Google PlusFacebookTwitter

Through English Channel

By on cze 10, 2014

Nie oszukujmy się. Nikt nie da rady spędzić tygodnia w Dover i się nie znudzić. Mimo rozpościerającego się dookoła widoku przepięknych klifów oraz potężnej twierdzy pyszniącej się swoimi szczerbatymi blankami, w miasteczku szybko kończą się opcje rozrywkowe. Kuszące na początku swoją swoistą egzotyką pubowe specjały, po kilku dniach stały się trudne do strawienia. Bebechy ciągle nękane daniami z...

Nie oszukujmy się. Nikt nie da rady spędzić tygodnia w Dover i się nie znudzić. Mimo rozpościerającego się dookoła widoku przepięknych klifów oraz potężnej twierdzy pyszniącej się swoimi szczerbatymi blankami, w miasteczku szybko kończą się opcje rozrywkowe. Kuszące na początku swoją swoistą egzotyką pubowe specjały, po kilku dniach stały się trudne do strawienia. Bebechy ciągle nękane daniami z głębokiego tłuszczu i zalewane brązowym „Ale” zaczęły domagać się w końcu większej porcji witamin. Sytuację ratowała trochę wizyta w kinie, przypadkowe spotkania z interesującymi osobistościami oraz kilka słonecznych godzin, które udało nam się spędzić spacerując po okolicy.

 

W Dover zaplanowaliśmy tygodniowy odpoczynek, który zmienił się jednak bardziej w „okazję do nadrobienia”. Nadrabialiśmy więc zaległości w obróbce zdjęć, opracowywaniu materiałów video, pracach bosmańskich oraz innych mniej lub bardziej czasochłonnych zadaniach. Musieliśmy także poczekać na paczkę z Polski, o której napiszę szerzej parę akapitów dalej. W końcu jednak byliśmy gotowi do podjęcia dalszej wędrówki.

 

W poniedziałek mieliśmy wypłynąć do Boulogne Sur-Mer, jednak podczas sprawdzania ostatnich detali przed wyruszeniem niemiło zaskoczyła nas elektronika jachtowa odmawiając dalszego działania „…z powodu zbyt wysokiego napięcia zasilania. System wyłączy się za 9…8…7…6…”. Widzieliśmy „Mission Impossible” i kilka „Bond’ów”, więc czekaliśmy na samozapłon, producent nie przewidział jednak (chyba) takiej funkcji.

 

Szybki „look na troubleshooting” – nic. Instrukcja – pusto. Strona producenta – informacji brak. Na mierniku napięcie jest jak najbardziej ok. Pozostało zadzwonić do Bosmana Mariny Delphia i poprosić o pomoc. Po wielogodzinnych, kilkustronnych konsultacjach (w które podobnież był również zaangażowany oddział UK producenta) dokonaliśmy aktualizacji oprogramowania i zlikwidowaliśmy usterkę. Doba jednak w plecy. Boulogne sobie odpuściliśmy.

Desant

By on cze 10, 2014

Z wyliczeń Kuby wynikało, że biorąc pod uwagę prądy, pływy, Windguru oraz Wolę Boską do francuskiego portu Dieppe najlepiej będzie wypłynąć koło 16:00. Właśnie tak, na wodach pływowych, a w szczególności pływając po Kanale La Manche to tabelki oraz mapy, a nie chęć załogi decydują o jakiej porze optymalnie jest rozpocząć rejs. Ten fakt czasem pozwala polenić się spokojnie w betach do 11:00, a...

Z wyliczeń Kuby wynikało, że biorąc pod uwagę prądy, pływy, Windguru oraz Wolę Boską do francuskiego portu Dieppe najlepiej będzie wypłynąć koło 16:00. Właśnie tak, na wodach pływowych, a w szczególności pływając po Kanale La Manche to tabelki oraz mapy, a nie chęć załogi decydują o jakiej porze optymalnie jest rozpocząć rejs. Ten fakt czasem pozwala polenić się spokojnie w betach do 11:00, a innym razem zmusza do zerwania się z wyra już o 4:30.

 

Przykładowo – z powodu silnego prądu z WSW – zejście z kursu w stosunku do wiatru na pierwszym, 7-milowym, ostrym halsie wyniosło około 3 mil! Szybko jednak, zgodnie z planem Kapitana prądy odwróciły się na naszą korzyść i zaczęliśmy solidnie zasuwać w kierunku brzegów Normandii. Wiało nierówno, ale stosunkowo korzystnie (mimo, że kursy mieliśmy dość ostre i trzeba było wykonać parę halsów). Była to również pierwsza noc żeglugi „w samotrzeć”. Obserwowaliśmy więc przesuwające się wzdłuż horyzontu światełka francuskich miasteczek, kuterków oraz wielkich statków sunących majestatycznie po szlaku. Dobry plan wacht pozwolił nam sprawnie pokonać 70 mil dzielących nas od celu.

 

Noc była raczej pochmurna i „bezksiężycowa”. Miałem więc okazję trochę się zestresować. Obserwowałem linię światełek widocznego na horyzoncie kontenerowca, gdy nagle jedno z nich „oderwało się” od reszty i zaczęło powoli „obniżać”. Logika podpowiadała, że coś się do nas zbliża – obiekt pozbawiony był jednak kolorowych świateł nawigacyjnych. Analizując prędkość przesuwu światełka w pionie i poziomie doszedłem do wniosku, że to światełko kotwiczne jakiegoś jachtu. Nie zgadzała mi się jednak za bardzo głębokość akwenu (40m) oraz prędkość zbliżania obiektu. Jak na 3.5 węzła, które miałem wtedy na liczniku to intensywność światła zmieniała się zbyt szybko. Do tego światełko co jakiś czas całkowicie gasło. W końcu z odległości jakichś 20-30m dojrzałem na tle jaśniejszego skrawka nieba kształt jachtu sunącego pod pełnymi żaglami na przeciwnym halsie. Z ustawienia żagli wywnioskowałem, że przejdzie nam za rufą. Tak też się stało, a ponieważ jacht ewidentnie zmierzał w tym samym kierunku co my, z niepokojem czekałem kiedy „się złamie”. Zgodnie z przewidywaniami za kilkanaście minut spotkaliśmy się na przeciwnych halsach, a ja znowu „ślepiłem” w ciemność bojąc się potencjalnego zderzenia. Łódka była mniejsza od naszej i zgodnie z prawem nie musiała być wyposażona w pełen zestaw świateł nawigacyjnych (czy VHF). Niesłychanie jednak irytująco się żegluje w takich warunkach – dobierając kurs jachtu do pozycji mrygającej niepewnie żaróweczki oznaczającej pozycję drugiej jednostki. Za jakiś czas udało się zostawić jachcik w tyle i więcej ekscesów tej nocy nie zanotowaliśmy. Dobrze przed 12:00 wpłynęliśmy w główki francuskiego portu.

Dieppe

By on cze 10, 2014

Bistro z Michelina

By on cze 10, 2014

Listę normandzkich miasteczek, do których powinniśmy zapłynąć sporządził nam tajemniczy „urzędnik Ministerstwa Obrony” poznany jeszcze w Dover. Dieppe było polecane m.in. ze względu na wspaniałe owoce morza, a konkretnie mule. Pierwsze co zrobiliśmy po zameldowaniu się w Kapitanacie (34 Euro /dobę – słono!!!) to szybki rekonesans po lokalnych knajpkach oraz sklepach sprzedających rodzime...

Listę normandzkich miasteczek, do których powinniśmy zapłynąć sporządził nam tajemniczy „urzędnik Ministerstwa Obrony” poznany jeszcze w Dover. Dieppe było polecane m.in. ze względu na wspaniałe owoce morza, a konkretnie mule. Pierwsze co zrobiliśmy po zameldowaniu się w Kapitanacie (34 Euro /dobę – słono!!!) to szybki rekonesans po lokalnych knajpkach oraz sklepach sprzedających rodzime produkty. Trafiliśmy na porę lunchu (12:00-14:30), więc wszystkie bistra, brasserie i restauracyjki były gęsto obsadzone Francuzami. Knajpek jest w Dieppe zatrzęsienie, a miejscowość wygląda również na często odwiedzaną przez turystów. Trudno było nam zdecydować się na jakiś konkretny lokal. Wspomogliśmy się więc wiedzą powszechną i na kolejny dzień zaplanowaliśmy wizytę w jednym z dwóch bistro polecanych w przewodniku Michelina. No cóż, na „gwiazdkowe” knajpy nas nie stać, ale „polecane” bywają w zasięgu portfela. Oszczędziliśmy więc odrobinę euraszków, gotując obiad oparty na zapasach jachtowych i popijając go miejscowym Cidrem (dobry, po schłodzeniu jeszcze lepszy). Prawdziwą ucztę zaplanowaliśmy na kolejny dzień.

 

Odsypiając noc zarwaną nieco na wachtach, obudziliśmy się koło 11:00. Małe śniadanie, prysznic, bieżące obowiązki i koło 13 staliśmy przed pierwszą z polecanych miejscówek. Pachnie pięknie. Ślinka cieknie. Wchodzimy. Są miejsca. Witamy się z gąską. Szefowa sali wychodzi na chwilę po czym z nieszczęśliwą miną informuje nas, że kucharz już wydał wszystkie dania zaplanowane na ten dzień. Próbujemy pytać (biedni frajerzy) – „o której wrócić?”. Średnio to wychodzi, ponieważ Pani ni w ząb po angielsku. W końcu pomaga stojący na kontuarze kalendarz. Mamy wrócić jutro…

 

Rzecz rzadko spotykana w polskich restauracjach – krótkie jednodniowe menu i zamknięta liczba porcji. Niby człowiek to widział w zachodnich masterchef’ach, ale jednak zaskakuje. Jest nauczka – do dobrych bistro trzeba wbijać koło dwunastej z nadzieją, że nie wszystko zarezerwowane.

 

Przeczuwając już co nas czeka w drugiej wybranej lokalizacji, zachodzimy tam tylko po to, aby popatrzeć na salę całkowicie zapełnioną kończącymi właśnie swe wspaniałe posiłki klientami. Obeszliśmy się smakiem…

 

Na pocieszenie wybieramy jedną ze specjalizujących się w małżach knajpek rozciągniętych wzdłuż bulwaru otaczającego port jachtowy. Do wejścia skłania nas uśmiech i zaangażowanie szefowej sali, która nie obraża się na ludzi mówiących w innych językach. Zamówiliśmy mule w trzech różnych smakach (po litrze na głowę) oraz karafkę Chablis i nie żałowaliśmy ani jednego wydanego tam euracza. Ja wybrałem wersję katalońską – z dużą ilością pomidorów, cebuli i wysmażonego na skwarę chorizo. Była świetna i wciągam ją do prywatnego menu potraw z owoców morza (czekając jednocześnie na to jak będzie smakowała w samej Katalonii).

 

Dieppe wygląda na miejscowość wakacyjną. Główny deptak i pasaż handlowy wydają się być na wyrost w stosunku do wielkości miasta, zapewne więc w wakacje wypełniają się turystami. Tu i ówdzie rozsiane są zabytki architektury sakralnej oraz pozostałości murów, bram oraz fortyfikacji. Jest uroczo i na luzie.

Elegancja Francja

By on cze 10, 2014

Ponieważ było to pierwsze w trakcie tej wyprawy spotkanie z francuską kulturą bycia (i celebracji jedzenia) w trakcie włóczenia się po mieście zachwyciło nas sporo drobiazgów. Uśmiechnięci sprzedawcy żonglujący produktami (zdarza się nawet u rzeźnika), efektowna ekspozycja owoców i warzyw, które wręcz „kipią” soczystością. Witryny pełne skomplikowanej garmażerii (terriny, rolady, galaretki) oraz...

Ponieważ było to pierwsze w trakcie tej wyprawy spotkanie z francuską kulturą bycia (i celebracji jedzenia) w trakcie włóczenia się po mieście zachwyciło nas sporo drobiazgów. Uśmiechnięci sprzedawcy żonglujący produktami (zdarza się nawet u rzeźnika), efektowna ekspozycja owoców i warzyw, które wręcz „kipią” soczystością. Witryny pełne skomplikowanej garmażerii (terriny, rolady, galaretki) oraz piramid pleśniejących dostojnie serów. Rozłożone na lodowych podkładach przegrzebki, langustynki, ostrygi, małże, kraby, homary. Do tego sporo mięczaków i skorupiaków których nie umiem nazwać i kilkanaście gatunków ryb. Na lubiących dobrze zjeść i wypić całość robi piorunujące wrażenie.

 

Tydzień pływania nieco nam się skrócił, więc z Dieppe zdecydowaliśmy się ruszyć bezpośrednio do Le Havre. Tym razem pobudka wypadła na 4:30, tak aby po śniadanku oraz zatankowaniu jachtu koło wpół do szóstej być już na wodzie. Pogoda zapowiadała się piękna, a wiatr wiał w końcu z właściwej strony (chyba po raz pierwszy od miesiąca). Wziąłem pierwszą wachtę i niesiony powiewami 12-14 węzłów wypłynąłem trochę bardziej w morze, aby nie bawić się w ciągłe wymijanie sieci rybackich. Po około godzinie wiatr mi całkowicie zdechł, na szczęście prąd (nadal korzystny) niósł nas we właściwą stronę. Trudno – pomyślałem – podryfujemy chwilę, przecież nie będę od razu „odpalał kataryny”. Dam załodze pospać. Patrząc jednak w stronę znajdujących się w odległości dwóch mil klifów zauważyłem żaglówkę płynącą całkiem szybko wzdłuż brzegu z żaglami ustawionymi do półwiatru. Aha – pewnie wspomagają się silnikiem. Za chwilę zobaczyłem kolejną, płynącą w identycznym układzie, potem jeszcze jedną… i jeszcze jedną…

 

Każdy kto kiedykolwiek żeglował chwilę na Mazurach zna to idiotyczne uczucie zazdrości – ja tu kurna ledwo pełznę, a im tam akurat za winklem/z przecinki/pod brzegiem przywiewa. Z tym właśnie dziwnym wrażeniem skierowałem dziób na brzeg i zacząłem powoli dryfować ku skałom. Po kolejnej godzinie dotarłem nieco bliżej linii klifów i znowu zaczęło się żeglowanie. Różnica temperatur pomiędzy nasłonecznioną skałą, a zimnym morzem uruchamiała lokalną cyrkulację powietrza i wzdłuż wybrzeża niosła nas bryza osiągająca nawet do 16 węzłów. Warto podpatrywać zwyczaje miejscowych żeglarzy. Niedługo potem ster przejął Kuba i w odpowiednim momencie podpłynął jeszcze bliżej brzegu pozwalając nam sfotografować wspaniałe formacje skalne. Następne takie zobaczymy dopiero w Hiszpanii.

 

W Hawrze zacumowaliśmy przed dwudziestą i zanim poszliśmy spać postanowiliśmy zorientować się w mieście. Wałęsając się po ulicach obserwowaliśmy perełki modernistycznej architektury, w które obfituje tutejszy krajobraz. Mnie tutejszy układ ulic oraz fasady kamienic przypominają polską ostoję modernizmu – Gdynię (przy czym muszę nadmienić, że w mojej opinii architektura gdyńska starzeje się znacznie wdzięczniej niż hawrzańska). Znaleźliśmy m.in lokalny targ rybny oraz dużą halę targową (przypominającą znowuż hale Gdyńskie). Na koniec udaliśmy się w stronę portu pasażerskiego nad Sekwaną. Szukaliśmy fajnego miejsca, aby wypić wieczorne piwko.

 

Naszą uwagę przyciągnęły dźwięki irlandzkiego folku dobiegające z jednej z uliczek. Irish Pub! – ucieszyliśmy się i pomyśleliśmy o Guinnessie (francuskie piwa do naszych faworytów nie należą). Dochodząc do źródła dźwięku zostaliśmy podwójnie zaskoczeni. Primo – muzyka dochodziła z niewielkiej knajpki serwującej hiszpańskie Tapas. Po drugie primo – większą część restauracyjki zajęła siedemnastoosobowa grupa muzyczna grająca irlandzkie standardy na żywo. Wszyscy muzycy byli zdrowo po pięćdziesiątce i mieli sporo czasu na szlifowanie swoich umiejętności. Swoje partie grali z pasją i wyraźnie wyrysowaną na twarzach satysfakcją. Brzmiało wspaniale. Wieczór był bardzo ciepły (at last, fuck, yeah!) – zajęliśmy więc stolik na zewnątrz i słuchaliśmy muzyki. Podjadaliśmy kiepskie tapas popijając letnim Kronenbourg’iem (1664) i w sumie nam to zupełnie nie przeszkadzało. Widok kapeli z zapamiętaniem rżnącej celtyckie nuty całkowicie nas pochłonął.

 

Rano wybraliśmy się na targ rybny z nadzieją na kupienie przegrzebków. Chcieliśmy zrealizować danie zamówione przez naszych facebookowych przyjaciół. Małże św. Jakuba jednak wyszły i do wtorku podobno nie wrócą. Zobaczymy jak się sprawy ułożą w kolejnych portach. Przez chwilę przyglądałem się związanym homarom i próbującym nieporadnie uciekać ogromnym krabom rozważając możliwość ugotowania potwory tego kalibru. Na razie nie jestem jednak jeszcze gotowy na starcie z tymi gigantami. Może za kilka tygodni ?

 

map_w5

Le Havre

By on cze 10, 2014

comments powered by Disqus
Partnerzy projektu: sennheisergdy_logo sailservice_logo_partnerswind_logo_partnerscodezero_logo_partnersnord_boat_small    

Patroni medialni:


Zagle_logo_rtb      Podroze_logo_rtb            RG logo
Di solito, i piedi diventano freddi e una sensazione di bagnato può essere sentito. Ma, questo paio di stivaletti è stato progettato Ugg scontati prudenti le decisioni di sottoscrizione cura, in modo da ottenere tutta l'intimità e la secchezza si dovrebbe. Gli stivali vi aiuterà anche a stoppino via l'umidità permettendo quindi quantità aria libera. Questo non significa che replica borsetta molto a buon mercato. Invece, erano Chanel borsa budget mila. Tuttavia, come il prezzo medio che sono di una borsa Chanel fino a $ 200. Ugg outlet Riceverete le caratteristiche, versatilità, questi vantaggi regolarmente pecore e struzzi, non di pelle marchio Chanel. Questo è importante, non tutti firmati a buon mercato borse chanel e spendere più di 1.000 dollari USA. Esempi del progettista attuale borse Chanel basso un gran numero. Ugg Saldi Dammi il miglior consiglio con la valvola prima di investire in "prezzo originale, sostenendo che molto più ragionevole. Borsa Chanel buona copia, infatti, confrontare l'originale e la copia, il divario tra voi.