcje, sezonowanej, lokalnej wołowiny. Na steki dla pięciu znajdujących się akurat na pokładzie facetów, wybrałem chudziutki antrykot (to nie oksymoron). Nie ma sensu go porównywać do przeciętnej polskiej podstawy rosołowej. Dość powiedzieć, że wrzucając gigantyczne połcie mięsa na patelnię grillową nie doceniłem jego delikatności. Dwa pierwsze wyszły „well-done”, kolejne dwa „półkrwiste”. Dopiero ostatnia porcja, smażona może z minutę na stronę zasługiwała na etykietkę „rare”. Pycha. We wszystkich trzech wersjach były pełne smaku i delikatniejsze niż niejedna wykonywana przeze mnie polędwica.

Słońce? Jakie słońce?

By on sie 2, 2014

Pulperia

By on sie 2, 2014

Każda załoga, która do nas dołącza musi przejść „chrzest bojowy” i oswoić się z wodą. Dlatego na pierwsze dni pływania staramy się wybierać odcinki 30-40 milowe i nie wychodzić w morze przy zbyt trudnych warunkach. Tym razem postanowiliśmy wykonać krótki „skok” do Viveiro – jednej z miejscowości położonej w Rias Altas – północno-zachodnich zatoczkach Półwyspu Iberyjskiego. Już trzeci raz nasze...

Każda załoga, która do nas dołącza musi przejść „chrzest bojowy” i oswoić się z wodą. Dlatego na pierwsze dni pływania staramy się wybierać odcinki 30-40 milowe i nie wychodzić w morze przy zbyt trudnych warunkach. Tym razem postanowiliśmy wykonać krótki „skok” do Viveiro – jednej z miejscowości położonej w Rias Altas – północno-zachodnich zatoczkach Półwyspu Iberyjskiego. Już trzeci raz nasze „oczepiny” wypadły nieco brutalnie (Magda i Remy też nie mieli lekko) i pierwszego dnia pływania powiało nawet do 6B. Fala też była całkiem tęga. Chłopaki z Mazur bawili się jednak świetnie. Zrefowaliśmy grota i halsowaliśmy w słońcu Biskaju od samego rana do wczesnego wieczora.

 

Kolejnego dnia, ze względu na możliwość pojawienia się w okolicy większego załamania pogodowego (silne wiatry „podsztormowe”), postanowiliśmy pokonać nieco dłuższy odcinek trasy. Jednym dobowym skokiem opłynęliśmy całe „Costa de la Muerte”, mijając przy okazji rankiem najdalej wysunięty na północ przylądek Hiszpanii. Nie zapłynęliśmy też, czego bardzo żałujemy, do Coruñii. Trzeba będzie kiedyś tu wrócić. Na metę wybraliśmy maleńkie miasteczko Muros – znajdujące się w ostatniej z zatok „wybrzeża śmierci”.

 

Wiało bardzo przyjemnie, a doświadczenie Darka pozwoliło nam podzielić załogę na trzy wachty więc każdy wyspał się do syta. Do portu w Muros wpłynęliśmy przed dwunastą. Po drodze, wzdłuż wybrzeży zatoki, mijaliśmy hodowle najróżniejszego rodzaju owoców morza. Zainspirowani tym widokiem postanowiliśmy zjeść obiad na mieście.

 

Muros obfituje w lokale serwujące poławiane w zatoczce morskie potwory – w szczególności ośmiornice – „pulpo”. Jak nazywamy restaurację serwującą „pulpo”? Oczywiście „pulperia”… (…panaderia, gelateria, sidreria, ferreria, carniceria…) W pierwszym z brzegu barze, zamówiliśmy sześć pozycji – małże, kalmary, ośmiornice, krewetki, a w ramach dodatków zielone papryczki z pobliskiej miejscowości „Padrón”* oraz „ziemniaczki po galicyjsku”**.

 

Warto wspomnieć, że tutejsza porcja („ración”) to ilość pozwalająca spróbować potrawy dwóm, trzem osobom. Zamawia się więc kilka tacek z jedzeniem, które rozdziela się potem na mniejsze talerzyki wszystkim współbiesiadnikom. Jedzenia było sporo, było bardzo smaczne i na tyle niedrogie, że nie wiem czy byłbym w stanie przyrządzić je na pokładzie w dużo niższej cenie.
Wszystkim smakoszom polecam połazić po knajpkach tego górzystego wybrzeża. Nie zjecie tu może obiadu na „gwiazdkę” Michelina, ale z pewnością docenicie proste, domowe przepisy oraz świeżość wszystkich składników.

 

Z Muros jest dość blisko do słynnego sanktuarium i miejsca katolickich pielgrzymek „Santiago de Compostela”. Zdecydowaliśmy się następnego dnia wynająć u lokalnego mechanika auto i wybrać się w miejsce będące zakończeniem słynnych „camino”.

 

No cóż, miejscowość jest oczywiście piękna, a katedra w której przechowuje się relikwie św. Jakuba olśniewająca. Panuje w niej jednak nieznośna atmosfera zatłoczonego, odpustowego festynu. Wszystko podporządkowane jest komercji, sprzedaży, pieniądzowi. Językiem najczęściej słyszanym na ulicy jest „amerykański”. Kuba, znacznie bardziej wrażliwy na tego typu aspekty ode mnie, zwrócił uwagę, że nigdzie nie da się odczuć atmosfery skupienia i prawdziwej duchowości. Masy turystów przewalające się po okolicy traktują katedrę jako „ostatni spot” do zaliczenia i walą foty z flashem w podziemiach kościoła. Takie „selfie” z relikwiarzem – świetna sprawa. Z Santiago wróciliśmy więc odrobinę rozczarowani.

 

Tego wieczoru zmodyfikowaliśmy nieco dalszy plan podróży. Spoglądając na mapy, stwierdziliśmy, że zamiast do „Viana do Castelo”, ruszymy od razu do Porto. Na kolejny odcinek rejsu nie było chętnych, a Darek i Olek mieli loty zarezerwowane właśnie z tego miejsca. Ponieważ czasu mieliśmy sporo, a mil już stosunkowo niewiele, postanowiliśmy zabawić po drodze w Vigo – mieście polecanym nam przez Łukasza (członka pierwszej załogi RTB).

 

Na marginesie warto jeszcze wspomnieć, że marina w Muros ma chyba najprzytulniejszy „Clubhouse”, w jakim mieliśmy okazję gościć. W niewielkim parterowym domku znajduje się mała kuchnia, dwa umeblowane w wygodne kanapy „pokoje klubowe” oraz rozsiane tu i ówdzie prysznice (w tym dwa bezpośrednio w ogrodzie). Bosman natomiast u siebie w biurze słucha namiętnie „Slipknota”. To wiele mówi o klimacie całego miejsca. Polecamy.

Costa de la Muerte

By on sie 2, 2014

Santiago

By on sie 2, 2014

Rower, Generał i Małe

By on sie 2, 2014

W drodze do Vigo po raz pierwszy napotkaliśmy oceaniczne mgły. W pewnych miejscach widoczność spadała nam do kilku metrów i z ledwością byliśmy w stanie rozróżnić własne światła dziobowe. Hiszpańskie wybrzeże w tych okolicach należy do dość zatłoczonych. Poza wszędobylskimi kutrami, z których może co setny posiada AIS, na trasie do Vigo można spotkać naprawdę duże statki handlowe oraz...

W drodze do Vigo po raz pierwszy napotkaliśmy oceaniczne mgły. W pewnych miejscach widoczność spadała nam do kilku metrów i z ledwością byliśmy w stanie rozróżnić własne światła dziobowe. Hiszpańskie wybrzeże w tych okolicach należy do dość zatłoczonych. Poza wszędobylskimi kutrami, z których może co setny posiada AIS, na trasie do Vigo można spotkać naprawdę duże statki handlowe oraz wycieczkowce klasy transatlantyckiej. Noc była więc dla załogi dość stresująca. Odległość pokonywaliśmy krótkimi zrywami silnika, co kilkaset metrów zatrzymując się i nasłuchując maszyn innych jednostek. Pewną osłodą było towarzystwo delfinów, które polując w fosforyzującej od planktonu wodzie zapewniły nam niesamowity, prawie dwugodzinny spektakl.

 

Ciekawym urządzeniem w tej sytuacji pozostaje opisywana już przez nas parokrotnie „trąbka mgłowa”. Jest to mosiężny instrument pokładowy wydający z siebie przeciągły wysoki dźwięk słyszalny w promieniu kilkuset metrów. Takie, nieco głośniejsze, wysokie pierdnięcie. Skuteczność zabiegu pozostaje dyskusyjna. Aby instrument usłyszeć, kapitan dużej jednostki musiałby wyłączyć maszyny jednostki i nasłuchiwać w kompletnej ciszy. Prawdopodobieństwo tego typu działania wydaje się na tyle nikłe, że dmuchanie w trąbkę staje się raczej zabiegiem inhalacyjnym powstrzymującym nadchodzący atak paniki – coś jak oddychanie do papierowej torebki i liczenie do dziesięciu.

 

W zatoce, nad którą leży miasto, schodzą się dwa szlaki żeglugowe. W pewnym momencie byłem przekonany, że widzę już nabieżniki portu – dwie ładnie schodzące się latarenki na dość dużej wysokości. Robiły się jednak wyraźne odrobinę za szybko. W końcu dojrzałem zielone światełko burtowe i szybko przejrzałem GPS przed dziobem. Transportowy kolos właśnie opuścił port i po chwili uruchomił syreny.

 

Do Vigo dotarliśmy szczęśliwie rankiem 24.07 aby się dowiedzieć, że (co za zaskoczenie) 25.07 to w Galicji święto i będzie duża fiesta… Pani w kapitanacie dodała po chwili, że w Vigo to w zasadzie jest „olłejs fjesta”…

 

Pierwszy dzień w Vigo spędziliśmy dość pracowicie – nadrabiając zaległości w publikacjach i obróbce materiału zdjęciowego. Kuba z chłopakami podjęli się misji odnalezienia kafejki, w której serwują najlepsze „pulpo” w mieście (Cafe Brasil przy Rue de Brasil), a ja z Kaśką dołączyliśmy do nich jak tylko udało nam się ogarnąć. Wieczór spędziliśmy sącząc piwko i podjadając pyszne tapasy. Siedliśmy na zewnątrz przy stolikach z nogami przyciętymi w taki sposób, że stały w miarę prosto na 30 stopniowym zjeździe. Zimne kufle pociły się srogo i uciekały z blatu. Na szczęście jedzenie trzymało się na miejscu i nie trzeba było za nim ganiać. Polecenie sprawdziło się co do joty (jeszcze raz dzięki!). Po zapłaceniu rachunku właściciel nie chciał nas puścić bez „rozchodniaczka” i wyposażył wszystkich w wysokie kufelki z lodem oraz pół butelki domowego likieru kawowego.

 

Następny, skrajnie upalny dzień spędziliśmy przygotowując się pracowicie do fiesty. Zaopatrzeni w zapas lokalnych win smakowaliśmy różne odcienie „Rioja’s y Tempranillos” grając w przywiezioną przez Darka i Olka na jacht nowość – kości!

 

Kości towarzyszyły nam zresztą przez cały tydzień. Pierwszą partię rozegraliśmy jeszcze razem z Magdą (Remy i Kasia odmawiają uczestnictwa w grach hazardowych). Wspaniała i skomplikowana gra (w tę wersją nauczono mnie grać po raz pierwszy) pochłonęła nam długie godziny przy żartach i słonych przekąskach. Podejrzewam, że grzechot kostek rzucanych na pleksiglasową szybę kokpitowego stolika, oraz basowy rechot polskich, męskich gardeł, będzie długo prześladował pewną niemiecką parę mającą pecha nocować przy pontonie obok.

 

O dziwo kaliber fiesty w Vigo nieco nas rozczarował. Po armatach Ribadeo spodziewaliśmy się w Vigo haubic i moździerzy w jeszcze większym rozmiarze. Wieczór rozpoczęliśmy spokojnie – słuchając folkowych kapel na oficjalnej miejskiej scenie. Zespoły grały ciekawie – sporą rolę w składzie miały dudy, których zawsze miło posłuchać. Daleko tej imprezie jednak było do ognia znanego nam z ulic znacznie mniejszego miasteczka. Nieco zawiedzeni rozeszliśmy się po klubach w poszukiwaniu mocniejszych wrażeń. Skończyło się różnie – ja wróciłem grzecznie na jacht o przyzwoitej porze. Część załogantów zabalowała jednak podobno aż do szóstej rano…

Galicja

By on sie 2, 2014

Porto w Porto

By on sie 2, 2014

Wspomnianym wyżej załogantom ciężko było następnego dnia zebrać się do pionu. Mimo to, zgodnie z rozkładem jazdy, w sobotę rano ruszyliśmy do Porto. Do pokonania pozostało nam niewiele ponad 70 mil. Dlatego mieliśmy nadzieję, że w pierwszym portugalskim porcie zameldujemy się jeszcze w nocy.   No cóż, po zapadnięciu zmroku spotkała nas ponownie niemiła niespodzianka. Mgła, która do tej pory...

Wspomnianym wyżej załogantom ciężko było następnego dnia zebrać się do pionu. Mimo to, zgodnie z rozkładem jazdy, w sobotę rano ruszyliśmy do Porto. Do pokonania pozostało nam niewiele ponad 70 mil. Dlatego mieliśmy nadzieję, że w pierwszym portugalskim porcie zameldujemy się jeszcze w nocy.

 

No cóż, po zapadnięciu zmroku spotkała nas ponownie niemiła niespodzianka. Mgła, która do tej pory potrafiła utrzymywać się maksymalnie kilkadziesiąt minut, tym razem ogarnęła nas oparem na ładnych kilka godzin. Kolejne wachty budziły się tylko po to, aby patrzeć w mleczny poblask pary unoszącej się wokół jachtu. Odfajkowywaliśmy kolejne nużące godziny nasłuchiwania odgłosu silników i wpatrywania się w ekran radaru. Rano widoczność poprawiła się do 50m, a w niewielkiej odległości usłyszeliśmy syrenę oznaczającą pozycję portu. Zdecydowaliśmy się zapłynąć do tej, najbliższej mariny – odpocząć trochę i przeczekać mgłę.

 

Po zacumowaniu, w ciągu dziesięciu minut załoga zapadła w sen. Nikomu nie przeszkadzały wyjące dookoła przeciwmgłowe sygnały. Gdy tylko syreny zamilkły podnieśliśmy się z materacy i przygotowaliśmy jacht do dalszej drogi. Przy okazji okazało się, że dosłownie naprzeciwko cumuje polska jednostka pod rozkazami kpt. Wojtka. Niestety jego jacht był świeżo po remoncie i czekał jeszcze na dostawę ostatnich części. Nam zaś śpieszno było do Porto, więc umówiliśmy się luźno na spotkanie w Lizbonie…

 

Około siedemnastej, w niedzielę, zapłynęliśmy na miejsce – do pięknej, nowiutkiej mariny Duoro. Kuba zdążył jeszcze skoczyć do ostatniego czynnego o tej porze sklepu i zakupić porto. Pożegnaliśmy więc Darka i Olka ostatnią partią kości oraz lokalnym, wzmacnianym do 20% winem, opracowując przy okazji całkowicie nowy sposób picia tego zacnego trunku. Do zabawy niezbędny jest czysty, mahoniowy stół na kołyszącym się lekko jachcie, wysokie szklaneczki oraz kubeczek z kośćmi. Rozpoczynamy rytuał jak zwykłą rozgrywkę jednak wprowadzając subtelne modyfikacje. Rzucając kombinację, niedbałym ruchem przewracamy swoją szklankę z porto. Pozostali gracze muszą w tym momencie popisać się refleksem zabierając swoje porcje ze stołu i unikając poplamienia. Zawodnik „rozlewający” stara się na podstawie ruchów kadłuba przewidzieć kierunek przepływu strumyka trunku i przykładając usta do stolika spijać powstające na blacie meandry.

 

Zabawa jest wspaniała. Po słabo przespanej nocy koordynacja ruchów siadła nam dość mocno. Udało się wypróbować ten patent aż trzy razy (w kolejności Darek, Mateusz, Kuba). Uprzedzając lawinę pytań – tak, porto pite prosto z mahoniowego stołu „kopsa” znacznie mocniej.

 

map_w11

 

* Małe, zielone papryczki smażone w głębokim tłuszczu i zasypane gruboziarnistą solą.
** Trochę większe frytki wymieszane z kawałkami chorizo.

Mgła, mgła, mgła…

By on sie 2, 2014

comments powered by Disqus
Partnerzy projektu: sennheisergdy_logo sailservice_logo_partnerswind_logo_partnerscodezero_logo_partnersnord_boat_small    

Patroni medialni:


Zagle_logo_rtb      Podroze_logo_rtb            RG logo
Di solito, i piedi diventano freddi e una sensazione di bagnato può essere sentito. Ma, questo paio di stivaletti è stato progettato Ugg scontati prudenti le decisioni di sottoscrizione cura, in modo da ottenere tutta l'intimità e la secchezza si dovrebbe. Gli stivali vi aiuterà anche a stoppino via l'umidità permettendo quindi quantità aria libera. Questo non significa che replica borsetta molto a buon mercato. Invece, erano Chanel borsa budget mila. Tuttavia, come il prezzo medio che sono di una borsa Chanel fino a $ 200. Ugg outlet Riceverete le caratteristiche, versatilità, questi vantaggi regolarmente pecore e struzzi, non di pelle marchio Chanel. Questo è importante, non tutti firmati a buon mercato borse chanel e spendere più di 1.000 dollari USA. Esempi del progettista attuale borse Chanel basso un gran numero. Ugg Saldi Dammi il miglior consiglio con la valvola prima di investire in "prezzo originale, sostenendo che molto più ragionevole. Borsa Chanel buona copia, infatti, confrontare l'originale e la copia, il divario tra voi.