Google PlusFacebookTwitter

Gaz

By on lis 16, 2014

Nie było nam dane pozwiedzać zbyt długo uroczego miasteczka Sète, a port we Frontignan dzieli od samego miasteczka dobre trzy kilometry. Ponieważ jednak nasze zapasy żywieniowe uległy wyczerpaniu (a butle z gazem puściutkie) musieliśmy zrobić sobie wycieczkę do miejscowości. Nie uśmiechało mi się samotne targanie kilkunastu kilogramów żarła na plecach. Na szczęście dziewczyny (Magda i Weronika...

Nie było nam dane pozwiedzać zbyt długo uroczego miasteczka Sète, a port we Frontignan dzieli od samego miasteczka dobre trzy kilometry. Ponieważ jednak nasze zapasy żywieniowe uległy wyczerpaniu (a butle z gazem puściutkie) musieliśmy zrobić sobie wycieczkę do miejscowości. Nie uśmiechało mi się samotne targanie kilkunastu kilogramów żarła na plecach. Na szczęście dziewczyny (Magda i Weronika wyjeżdżały następnego dnia) postanowiły wybrać się ze mną. Wziąłem butlę pod pachę i zapakowaliśmy się w kursujący raz na godzinę autobus.

 

Żeglarska zabawa „w butle z gazem” to rodzaj specyficznej loterii. Nigdy nie wiadomo gdzie i za ile uda się dorwać nabitą butelkę. Zdarzają się porty, w których za kilkanaście euro można wymienić pojemnik bezpośrednio w kapitanacie. W niektórych miejscach, solidnie przepłacając, można nabyć gaz w jednym ze sklepów żeglarskich. W generalnej większości odwiedzanych przez nas marin po „błękitne paliwo” trzeba było się jednak wybrać w miasto. Czasem oznaczało to wyprawę do odległego o parę przecznic sklepiku. A czasem półtoragodzinny, upalny spacerek do specjalnego składu, w którym akurat wszyscy wyszli na obiad…

 

We Frontignan na ten przykład okazało się, że po gaz trzeba udać się do Intermarche znajdującego się na obwodnicy… kolejne 2-3 kilometry drogi. Odrobinę zrezygnowany chciałem sam zatargać niebieską buteleczkę na miejsce, ale dziewuchy ponownie, bohatersko uparły się dreptać ze mną. Prawdziwa drużyna pierścienia (palnika?).

 

Niewielkie miasteczko otoczone jest winnicami. Po drodze mijaliśmy kolejne budynki zakładów wytwarzających lokalne wina. Zabudowania wyglądały staro i nobliwie, a różnego rodzaju reklamy zachęcały do próbowania sporządzanych na miejscu trunków. Zmierzając powoli ku opłotkom mimochodem liznęliśmy odrobinę wiedzy dotyczącej tutejszej enologii. W tych okolicach hoduje się przede wszystkim winorośl szczepu Muscat, służącą do wyrobu mocnego i słodkiego wina o tej samej nazwie. Złotozielony, słodki nektar pochodzący z tych okolic należy do najlepszych na świecie.

 

Spoceni i zakurzeni dotarliśmy w końcu do pasażu handlowego. Aby nadać całej wyprawie trochę więcej sensu oprócz gazu zakupiliśmy zestaw produkowanych w regionie win. Dziewczyny nabyły również sporo smacznych i odrobinę śmierdzących francuskich suwenirów – moim zdaniem najlepszych prezentów, jakie można wywieźć z tego pięknego kraju.

 

Wieczorem dotarły do nas dwie nowe załogantki – Monika i Agnieszka. Rozpoczęta z wielkimi przebojami podróż (Płacz, Panika, Histeria) zakończyła się szczęśliwie autostopową podwózką pod restaurację Barracuda – 10 metrów od naszej Delphii. W ten sposób w jedną noc na jachcie pojawiło się naraz aż pięć dziewczyn – rekord wyprawy. Przesympatyczne prawniczki momentalnie wmiksowały się w towarzystwo. Mimo kilkunastu godzin spędzonych w podróży – z humorem opowiadały o perypetiach z pomyleniem lotnisk –  nadal pełne energii i gotowe do dalszych przygód.

 

Integrację zaczęliśmy od pysznej pizzy z pieca serwowanej w pobliskim barze, a skończyliśmy degustując po ciemku na plaży wszystkie posiadane na pokładzie butelki. „Muscat de Frontignan” okazał się być zdecydowanie za słodki jak na gusta załogi. Ale jakoś zmęczyliśmy…

W krainie Muscata

By on lis 16, 2014

Camargue

By on lis 16, 2014

Przeklęty Mistral już drugi tydzień krzyżował nam szyki. Pogoda ciągle zmuszała nas do poruszania się krótkimi skokami. Planowanie dłuższych „przelotów” za każdym razem było obarczone zbyt dużym ryzykiem wpakowania się na wysoką falę i porywisty wiatr. Korzystając ze względnie przyzwoitych warunków ruszyliśmy w jednodniową trasę do Saintes Maries de la Mer – miasteczka położonego w delcie...

Przeklęty Mistral już drugi tydzień krzyżował nam szyki. Pogoda ciągle zmuszała nas do poruszania się krótkimi skokami. Planowanie dłuższych „przelotów” za każdym razem było obarczone zbyt dużym ryzykiem wpakowania się na wysoką falę i porywisty wiatr. Korzystając ze względnie przyzwoitych warunków ruszyliśmy w jednodniową trasę do Saintes Maries de la Mer – miasteczka położonego w delcie Rodanu.

 

Do mariny przybiliśmy późnym wieczorem. Wiatr wzmagał się z każdą minutą i manewry portowe nie należały do najprostszych. Mimo to jakoś wcelowaliśmy pomiędzy dalby jedynego wolnego miejsca na kei wizytorskiej. W ciemnościach lataliśmy po pokładzie i próbowaliśmy wypatrzeć gdzie znajdują się zamocowane do kołków cumy przyznane standardowo do tego typu stanowiska.

 

W międzyczasie trochę powiało i łódka zaczęła miotać się odrobinę pomiędzy stojącymi z obu stron jachtami. Duża liczba odbijaczy na burtach wszystkich trzech jednostek zapobiegała wszelkim uszkodzeniom. Mimo to starałem się ostrożnie odpychać nas od jachtu po lewej stronie, tak na wszelki wypadek. Nagle ni z tego ni z owego usłyszałem przy mojej głowie gniewne okrzyki. Za swe działania otrzymałem agresywną reprymendę ze strony właściciela, który chwilę wcześniej wychynął z zejściówki. Dżentelmen ów głośnymi wrzaskami zakazał mi dotykania swoich sztormrelingów wskazując, że powinienem włożyć ręce pomiędzy listwy odbojowe naszych jednostek. Ceniąc sobie integralność własnych dłoni olałem szaleńca i piętą starałem się kontrolować sytuację.

 

Kuba dalej próbował ogarnąć gdzie podziały się „nasze” liny. Rozglądając się dookoła stwierdziliśmy, że cumy te zawłaszczyli sobie kapitanowie stojących obok jachtów. Poprzypinali się na sześć sposobów w dupie najwyraźniej mając jak poradzą sobie inne jednostki. Na szczęście jeden z nich był obecny (wspomniany wcześniej starszawy gość).

 

W nasz dziób przywiewało już dość solidnie – wiatr tężał z każdą minutą. Należało szybko ustabilizować przód jachtu. Kuba poprosił więc siwego pana, żeby oddał nam swoją nadmiarową linę. Ku naszemu zaskoczeniu facet odmówił. Środek nocy, mocny wiatr, siłujemy się całą załogą starając się nie porysować sąsiadów, a on odmawia. Co za gość…

 

Dobrze już wkurwiony zdjąłem jedną z nadmiarowych cum z jachtu znajdującego się po drugiej stronie, aby choć chwilę odpocząć i zastanowić co dalej. Wywołało to u dziadka atak drgawek i symptomy ciężkiej apopleksji. Zaczął się drzeć, że w życiu nie widział załogi, która zabierałaby liny z drugiej łódki i że keja wizytorska znajduje się po drugiej stronie basenu. Co my sobie w ogóle wyobrażamy, itd. itp.

 

W tym momencie byliśmy już mocno zmęczeni długą żeglugą, a także ciągłymi wysiłkami werbalnymi sąsiada. Spojrzeliśmy po sobie. Wskazany przez awanturniczego starca betonowy pirs nie wyglądał zbyt bezpiecznie. Stanowisko znajdowało się przy dystrybutorach stacji benzynowej, a przymocowana powyżej tabliczka wyraźnie ograniczała czas postoju do trzech godzin. Kuba zdecydował się jednak przecumować łódkę. Ponowne podejście ułatwił nam odrobinę wstawiony, sympatyczny marinero, który powiedział, że na jedną noc możemy stanąć bez problemu.

 

Rano w kapitanacie zapytano Kubę dlaczego nie stanęliśmy przy kei wizytorskiej – przecież między dalbami czeka wolne miejsce. Gdy bosman usłyszał naszą historię pokiwał ze zrozumieniem głową, wykręcił młynka przy skroni palcem prawej dłoni i powiedział żebyśmy się nie przejmowali. Starszy pan jest Belgiem i jest powszechnie znany ze swojej uprzejmości oraz gościnności… Staliśmy longside’em do betonu więc pożyczono nam dodatkowe odbijacze, aby dobrze zabezpieczyć jacht przed dociskającymi nas do pomostu podmuchami wiatru. Pomijając nieprzyjemnego lokatora marina (Port Gardian) jest bardzo fajna i niedroga. Mają bardzo wysoki standard obsługi i jakość sanitariatów, bez kłopotu działa też portowe WiFi.

 

Saintes Maries de la Mer to rodzaj małego kurortu położonego na skraju podmokłych terenów zalewowych. Znane jest jako sanktuarium maryjne i punkt corocznych, chrześcijańskich pielgrzymek. Lokalne miejsce kultu oraz patronkę – Świętą Sarę – szczególnie upodobała sobie narodowość romska. Parterowa zabudowa i sympatyczny ryneczek z umiejscowionym centralnie zabytkowym kościołem warownym tworzą atmosferę będącą kombinacją Jasnej Góry z Krynicą Morską. Dziesiątki knajpek otwierają swe podwoje z wątłą nadzieją na złapanie rzadkiego o tej porze roku turysty. Na małym ryneczku można zakupić lokalne specjały. 500 metrów w dowolną stronę w głąb lądu zaczynają się bagna, na których pasą się stadka bladych flamingów. Uroczo.

 

Koło południa na plaży położonej praktycznie przy samym porcie zaroiło się od kolorowych latawców. Kilkunastu kite-surferów skuszonych trzygwiazdkowymi warunkami (wiatr do 40 węzłów i spora fala) wykonywało skomplikowane ewolucje fruwając kilka metrów nad wodą. Nikt z naszej załogi nie posiadł umiejętności pozwalających na tego typu zabawy, więc jedynie z zazdrością obserwowaliśmy śmiałków zasuwających po białych grzbietach. Przy tak mocnych powiewach sporo ryzykowali, a niektóre tricki przeciągnięte przez niestabilny wiatr kończyły się twardym lądowaniem i kilkumetrowym szorowaniem o dno.

Trzygwiazdkowe warunki

By on lis 16, 2014

Marsylia

By on lis 16, 2014

Mimo wieczornej pory i siąpiącego deszczu Marsylia od strony wody wyglądała szalenie efektownie: rozmieszczone na wysepkach oraz wzgórzach otaczających miasto potężne fortyfikacje; podświetlone na kolorowo pałace przekształcone w luksusowe hotele; ogromna katedra, której bogata, pasiasta fasada świadczy o zamożności miasta oraz wielkich ambicjach finansujących ją fundatorów. Prawdziwa...

Mimo wieczornej pory i siąpiącego deszczu Marsylia od strony wody wyglądała szalenie efektownie: rozmieszczone na wysepkach oraz wzgórzach otaczających miasto potężne fortyfikacje; podświetlone na kolorowo pałace przekształcone w luksusowe hotele; ogromna katedra, której bogata, pasiasta fasada świadczy o zamożności miasta oraz wielkich ambicjach finansujących ją fundatorów. Prawdziwa metropolia.

 

Mimo niebezpieczeństwa solidnego zamoknięcia w nadchodzącej nieuchronnie burzy, piękny widok wyciągnął większość załogi na pokład. Ledwo daliśmy radę zacumować jacht przy pontonie znajdującej się w centrum mariny, gdy z nieba lunęło jak z cebra. Trzeci dzień mżawek i deszczów. Klątwa…

 

Po dwóch dniach spędzonych w ślicznej, ale o tej porze roku wymarłej mieścinie, byliśmy spragnieni jakichś wielkomiejskich rozrywek. Nasze urocze załogantki – Monika i Agnieszka – chciały również co nieco pozwiedzać. Trafiliśmy w końcu do drugiego co do wielkości miasta Francji.

 

Pół godziny zajęło nam rozważanie różnego rodzaju rozwiązań taktycznych. Deszcz nawalał konkretnie więc początkowo planowaliśmy wysłać jednoosobowy oddział rozpoznawczo-dywersyjny. Zadanie było niełatwe i wymagało poświęcenia – zlokalizować w ciemnościach burzy najbliższy magazyn mieszanin etanolowych i przechwycić niewielką część niebezpiecznej substancji przy możliwie najmniejszych stratach własnych (do 2 Euro/butelka). Końcowo postanowiliśmy jednak zmoknąć kolektywnie i całą pięcioosobową grupą wyszliśmy wprost pod niekończący się prysznic.

 

Misja rzeczywiście okazała się być dość trudna – najbliższy otwarty arabski „Alimentacion” znaleźliśmy po dobrych dwóch kwadransach szwendania, gdy membrany naszych sztormiaków doszły już do granicy wodoodporności deklarowanej przez producentów. Aby wynagrodzić sobie choć trochę ten szaleńczy wysiłek wracając zaszliśmy „na jedno” do przyportowego klubu Havana – oferującego w ramach Happy Hours piwo w przyzwoitej cenie.

 

Traf chciał, że na ekranie dużego telewizora leciały akurat rozgrywki Ligi Mistrzów. Choć nikogo z nas nie fascynuje na co dzień piłka nożna, z przyjemnością obejrzeliśmy jak PSG rozkłada na łopatki Barcę. Nawet Katarzyna, wykonująca na widok zielonej murawy gest znany jako „Apage, Satanas!!!”, stwierdziła, że mecz takiej klasy miło się ogląda. Atmosfera w lokalu była bardzo multikulturowa i sympatyczna. Mimo, że gościli w nim kibice obu drużyn głośnymi okrzykami wyrażający swoje nadzieje i rozczarowania, nikt nikomu nie próbował obić facjaty.

 

A następnego dnia było już tylko słońce, zwiedzanie, kościoły i karuzele. Południowe, tętniące życiem miasto, w którego najmniejszych zaułkach i uliczkach ludzie handlują, pracują, bawią się i ucztują. Odrobinę brudniejsze niż Barcelona. O skomplikowanej i interesującej wielopiętrowej topografii. Dumne, lecz znacznie mniej wyniosłe niż Paryż czy Wiedeń. Piękne.

W końcu słońce

By on lis 16, 2014

Nudyści i zakonnice

By on lis 16, 2014

Kolejny odcinek zdecydowaliśmy się przepłynąć nocą. Wieczór upłynął bez niespodzianek. Wypadła mi wachta nad ranem, podczas której z przyjemnością obserwowałem wyłaniające się z ciemności zielone kształty wybrzeża oraz niewielkie wysepki. Świt widziany z pokładu jachtu nie pozostawia wątpliwości dlaczego ten region świata nazywany jest Lazurowym Wybrzeżem.   Przespałem moment, w którym...

Kolejny odcinek zdecydowaliśmy się przepłynąć nocą. Wieczór upłynął bez niespodzianek. Wypadła mi wachta nad ranem, podczas której z przyjemnością obserwowałem wyłaniające się z ciemności zielone kształty wybrzeża oraz niewielkie wysepki. Świt widziany z pokładu jachtu nie pozostawia wątpliwości dlaczego ten region świata nazywany jest Lazurowym Wybrzeżem.

 

Przespałem moment, w którym mijaliśmy samo Saint Tropez. Dyżurny portu nie znalazł dla nas miejsca – co podobno nie było niczym zaskakującym – Kuba z dziewczynami opowiadał niesamowite historie o stojących na kotwicowisku jednostkach, aż się wierzyć nie chciało. Wolna keja znalazła się w odległej raptem o kilka kilometrów miejscowości Cogolin.

 

Podstawowej załodze nazbierało się nieco zaległych obowiązków – mieliśmy jak zwykle sporo filmów i zdjęć do obrobienia. Teksty same również się nie napiszą… Mnie udało się załatwić swoje sprawy do południa i wyrwałem trzy godziny na zwiedzanie Saint Tropez. Agnieszka z Moniką udały się do słynnego kurortu już dwie godziny wcześniej.

 

Z autobusu wysiadłem w sąsiedztwie słynnego filmowego komisariatu, z którego Luis de Funès w stroju żandarma wyruszał tropić nudystów, kosmitów oraz zakonnice. Pogoda wyjątkowo dopisała. Późny wrzesień w tych okolicach potrafi wyglądać jak początek polskiego sierpnia – upalnie, duszno, zielono. Na drugiej czy trzeciej słonecznej uliczce spotkałem dziewczyny i potem już wspólnie wałęsaliśmy się po „trapeziańskich” brukach.
Całą miejscowość da się obejść w godzinę. W dwie godziny jeżeli oglądamy wszystkie możliwe atrakcje.

 

Saint Tropez jest mniej przereklamowane niż można by przypuszczać. Miło spędzaliśmy czas snując się po uroczych miejscówkach i podziwiając widoczki. Szczególnie fajnym miejscem okazało się być wzgórze forteczne. Poza panoramą całego miasteczka mieliśmy okazję zachwycić się zatoką całkowicie pokrytą żaglami łodzi, które brały udział w rozgrywanych akurat regatach. Po raz pierwszy w życiu zobaczyłem na wodzie jachty klasy „Wally” oraz słynne „Jotki”. Moja skromna wiedza żeglarska nie pozwoliła mi nawet nazwać wszystkich typów ożaglowania prezentowanych na takielunku tych wszystkich niesamowitych jednostek. Wspaniała sprawa.

 

Nigdy nie zapomnę również spaceru po porcie. Mnogość pięknych jachtów zacumowanych w niewielkim baseniku wywarła na mnie spore wrażenie. Załogi tłoczyły się wokół, klarując i ształując dodatkowe komplety żagli. No cóż, regaty sponsorowane przez ROLEX’a pewnie zawsze tak wyglądają, i nie bez powodu rozgrywają się w Saint Tropez. Tutaj właśnie właściciele wspaniałych jachtów mogą zaopatrzyć się we wszelkie podkreślające ich zamożność atrybuty. Za szkłem zupełnie przeciętnych witryn i mini-butików wyglądających jak sklepiki w pierwszej lepszej polskiej nadmorskiej miejscowości pyszniły się towary marek tak ekskluzywnych, że dla mnie w zasadzie anonimowych. Tylko dzięki światowemu obyciu naszej blond-ekspertki mogliśmy się domyślać cen eksponowanych produktów. Torebki czy elementy biżuterii leżące na zwykłych półeczkach kosztowały zapewne grube tysiące euraczy.

 

Agnieszka wytropiła również lokalną filię paryskiej cukierni tworzącej najlepsze na świecie „makaroniki”.
Pod tą swojsko i zwyczajnie brzmiącą nazwą kryje się słodycz, którego prawidłowe przygotowanie wymaga najwyższych lotów umiejętności kulinarnych. Sześć kolorowych krążków zakupionych przez Agę w eleganckim sklepiku stanowiło zaś owoc pracy prawdziwych mistrzów. Obawiając się, że moje plebejskie podniebienie okaże się niegodne tych delicyj spróbowałem jedynie odrobinę malinowego ciasteczka (mimo że fundatorka hojnie nalegała, żebym spróbował wszystkich). Konsystencja arcydzieła rzeczywiście okazała się być perfekcyjna, a smak idealnie dopieszczony. Gdybym jednak miał jakieś wątpliwości, łzy szczęścia kapiące z policzków wieloletniej koneserki stanowiły niepodważalny dowód jakości wypieku.

 

Aby godnie zakończyć piękny dzień w powrotnej drodze zakupiłem świeże kulinarne składniki. Na kolację podałem krwiste steki z młodymi ziemniaczkami oraz świeżą sałatką. Cały pobyt w tej okolicy wypadł całkiem przyjemnie. Niestety zabrakło nam czasu na zwiedzenie Port Grimaud – niesamowitego miasta-mariny poprzecinanego basenami portowymi oraz kanałami, na których cumują tysiące mniejszych i większych jednostek.

Superjachty, helikoptery i inne takie

By on lis 16, 2014

Pod palmami

By on lis 16, 2014

Lazurowe wybrzeże zaskoczyło nas pozytywnie sporą liczbą łódek, które mieliśmy okazję spotkać na wodzie. Podczas kilku miesięcy żeglugi natknęliśmy się na niewiele miejsc, w których jachty rzeczywiście pływają po morzu, a nie jedynie „prezentują się” w marinach. Fajnie było mijać różne luksusowe jachciory rozwijające pod żaglami dużo wyższe prędkości od naszej Delphii. Czasem gdzieś nawet mignął...

Lazurowe wybrzeże zaskoczyło nas pozytywnie sporą liczbą łódek, które mieliśmy okazję spotkać na wodzie. Podczas kilku miesięcy żeglugi natknęliśmy się na niewiele miejsc, w których jachty rzeczywiście pływają po morzu, a nie jedynie „prezentują się” w marinach. Fajnie było mijać różne luksusowe jachciory rozwijające pod żaglami dużo wyższe prędkości od naszej Delphii. Czasem gdzieś nawet mignął genaker albo spinaker – dowód sportowych ambicji niektórych bogaczy. Nad naszymi głowami ciągle krążyły co najmniej trzy helikoptery wożące biznesmenów o grubych portfelach pomiędzy ich ulubionymi lokalizacjami. W takiej atmosferze wieczorem dotarliśmy do Cannes.

 

Umiejscowienie pontonu „wizytorskiego” jest zupełnie niesamowite. Kilkunastometrowy kawałek plastikowego pomostu przymocowany jest na samym końcu głównego pirsu. Od pałacu filmowego dzieliło nas pięćdziesiąt metrów promenady. Zaraz po wyjściu podziwialiśmy widok oglądany przez światowe sławy wychodzące na balkon słynnego kina, aby zaczerpnąć świeżego powietrza. Po prawej stronie od naszego stanowiska tłoczyły się dziesiątki trójpokładowych jachtów pod banderami Kajmanów i Malty. Bogato.

 

Cena za dobę postoju po sezonie? 20 Euro…

 

Po kilku chwilach już spacerowaliśmy w kierunku słynnego hotelu „Carlton Intercontinental”. Spacer wzdłuż plaży zaowocował stwierdzeniem, że jeżeli komuś pisane umrzeć pod kołami samochodu to tylko w tych okolicach. Bentleje, Rolsy, Ferrari, Aston Martiny, Maseratti… do wyboru do koloru!

 

Szukając okazji do wypicia ostatnich toastów zagłębiliśmy się mocniej w miasto, odkrywając jego głębsze warstwy. W odróżnieniu od maleńkiego Saint Tropez, Cannes posiada całkiem spore komercyjne zaplecze i żywe, ludne centrum. Zniechęceni wysokimi cenami w kolejnych mijanych restauracjach zawędrowaliśmy w końcu do Irish Pub’u, aby skorzystać z trwającej akurat Happy Hour. Kolejne toasty zostały więc spełnione typowo francuskim Guiness’em i poprawione równie miejscowym Jaggermeister’em.

 

Po powrocie na łódkę Państwa najwierniejszy korespondent udał się na zasłużony odpoczynek. Dlatego nie był świadkiem dalszej imprezy, wycieczek po ekskluzywnych klubach nocnych oraz innych ekscesów, którymi podobnież zakończył się ten wieczór…

 

map_w19

Tam gdzie gwiazdy spadają na ziemię

By on lis 16, 2014

comments powered by Disqus
Partnerzy projektu: sennheisergdy_logo sailservice_logo_partnerswind_logo_partnerscodezero_logo_partnersnord_boat_small    

Patroni medialni:


Zagle_logo_rtb      Podroze_logo_rtb            RG logo
Di solito, i piedi diventano freddi e una sensazione di bagnato può essere sentito. Ma, questo paio di stivaletti è stato progettato Ugg scontati prudenti le decisioni di sottoscrizione cura, in modo da ottenere tutta l'intimità e la secchezza si dovrebbe. Gli stivali vi aiuterà anche a stoppino via l'umidità permettendo quindi quantità aria libera. Questo non significa che replica borsetta molto a buon mercato. Invece, erano Chanel borsa budget mila. Tuttavia, come il prezzo medio che sono di una borsa Chanel fino a $ 200. Ugg outlet Riceverete le caratteristiche, versatilità, questi vantaggi regolarmente pecore e struzzi, non di pelle marchio Chanel. Questo è importante, non tutti firmati a buon mercato borse chanel e spendere più di 1.000 dollari USA. Esempi del progettista attuale borse Chanel basso un gran numero. Ugg Saldi Dammi il miglior consiglio con la valvola prima di investire in "prezzo originale, sostenendo che molto più ragionevole. Borsa Chanel buona copia, infatti, confrontare l'originale e la copia, il divario tra voi.