Google PlusFacebookTwitter

Przystanek Porto

By on sie 12, 2014

Porto – jedna z kulturalnych stolic Europy, jednak wszystkim na świecie kojarzy się z jednym niepowtarzalnym trunkiem, którego jak już wiecie, mieliśmy okazję pokosztować. Te specyficzne w smaku, wzmacniane alkoholem wino ma wiele odmian. z reguły słodkie, półsłodkie,dla koneserów stworzono nawet wytrawne. Można ich spróbować w wielu winiarniach, degustatorniach położonych nad brzegami...

Porto – jedna z kulturalnych stolic Europy, jednak wszystkim na świecie kojarzy się z jednym niepowtarzalnym trunkiem, którego jak już wiecie, mieliśmy okazję pokosztować. Te specyficzne w smaku, wzmacniane alkoholem wino ma wiele odmian. z reguły słodkie, półsłodkie,dla koneserów stworzono nawet wytrawne. Można ich spróbować w wielu winiarniach, degustatorniach położonych nad brzegami rzeki Duoro (co potwierdza naszą maksymę – cumowanie w portach ma swoje zalety*). Nazwy marek(Sandeman, Churchill itp.) świadczą z myślą o jakich klientach produkowane jest od stuleci porto.

 

Zabudowa europejskiego miasta nie odbiega według mnie od klasycznego schematu – starówka, nowoczesne centrum i wielkie połacie suburbiów. Rewitalizowane historyczne centra z reguły przejęte przez deweloperów albo w lepszym przypadku przez artystyczną bohemę. W Porto zaś w odnowionych pięknie zabytkowych kamienicach nadal toczy normalne rodzinne życie, a odpoczywający wieczorami, a właściwie nocami, na wielkich zielonych balkonach mieszkańcy zupełnie nie zwracają uwagi na przewalające się hordy turystów zaglądających im do okien, podziwiających piękne kolorowe kafelki. Swoisty urok mają też (funkcjonujące nadal!) niewielkie rozmaite warsztaty rzemieślnicze – krawieckie, szewskie, rymarskie, a nawet typograficzne, różne graciarnie handlujące bliżej nieokreślonym towarem jak z przedwojennych fotografii. Przy niewielkich stolikach koło „minisupersamów” ( małych sklepów ze wszystkim, o powierzchni kilkunastu metrów kwadratowych) siedzą miejscowi emeryci, pijąc sobie vinho (bardzo międzynarodowy jest ten wyraz), gadając zapewne o jakiś bardzo ważnych pierdołach.

 

Ten autonomiczny mikroświatek poprzecinany jest jednak turystycznymi alejami. Pstrokato na nich aż do bólu oczu. Witryny świecą nachalnymi, nie mającego nic wspólnego z lokalną kulturą pamiątkami, sugerując jakby Porto miało do zaoferowania tyle samo, co powiedzmy Jastrzębia Góra (z całym szacunkiem). W Porto gęsto od zwiedzających, co może na początku zniechęcać, ale wystarczy przejść się w bok, odbić trochę z głównej trasy i ląduje się w zupełnie innym klimacie. W magicznym świecie zwyczajnych ludzi – rozgadanych sklepikarzy, gapiących się podejrzliwie z balkonów starszych pań i dzieciaków grających w piłkę na placykach przed kościołami…

Tawny or Ruby?

By on sie 11, 2014

Mgły. Dla odmiany.

By on sie 11, 2014

Po rozpoczęciu naszych wojaży po Portugalii – wbrew naszym nadziejom – mgły nie odpuszczały. Kiedy przed wyruszeniem z Porto, zapytaliśmy miejscowych speców o pojawiające się tu i ówdzie obszary o niezwykle słabej widoczności. Stwierdzili: „Niestety. To zjawisko jest u nas stosunkowo częste, a my nie mamy wiarygodnych, zapowiadających je źródeł ”. Nie chcąc nas zostawić z pustymi rękami,...

Po rozpoczęciu naszych wojaży po Portugalii – wbrew naszym nadziejom – mgły nie odpuszczały. Kiedy przed wyruszeniem z Porto, zapytaliśmy miejscowych speców o pojawiające się tu i ówdzie obszary o niezwykle słabej widoczności. Stwierdzili: „Niestety. To zjawisko jest u nas stosunkowo częste, a my nie mamy wiarygodnych, zapowiadających je źródeł ”. Nie chcąc nas zostawić z pustymi rękami, przetrząsnęli raz jeszcze internet i patrząc w satelitarne zdjęcia Półwyspu Iberyjskiego odrzekli, że dziś nie ma obawy, że nic nie wskazuje na to, żeby w najbliższym czasie nadciągnęła w te rejony jakaś mgła. Nieco spokojniejsi wyruszyliśmy na stupięćdziesięciomilowy przelot** do Lizbony (z byłej stolicy Portugalii, do stolicy obecnej).

 

Wypłynęliśmy z ambitnym postanowieniem pokonania trasy w półtorej doby. Pogoda była piękna i słoneczna, na niebie nie widać było ani jednej chmurki. Noc zapowiadała się identycznie. Przez pierwszą jej część wachtę miał Mateusz. Kiedy do niego przyszedłem, ciepło ubrany odstać swoją część czasu za sterem, widoczność na około była bardzo dobra, w pobliżu krążyło kilka „światełek” Na ciemnym, nocnym horyzoncie „światełko” jest synonimem innej jednostki pływającej. Kiedy widzimy zielone – prawa burta, czerwone światełko – lewa burta. Dużo „światełek” mówi wyraźnie – „omijaj mnie Stary.” Po kilku łykach kawy i półgodziny mojego sterowania „światełka” z przodu zaczęły dziwnie znikać. Po następnym łyku znikło „światełko” z lewej, potem kolejne z prawej (układ zwiastuje duży statek, znajdujący się blisko). Najpierw znikło dziobowe, potem reszta, a potem to już znikł mi z oczu cały boży świat. Pozostało mi tylko wyłączyć silnik, włączyć radar i wziąć rożek mgłowy w garść i…

O strachu czas zacząć

By on sie 11, 2014

Dziś będzie trochę o strachu, bo przedzieranie przez mgłę nocą, nierozerwalnie z nim łączy. Uczucie te jest najchętniej pomijane w memuarach, wspomnieniach i morskich opowieściach. Mało kto miewa swojskiego pietra, a przynajmniej mało kto czuje go oficjalnie. Strach jest (w moim pojmowaniu) w żeglarstwie morskim rzeczą naturalną. Każdy, kto chce żeglować na wodach oddalonych kilkadziesiąt mil od...

Dziś będzie trochę o strachu, bo przedzieranie przez mgłę nocą, nierozerwalnie z nim łączy. Uczucie te jest najchętniej pomijane w memuarach, wspomnieniach i morskich opowieściach. Mało kto miewa swojskiego pietra, a przynajmniej mało kto czuje go oficjalnie. Strach jest (w moim pojmowaniu) w żeglarstwie morskim rzeczą naturalną. Każdy, kto chce żeglować na wodach oddalonych kilkadziesiąt mil od brzegu, musi nauczyć się z nim poradzić i zaakceptować.

 

Nie jest oczywiście tak, że człowiek boi się cały czas. Po prostu na morzu są sytuacje zupełnie od człowieka niezależne, w których przychodzi mocny wiatr, wielka fala lub gęsta mgła. Nie ma innego sposobu niż robić swoje – być ostrożnym i przeczekać. Obawa o życie, nie tyle o swoje, co o ludzi, którzy płyną z tobą, wydaje mi się rzeczą zdrową. Wiąże się za nią dbanie o to, żeby łódź przygotowana była w najlepszy sposób, kontrola sprzętu, częste sprawdzanie prognozy pogody. Wszystkie te czynności powoli powszednieją, stają się rutyną. To jednak strach przypomina jak są ważne. Nie pozwala na odpuszczenie, luz, lekceważenie. Wyzwala poczucie odpowiedzialności. Pomaga w koncentracji, przypomina o potrzebie zapewnienia bezpieczeństwa. Zwłaszcza, kiedy zabierasz na pokład ludzi, z morzem nie mającym dotychczas nic wspólnego. Myślisz o tym jak zrobić tak żeby nic się nikomu nie stało. Tobie i ludziom z którymi płyniesz. To uczciwy stres, który ma jednak dobrą stronę – zapominasz o innych problemach powszedniego życia.

Surferska stolica

By on sie 11, 2014

W nocy jedynym zaskakującym wydarzeniem było nocne spotkanie z innym jachtem. Nie dało się go wyłapać na radarze, a gdy nas mijał był tak blisko, że słyszeliśmy głosy załogi. Nad ranem z ulgą stwierdziliśmy że mgła rozrzedziła się. Na liczniku mieliśmy „zrobioną” połowę trasy do Lizbony. Nie śpieszyło nam się, postanowiliśmy więc zrobić jednonocną przerwę i popłynąć do Nazaré.   Lubię...

W nocy jedynym zaskakującym wydarzeniem było nocne spotkanie z innym jachtem. Nie dało się go wyłapać na radarze, a gdy nas mijał był tak blisko, że słyszeliśmy głosy załogi. Nad ranem z ulgą stwierdziliśmy że mgła rozrzedziła się. Na liczniku mieliśmy „zrobioną” połowę trasy do Lizbony. Nie śpieszyło nam się, postanowiliśmy więc zrobić jednonocną przerwę i popłynąć do Nazaré.

 

Lubię pozytywne niespodzianki, bo za taką uważam zobaczenie klimatycznego miejsca, którego nie było na trasie zwiedzania. Nazaré jest kultową miejscowością dla surferów. Odnotowano tam ślizg po największej, kiedykolwiek „ujeżdżonej” fali. Ogromne zafalowanie kurort zawdzięcza nietypowemu położeniu. Od północnej strony lokalna plaża ograniczona jest wysokim klifem. Z zachodu w pobliską zatoczkę, wbija się jak podwodny klin rów głębinowy, którego głębokość parę mil od brzegu osiąga nawet kilkaset metrów. Takie nietypowe ukształtowanie dna i linii brzegowej sprawia, że kiedy z północnego zachodu powieje mocny wiatr, w okolicy tworzą się gigantyczne fale.

 

Jakoś tak wypadło, że na plażę wypadłem sam – Mat i Kaśka mieli coś do roboty, dlatego połączyliśmy nasze siły później. Po dotarciu do miasteczka, zrozumiałem, że surfing to tylko jeden ciekawych sposobów spędzania tu czasu. Dwa pozostałe to plażing i gastronoming. Plażing (z angielskiego zwany również biczingiem) uprawiają dobrze odżywione i ładnie opalone tłumy. W mig poczułem, że wstyd się pokazać, jak się nie ma opalonej klaty, wystrzałowych bokserek i jakieś fajnej dziary. Odziany w ulubione czarne bojówki i koszulkę z Filpem i Flapem nijak nie pasowałem do towarzystwa. Przedzierając się powoli przez dziesiątki plażowiczów w stronę olbrzymiego klifu, biłem się z myślami na temat ewentualnej kąpieli. W końcu dojrzałem. Ostatnim gwoździem do mojej ekshibicjonistycznej trumny stał się widok chłopców skaczących „na bombę” z ogromnych głazów. Wskoczyłem do wody. Pływałem w te i z powrotem, jednym okiem pilnując mojego pełnego dobytku plecaka. Spędziłem w wodzie dobre półgodziny, rzucając się na tafle wody, pływając, nurkując i znów czekając aż fala przykryje mnie swoim ciężarem (moja wersja surfingu).

 

Po wyjściu z morza, okazało się zresztą jak w zwykle w tych sytuacjach, trzeba się tylko trochę zmusić, mózg odwdzięcza się skokiem na bombę endorfin. O kulinariach w Nazaré mogę powiedzieć tylko tyle, że skorzystałem z klasycznej rejsowej metody. Powąchałem, popatrzyłem, pomyślałem i kupiłem oczywiście frytki. Przyjemnie jednak łaziło się po mieście, podpatrując kuchenne kulisy (wędrowałem cały w morskiej soli, z wilgotnym odciskiem gaci na tyłku). Gastronomiczną ciekawostką Nazaré są na pewno suszone na świeżym powietrzu owoce morza. Porozkładane na wielkich sieciach, rozpięte są na ogromnych, drewnianych ramach,które opierają się o specjalne plażowe konstrukcje. Kontrastują z nimi przyrządzane na węglowych grillach kałamarnice. Dym napędza odwiedzającym apetytu.

 

Folkową ciekawostką są Miejscowe Baby. Wyglądają tak jak jak kiedyś nasze babcie na wsi. Można było je dawniej spotkać w każdej małej wioseczce – przechadzały się zgarbione, z głowami przykrytymi chustami, które prawie zawsze miały na sobie wzór w kolorowe kwiaty. W odróżnieniu od naszych, te ubierają się zupełnie na czarno. Podobnie jak nasze, w związku z niską emeryturą, wykonują drobne prace zarobkowe. Toteż Miejscowe Baby przygotowują lokalne przysmaki, wynajmują kwatery i sprzedają pamiątki (niecodzienny widok, kiedy taka poważna staruszka, ubrana całkiem na czarno, drzemie sobie przy stoisku z okularami przeciwsłonecznymi). Nazaré – to miła niespodzianka.

Chasing Maverics

By on sie 11, 2014

Dalej o pękaniu

By on sie 11, 2014

Na jachcie jak jest niefajnie, to ten stan nie mija w pięć minut. Wiatr rozpędza się bardzo powoli i tak samo cichnie***. Na ogół całość trwa to kilka, kilkanaście godzin. W trudniejszych przypadkach kilka dób. Fala rośnie, wiatr tężeje, jacht przechyla się coraz bardziej, rzuca nim coraz bardziej agresywnie. Raz za razem woda zalewa łódź. Bywa, że przegina ją nawet do kąta 90 stopni.   A...

Na jachcie jak jest niefajnie, to ten stan nie mija w pięć minut. Wiatr rozpędza się bardzo powoli i tak samo cichnie***. Na ogół całość trwa to kilka, kilkanaście godzin. W trudniejszych przypadkach kilka dób. Fala rośnie, wiatr tężeje, jacht przechyla się coraz bardziej, rzuca nim coraz bardziej agresywnie. Raz za razem woda zalewa łódź. Bywa, że przegina ją nawet do kąta 90 stopni.

 

A jacht na morzu to cały twój świat. Jest w nim cały twój dobytek. Często – bliscy ci ludzie. Więc nie ma, że ho ho. Obiecałeś załodze, że ich tyłki dowieziesz całe do domu. Całym tym waszym światem rzuca wtedy przez kilka długich godzin. W takich warunkach, naprawa każdej awarii, wymiana czegokolwiek coś się zepsuje, to duży wysiłek. Z drugiej strony każda nienaprawiona teraz rzecz, może zemścić się w przyszłości. Masz tylko nadzieję, że nie zacznie mocniej wiać, że osprzęt wytrzyma i nie puści żaden durny bloczek, żadna szekla czy jakaś inna mała pierdoła. Sztorm to oczywiście zagrożenie, jednak zachowując zdrowy rozsądek, panując nad strachem i mając odrobinę szczęścia, można bez kłopotu przetrwać. Modzi żeglarze mówią, że chcieliby przeżyć jakiś mega-sztorm – sam niegdyś należałem do tego grona. Teraz, kiedy już trochę nam powiało (żaden tam sztorm), jestem daleki od chęci spotykania go na swojej drodze. Oczywiście, jeżeli zajdzie potrzeba, stawię mu czoła, ale na ochotnika na pewno nie będę się pchał. Po prostu nie lubię ryzykować życiem.

Cascais – Lizbona

By on sie 11, 2014

Wstęp do Lizbony

By on sie 11, 2014

Dalsza droga z Nazaré do Lizbony była bardzo spokojna. Po słonecznym dniu, minięciu dwóch ważnych przylądków i krótkim postoju w Cascais, dotarliśmy do Lizbony. Po przypłynięciu, załatwieniu całej wymaganej prawem papierologii, pryszniców i dopełnieniu formalności, wyruszyliśmy w miasto.   Otrzymaliśmy cynk, że załoga Sputnika – inna ekipa opływająca jachtem świat, też jest w...

Dalsza droga z Nazaré do Lizbony była bardzo spokojna. Po słonecznym dniu, minięciu dwóch ważnych przylądków i krótkim postoju w Cascais, dotarliśmy do Lizbony. Po przypłynięciu, załatwieniu całej wymaganej prawem papierologii, pryszniców i dopełnieniu formalności, wyruszyliśmy w miasto.

 

Otrzymaliśmy cynk, że załoga Sputnika – inna ekipa opływająca jachtem świat, też jest w Lizbonie. Oni kończyli swój pobyt w portugalskiej stolicy, dlatego mimo późnej godziny, postanowiliśmy spotkać się w nocy. Mateusz i Kaśka byli dosyć zmęczeni, wspólnie ustaliliśmy, że ja będę nas reprezentował. Do umówionej z drugą załogą godziny spotkania zostało trochę czasu, więc postanowiłem spędzić go, spacerując. Krążąc po zaułkach starego miasta, szybko zacząłem realizować moją ulubioną metodę zwiedzania – gubienie się. Szwendałem się, nie mając pojęcia, że jestem dokładnie w najbardziej imprezowej dzielnicy miasta – Bairro Alto.

 

Oglądałem zabytkowe tramwaje i elewacje, krążyłem wśród tłumu ludzi. Dziesiątki razy zaoferowano mi wszelakie narkotyki. Dzielnica Bairro Alto o godzinie pierwszej w nocy wygląda jak nasze juwenalia. Grupy imprezowiczów wałęsają się wszędzie z alkoholem i papierosami. Wspólnie krzyczą, śpiewają, pchają się pod przeciskające się przez wąskie ulicy samochody. Zaczepiają innych, podrywają, bywają podrywani i zaczepiani. Jednym słowem festyn (Tak. Jestem fanem festynów) Przechadzając się w tym zgiełku, w ucho wpadła mi melodia. Z okien jednej z okolicznych kamienic usłyszałem głośną muzykę wygrywaną na nietypowym instrumentach: akordeonie oraz długim kawałku blachy, którego nazwy nie znam (instrument perkusyjny). Kiedy przekroczyłem próg lokalu, z którego dobiegał dźwięk, okazało się że jest to malutka galeria sztuki z gatunku tych, w których sprzedawane jest niedrogie piwo, a zamiast biletu wstępu kupuje się kartę przynależności (mój numer to 4591). W menu poza alkoholami znajdowała się odgrzewana pizza, podzielona na małe kawałki.

 

Pierwsze wrażenie – obskurna knajpa. Przeogromna różnica tkwiła jednak w panującej tam atmosferze. Grana na żywo muzyka okazała się należeć do tradycji Wysp Zielonego Przylądka. W największej sali (wielkości dużego pokoju) z dziką radością pląsali ludzie. Zupełnie nowi, mieszali się ze starymi znajomymi. Naokoło co chwila ktoś wybuchał śmiechem, bardzo często widziałem rytualne, przyjacielskie przywitania. Klimat w Art Casa przypominał ten znany z prywatek, na które przyszła nadspodziewana liczba gości. Z moimi zdolnościami tanecznymi i znajomością portugalskiego dzielnie podpierałem ścianę. Po kilku łykach piwa zacząłem tupać. Najpierw lewą nóżką, potem prawą. Potem może i by się zaczęły jakieś bardziej zaawansowane technicznie drgawki, ale przyszedł SMS od ekipy Sputnik Team i przyszło mi się ewakuować.

Sputnik

By on sie 11, 2014

Przy powitaniu okazało się, że wśród nowo poznanych osób znajduje się nie tylko załoga Sputnika 2, ale cała gromadka sympatycznych rodaków. Wszyscy byli kumplami, część od kilkunastu miesięcy mieszka w Lizbonie i przybycie załogi do portu nad Tagiem stało się okazją do wspólnego świętowania. Zwiedzaliśmy miasto do bladego świtu. Najwięcej czasu spędziłem jednak, rozmawiając z parą tworzącą trzon...

Przy powitaniu okazało się, że wśród nowo poznanych osób znajduje się nie tylko załoga Sputnika 2, ale cała gromadka sympatycznych rodaków. Wszyscy byli kumplami, część od kilkunastu miesięcy mieszka w Lizbonie i przybycie załogi do portu nad Tagiem stało się okazją do wspólnego świętowania. Zwiedzaliśmy miasto do bladego świtu. Najwięcej czasu spędziłem jednak, rozmawiając z parą tworzącą trzon załogi Sputnika.

 

Już od po kilku słowach widziałem że trafiłem na ludzi niezwykle odważnych. Oboje bardzo pogodni, z radością opowiadali o tym, co ich spotkało. Bez nuty niepotrzebnego zawodu czy zbytniego umartwiania się napotkanymi trudnościami. Parę minut po poznaniu Karolina zapytała: „Potrzebujecie czegoś?” :). Podczas przedłużającej się rozmowy zrozumiałem, że łączy nas wiele podobnych doświadczeń, ale także że oni stają przed znacznie większym wyzwaniem i mam do czynienia z niezwykle twardymi i dzielnymi żeglarzami.

 

Najważniejsze różnice pokrótce są takie:
My płyniemy minimum we trójkę, przez większość czasu mając jeszcze kilka dodatkowych rąk do pracy. Oni większą część trasy pokonali tylko we dwójkę – a trzeba dodać koniecznie, że Karolina jest w ciąży. Nasz jacht ma dwanaście metrów, ich około ośmiu. Korzystamy z wielu żeglarskich udogodnień.
Pomyślałem: Łał. Oto ludzie, którzy wyśnili swoje marzenie, teraz żyją nimi, zupełnie nie zważając na trudności. Są niezwykle odważni.
Strach – wydaje mi się – jest nieodłączną częścią odwagi. Żeby robić wszystkie fajne rzeczy: podróżować, smakować, nurkować, skakać ze spadochronem, żeglować czy nawet kąpać się w oceanie – trzeba nauczyć się bać. Zdrowo, rozsądnie – najzwyczajniej bać się i nie mieć z tym problemu. Późnym wieczorem, daleko po wybiciu dwunastej, pożegnaliśmy się serdecznie, a ja bratałem się zresztą polsko-portugalskiej ekipy.

 

map_w12

 

* Nam ze względów czasowych dane było spróbować porto w domowo-supermarketowej wersji. W odmianie „Ruby” i tak jak napisał wcześniej Mateusz – kilkakrotnie spijanej ze stołu. Radocha nieprzeciętna, pewnie dlatego, że zupełnie nowatorska.

 

** nasza prędkość ma mniej więcej 6 stopniową skalę. Z reguły płyniemy 4 mile na godzinę, jak bywa bardzo dobrze to pięć mil. Czasami jest szóstka. Bywa rzadko i siedem, osiem, a nawet dziewięć, ale to przy niezwykle sprzyjających okolicznościach. Warunki stawia oczywiście wiatr.

 

*** dla żeglarskich purystów. Mówię o sytuacji tradycyjnej, nie o szkwałach, burzach, trąbach powietrznych i górskich podmuchach.

comments powered by Disqus
Partnerzy projektu: sennheisergdy_logo sailservice_logo_partnerswind_logo_partnerscodezero_logo_partnersnord_boat_small    

Patroni medialni:


Zagle_logo_rtb      Podroze_logo_rtb            RG logo
Di solito, i piedi diventano freddi e una sensazione di bagnato può essere sentito. Ma, questo paio di stivaletti è stato progettato Ugg scontati prudenti le decisioni di sottoscrizione cura, in modo da ottenere tutta l'intimità e la secchezza si dovrebbe. Gli stivali vi aiuterà anche a stoppino via l'umidità permettendo quindi quantità aria libera. Questo non significa che replica borsetta molto a buon mercato. Invece, erano Chanel borsa budget mila. Tuttavia, come il prezzo medio che sono di una borsa Chanel fino a $ 200. Ugg outlet Riceverete le caratteristiche, versatilità, questi vantaggi regolarmente pecore e struzzi, non di pelle marchio Chanel. Questo è importante, non tutti firmati a buon mercato borse chanel e spendere più di 1.000 dollari USA. Esempi del progettista attuale borse Chanel basso un gran numero. Ugg Saldi Dammi il miglior consiglio con la valvola prima di investire in "prezzo originale, sostenendo che molto più ragionevole. Borsa Chanel buona copia, infatti, confrontare l'originale e la copia, il divario tra voi.