Google PlusFacebookTwitter

W oczekiwaniu na świeżą krew

By on gru 19, 2014

Po tylu miesiącach życia na jachcie nie sądziłam, że w trakcie wyprawy dojdziemy do punktu, kiedy stwierdzimy: Dość. To stało się zbyt męczące.   W Genui wszechogarniająca wilgoć wkradała się nawet do naszej świadomości. Podczas monotonnie mokrych dni podstawowe czynności były nie lada wyzwaniem. Pierwszego dnia kładliśmy się do snu w trakcie zacinającej ulewy. Jeszcze wtedy wierzyliśmy, że...

Po tylu miesiącach życia na jachcie nie sądziłam, że w trakcie wyprawy dojdziemy do punktu, kiedy stwierdzimy: Dość. To stało się zbyt męczące.

 

W Genui wszechogarniająca wilgoć wkradała się nawet do naszej świadomości. Podczas monotonnie mokrych dni podstawowe czynności były nie lada wyzwaniem. Pierwszego dnia kładliśmy się do snu w trakcie zacinającej ulewy. Jeszcze wtedy wierzyliśmy, że do rana deszcz się wypada. Budziliśmy się otoczeni szarym porankiem, a burza nadal szalała w najlepsze. Kolejnego dnia był plan na wypłynięcie i oczywiście wszystko poszło nie tak – awaria toalety, McDonalds z internetem, ale tylko dla osób posiadających włoski, francuski lub niemiecki nr telefonu (!), niedosuszone sterty prania na łódce, brunatne rzeki płynące ulicami, brak gazu i problem z zakupem butli. Trzeciego dnia nic się nie zmieniało, patrzyliśmy więc tylko bez słowa w swoje poszarzałe twarze. Nadzieja umarła. Byliśmy w Mordorze.

 

Po tym ciężkim tygodniu, kiedy w drodze z Francji do Włoch nieustające ulewy próbowały zniszczyć nasze morale, wylądowaliśmy w Fezzano.
Właśnie miała przybyć para nowych załogantów – Magda oraz Sebastian. Z Magdą przed rejsem nawiązałyśmy zabawną korespondencję, ale nigdy nie spotkałyśmy się na żywo, więc zżerała mnie ciekawość. Liczyłam też, że jak wampir energetyczny wychłepczę od obojga wiadro świeżutkiego entuzjazmu, którym na ogół emanują w pierwszych dniach urlopu wszyscy dorośli ludzie pozbawieni prawdziwych wakacji. Moje nosferatyczne plany miałam wprowadzić w czyn przy sobocie.

 

Dotarli do nas wieczorem – roześmiani, energiczni, spragnieni żeglarskich wrażeń. Z nieba ciągle siąpiło, ale bez zbędnego marudzenia wyszliśmy razem spróbować lokalnych owoców morza, zapoznać się z mieścinką, a także ze sobą nawzajem.
Wybraliśmy malutką, niezbyt wystawną knajpkę z trzema stolikami na krzyż i buńczuczną, ogrągłolicą kelnerką. Przy naszych nieudolnych próbach dociekania co kryje włoskie menu, paniusia wybuchała dzikim, chrapliwym śmiechem. Cwaniara z charyzmą młodej Violetty Villas natychmiast z dumą oświadczyła, że nie zna ani słowa po angielsku. Jej oczy płonące złośliwą radością rzuciły nam wyzwanie. Z przyjemnością czekała na reakcję bezbronnych, lingwistycznie upośledzonych turystów. Bo tak właśnie się poczuliśmy. Jesteśmy we Włoszech i nie znamy włoskiego – jak jacyś głupole. Pewność siebie kelnerki nas paraliżowała, a ona po prostu rozsmakowywała się w narastającej konfuzji.
Nie wiadomo jakby to się dla nas skończyło, jednak goście przy sąsiednim stoliku w końcu przerwali niezręczną ciszę. Nie wytrzymali napięcia i litościwie włączyli się do włosko-angielskiej tragedii. Wtedy wszyscy zaczęli dyskutować ze wszystkimi energicznie gestykulując, opisując lokalnie odławiane specjały, chichocząc i wskazując na wcześniej wydane potrawy.
Po burzliwej przygodzie z rozszyfrowywaniem menu i ogólnej integracji, szczęśliwie złożyliśmy zamówienie. Skromne wnętrze wypełniły kuszące zapachy oraz uspokojone już rozmowy włosko-włoskie i polsko-polskie.

 

Nagle kelnerka krokiem gwiazdy burleski podeszła do stolika stawiając przed nami ogromny półmisek muli. Porcja była więcej niż chojna. Ktoś głośno westchnął z podziwem i okazało się, że to jedno z nas, bo ciemnoskóra Violetta odrzuciła głowę do tyłu zaśmiewając się demonicznie z wrażenia, jakie na nas zrobiła swoim kolejnym występem.
Muszle przyrządzono w najprostszy możliwy sposób. Co prawda nikt nie silił się na ich czyszczenie, ale smakowały jakby przeniesiono je do kuchni prosto z morza. Nie dość, że były niesamowicie świeże, to jeszcze ugotowane z prawdziwym znawstwem.

 

Porządnie najedzeni za uczciwą cenę, postanowiliśmy skoczyć do lokalu obok, który specjalizował się wyłącznie w napitkach. I tak sympatyczne konwersacje o podróżach, jedzeniu i innych wspólnych pasjach znalazły kontynuację przy złotym trunku.
Akurat podziwialiśmy ściany pubu pokryte napisami nabazgranymi przez setki minionych imprezowiczów, kiedy przyczłapał do nas kundel. Psiak należący do wszystkich i do nikogo uparcie próbował naciągać nas na głaskanie. Męczeńską postawę futrzaka podkreślała przezroczysta instalacja izolująca łeb od prób samogryzienia. W pięć minut zdążył wkupić się w nasze łaski. W tejże chwili pojawił się wytatuowany drab – właściciel kundelka, który spieszył, aby nam wyjaśnić, że nie, nie podrywa nas, a pies kołnierz nosi nie dla hecy, tylko z polecenia weterynarza. Wtedy pieszczoch znudził się podchodami i korzystając z zamieszania wskoczył Kubie prosto na kolana. Ostatecznie jednak odmówiono mu pozostania na miejscu dla ludzi. Rzucił więc na odchodnym obrażone spojrzenie i odczłapał powoli za swoim Panem. Absolutnie oryginalny duet.
Po powrocie na jacht jakoś nikt nie miał problemów z zaśnięciem.

 

Rano okazało się, że w związku z niedzielą nie da się nigdzie w okolicy nabyć pieczywa. Kilkukilometrowa wycieczka po górzystym terenie do otwartego sklepu w La Spezii opóźniłaby nasze wypłynięcie, a chcieliśmy jak najszybciej przejąć ostatnią załogantkę z okolic Lukki. Zajrzeliśmy więc do jedynego czynnego przybytku – cukierni. Wokół słodko pachnącego wejścia gromadzili się miejscowi plotkując leniwie przy kawie i ciastkach w ramach cotygodniowego rytuału. Przekomarzanki z obsługą stanowiły równie istotną część wizyty, co sama konsumpcja. Wyciągając twarze do słońca, opanowując niesforne dzieciaki, popatrywali ciekawie na przybyszów. My też ustawialiśmy się w kolejce po zbawienną dawkę kofeiny z cukrem. I tu niespodzianka. Pojawili się nowi znajomi – wybawiciele ze stolika obok, którzy pomogli nam wczoraj wieczorem. Przywitaliśmy się grzecznie, żeby przycupnąć na 5 minut wśród sympatycznych lokalsów nad własną, pachnącą latte.
Tutejsze nieszablonowe osobowości, dzięki tolerancji i wrodzonej (nabytej?) ciekawości, tworzyły wspólnotę, w której każdy czuł się dobrze. Zwłaszcza jeśli był nieszkodliwym dziwakiem czy knajpianą primadonną. Niepozorne, cudowne miejsce, w którym wiedzą czym jest dobra kuchnia.

 

W końcu jednak z niemałym żalem pożegnaliśmy się z pozostałymi pożeraczami łakoci z Fezzano, wskoczyliśmy na jacht i wyruszyliśmy w dalszą drogę.

Pizza z ziemniakami

By on gru 19, 2014

Jedwab, marmur i oliwa

By on gru 19, 2014

Bujając się na słabym wietrze trochę na silniku, a trochę na żaglach udało się dotrzeć do Viareggio o względnie przyzwoitej porze. W marinie czekała już na nas drobna, zgrabna figurka dziewczyny z blond czupryną i wielkim plecakiem. Trzecią załogantką była Kamila – moja kumpela z liceum. Po studiach zamieszkała w Irlandii i w ciągu nastu lat, jakie minęły od matury udało nam się zobaczyć tylko...

Bujając się na słabym wietrze trochę na silniku, a trochę na żaglach udało się dotrzeć do Viareggio o względnie przyzwoitej porze. W marinie czekała już na nas drobna, zgrabna figurka dziewczyny z blond czupryną i wielkim plecakiem. Trzecią załogantką była Kamila – moja kumpela z liceum. Po studiach zamieszkała w Irlandii i w ciągu nastu lat, jakie minęły od matury udało nam się zobaczyć tylko kilka razy. Wreszcie mogłyśmy nadrobić zaległości i godzinami pławić się w słodkich ploteczkach – obgadując po kolei wszystkich kolegów z klasy…

 

Następnego dnia Mateusz niestety musiał zostać na jachcie, ale reszta ekipy wybrała się na wycieczkę do Lukki. Słyszeliśmy, że warto tam podjechać pociągiem. Oba miasteczka dzieliła zaledwie niecała godzina drogi.
Podobno Lukka kiedyś rywalizowała z Pizą o wpływy gospodarcze w Toskanii. Choć jest mniejsza i nie tak popularna jak Florencja, też potrafi zauroczyć renesansową architekturą oraz absolutnie nadzwyczajnym, kameralnym klimatem. Zaraz po przekroczeniu magicznej granicy murów miejskich, znaleźliśmy się w krainie subtelnych przysmaków, słońca, spokoju i harmonijnej symbiozy lokalsów z przyjezdnymi. Nic tam nie dzieje się szybko, co prawda turysta pojawia się za każdym rogiem, ale nie ma tłumów.
Wśród gmatwaniny uliczek na starówce spotkamy uśmiechających się do obiektywu tubylców. Załatwiając codzienne sprawy najchętniej przemieszczają się po miasteczku rowerami. Butiki ze skórzanymi torebkami, salony znanych marek odzieżowych, eleganckie kwiaciarnie sąsiadują z sympatycznymi kawiarenkami i nie ma w tym nic dziwnego. Trudno przejść obojętnie obok wspaniale wyposażonych sklepików z tutejszymi specjałami – miodem, octem winnym i wreszcie oliwą. Ta ostatnia słynie z delikatnego smaku. Często jest sprzedawana w butelkach opakowanych pazłotkiem, który chroni cenny płyn przed słońcem.

 

Do katedry wybrałam się sama. I nie żałowałam. Najwyraźniej instynkt historyka sztuki nie da się zdusić nawet obietnicą wina i toskańskich przekąsek. Kiedy ja byłam zajęta zwiedzaniem, reszta załogi w ogródku pobliskiej restauracji urządziła sobie zwiad kulinarny – czyli małą degustację wina i lokalnie produkowanej oliwy w kilku gatunkach. Szybko udało mi się ich dogonić. Kiedy całą drużyną mijaliśmy imponującą bryłę pięknego kościoła San Michele in Foro – budynek w pełnym słońcu oślepiał bielą marmuru. Naładowani pozytywną energią, jak zwykle rozpoczęliśmy polowanie na najlepsze lody w mieście. Magda słyszała od znajomego, że znajdziemy je w lodziarni z huśtawką przy wejściu. Nie wiem jak ta przeklęta huśtawka miała wyglądać, ale minęliśmy 5 różnych lodziarni, a jej nigdzie nie było. Wreszcie skierowaliśmy się w stronę Piazza dell Amfiteatro, nieoczekiwanie okrągłego placyku otoczonego pierścieniem zaoblonych kamienic. Tam po wielu rozterkach wybraliśmy lodziarnię. Bez mitycznej huśtawki. Mimo to serwowano w niej jedwabiście czekoladowe lody domowej roboty. Pycha. I to pewnie wcale nie przypadek! Dawniej na tym wyjątkowym, owalnym placu kwitł handel jedwabiem. Nawet teraz w sąsiedztwie natknęliśmy się na przędzalnie czy może sklep z tkaninami.
Chwilę później depcząc po własnych śladach wyszliśmy na dom, w którym przyszedł na świat Puccini. W takiej sytuacji najlepiej pokiwać głową robiąc mądrą minę i ruszyć dalej z udawanym ociąganiem memląc pod nosem – „No no no, tu się urodził sam wielki Puccini. A to ciekawostka.” Gdzieś indziej wpadł mi w oko plakat z informacją o koncercie Marianne Faithfull. Trochę wstyd się przyznać, ale wywołał znacznie większą ekscytację niż miejsce narodzin kompozytora Cyganerii, Turandota i Madame Butterfly. *

 

Solidna porcja wrażeń podwoiła popołudniowy napad głodu, który zbiegł się z załamaniem pogody. Uciekając przed ulewą byliśmy zmuszeni do podjęcia szybkiej i ostatecznej decyzji w wyborze obiadodajni. Padło na śmieszną knajpkę z solidnym piecem do pizzy oraz wszelkiej maści foccacciów. Na bocznych ścianach z czerwonej cegły właściciel powiesił dwa lustra. Siedziało się więc na stołkach barowych gapiąc na własne, przeżuwające oblicze w dużym zwierciadle. Byliśmy trochę zmieszani a trochę rozbawieni.

 

Nie wiem czy w ogóle wpada naśladować legendy fotografii. Pewnie taka imitacja nigdy nie wychodzi dość dobrze. Na swoje usprawiedliwienie powiem, że do niedawna robiłam to nieświadomie. Otóż prawie tak samo jak Vivian Meier lubię fotografować swoje odbicie w szybach, kałużach, windach, lustrach drogowych. Nie byłabym więc sobą, gdybym tej niecodziennej scenografii nie wykorzystała do sesji. Sesji uwzględniającej też dyskretny autoportret…
Nadszedł czas, aby opuścić przytulne schronienie. Mokrość lejąca się z nieba dla najedzonej, wesołej ekipy okazała się tylko kolejnym pretekstem do wygłupów. Ludność Lukki mogła więc podziwiać Sebastianowe pląsy w kałużach rodem z deszczowej piosenki. Obok skakała groteskowo zgarbiona, zakapturzona postać z aparatem. Najwyraźniej zachęcała brawurowego artystę do coraz to odważniejszych figur. A ten wspinał się na szczyty tanecznej finezji. Wirował w powietrzu, falował, chlapał – po prostu zachwycał.

 

Zauroczeni miastem wróciliśmy o zmroku do Viareggio. Chcieliśmy się spokojnie wyspać. Przed nami był port Cala de Medici, a potem mały skok na Elbę.

Deszczowa piosenka

By on gru 19, 2014

Napoleon vel. Szalony Kapelusznik

By on gru 19, 2014

Pogoda zaczęła się zmieniać. Mogliśmy nareszcie wygrzać się w promieniach słońca, za to wiatr oklapł i tylko na niecałe dwie godziny było sens postawić żagle. Dobiliśmy do Portoferraio o zachodzie słońca. Jest to największe miasteczko na Elbie. Pierwszy raz odwiedzaliśmy tą wyspę i choćby ze względu na historię związaną z Napoleonem bardzo nas ciekawiło jej prawdziwe oblicze. Wszędzie oczywiście...

Pogoda zaczęła się zmieniać. Mogliśmy nareszcie wygrzać się w promieniach słońca, za to wiatr oklapł i tylko na niecałe dwie godziny było sens postawić żagle. Dobiliśmy do Portoferraio o zachodzie słońca. Jest to największe miasteczko na Elbie. Pierwszy raz odwiedzaliśmy tą wyspę i choćby ze względu na historię związaną z Napoleonem bardzo nas ciekawiło jej prawdziwe oblicze. Wszędzie oczywiście pojawiały się atrakcje nawiązujące do zesłania cesarza. My najbardziej chcieliśmy spróbować piwa Bonapartego, jednak miejscowi uświadomili nas, że niestety browar został zamknięty i plakaty reklamujące ów trunek już tylko straszą.

 

Starówka w porównaniu z Lukką wypadała dość skromnie, ale wyludnione uliczki pnące się stromo w górę w świetle księżyca kusiły tajemniczymi przejściami. Przekraczając te bajeczne portale stworzone przez oplatające wszystko wokół powoje czuliśmy dreszcz podniecenia niczym Alicja przed skokiem do króliczej nory. Kiedy tylko o tym pomyślałam, zauważyłam, że coś się poruszyło na wysokości moich oczu. Na popękanym murku w pozycji sfinksa leżał naburmuszony, mocno kosmaty i lekko wyleniały kot.** Chciałam nawet odruchowo powiedzieć – „O jaki słodki miśkov…”, ale łypnął raczej niechętnie żółtymi oczami opuszczając złowrogo obgryzione ucho. Wolałam więc nie drażnić chimerycznego pocharatka swoją bezwarunkową miłością wobec wszelkiego zwierza. Następnym sensacyjnym odkryciem był skuter piaggio ozdobiony oldscholowymi komiksami za pomocą techniki o nieskromnej nazwie – decoupage. Ktoś zaparkował pojazd u szczytu stromych schodów. Schodziliśmy w dół i robiło się coraz bardziej psychodelicznie.

 

Najdziwniejszy był jednak talerz. Postanowiliśmy zakończyć nasze wędrówki nocne późną kolacją. Nie, nie była to herbatka u kapelusznika. Ktoś zamówił owoce morza, ktoś inny tiramisu, a my z Kamilą wspólną pizzę z bakłażanem. No i właśnie talerz, na którym nam ją podano zdobił ciekawy obrazek. Wyglądał zupełnie tak jakby wyszedł spod ręki niedoścignionego Simona Bisleya (!). Zresztą właściciel lokalu też przypominał postacie z komiksów o Lobo. Był to człowiek z obwisłą, szarą i absolutnie niegodną zaufania twarzą, dla której dodatkową oprawą wzmagającą efekt „nie jedz tu – uciekaj”, stanowiły cień pod okiem i plaster na skroni.
Zjedliśmy, zapłaciliśmy i uciekliśmy.

 

Następnego ranka przyszło nam opuścić wyspę. Byliśmy lekko zaintrygowani trudnymi do opisania, niejasnymi odczuciami wobec wieczornego zwiedzania. Zatopieni w myślach podziwialiśmy zachwycającą panoramę Elby. Zabudowania wraz z okazałym portem, fortami i cytadelą otaczał niekończący się błękit. Miasto właśnie budziło się do życia otrząsając leniwie z porannej mgły.

Vespa „Diabolik”

By on gru 19, 2014

Kolejka do steru

By on gru 19, 2014

W drodze do następnego portu w okolicach godziny 14:00 wreszcie zaczęło wiać. Załoganci przebierali nóżkami, żeby chociaż na trochę dorwać się do steru.   Zafalowanie na morzu w połączeniu z pichceniem pod pokładem to w najlepszym razie przepis na brak apetytu. Wachta kuchenna przypadła w udziale Sebastianowi i Magdzie. Oboje dzielnie udzielali się w trudnym procesie gotowania na falach,...

W drodze do następnego portu w okolicach godziny 14:00 wreszcie zaczęło wiać. Załoganci przebierali nóżkami, żeby chociaż na trochę dorwać się do steru.

 

Zafalowanie na morzu w połączeniu z pichceniem pod pokładem to w najlepszym razie przepis na brak apetytu. Wachta kuchenna przypadła w udziale Sebastianowi i Magdzie. Oboje dzielnie udzielali się w trudnym procesie gotowania na falach, ale trzeba przyznać – mózgiem operacji była zdecydowanie Magda. To jej udało się połączyć wszystkie aromaty w idealną całość. Tak oto powstał wybitny makaron z kurczakiem na białym winie w sosie z czerwonego pesto i śmietany, w którym rozkwitały zielone różyczki brokuła. Obiad został okupiony wielkim poświęceniem.*** Ofiara jednak nie poszła na marne. Obok langustynek z tymiankiem Mateusza i risotto Marka, był jednym ze smaczniejszych dań podanych na Delphii w trakcie żeglowania.

 

Ledwo nasyciliśmy się obiadem, wiatrem, krwistym zachodem słońca wśród rudych skał wybrzeża i na horyzoncie pojawił się malowniczo położony port. Nie wiedzieć kiedy zrobiło się ciemno. Dobijając do mariny wszystko szło tak dobrze, że aż coś musiało się zepsuć. Nasz kapitan spisywał się bez zarzutu – był opanowany i wydawał jasne polecenia załodze. Załoganci też nie zawiedli. Pojawił się za to histeryczny typ na pomoście. Niby chciał nam pomóc, ale jednak przede wszystkim oświadczył, że wolny mooring należy do niego. Jacht faceta stał jak byk ewidentnie przycumowany do innej liny, byliśmy o tym przekonani, ale gość należał do wyjątkowo upartych. Zabierał nam mooring, a wiatr spychał Delphię w stronę innych łódek. Jakoś wyhamowaliśmy na cudzej burcie bez żadnych uszkodzeń. Tylko że skosiło polską banderę. Znowu.
Sytuację uratował Sebastian, który nie spuszczał z oczu unoszącej się na ciemnej wodzie biało-czerwonej flagi. Delikatnie wszedł na pokład włoskiego jachtu i z niesamowitą precyzją w ciągu dwóch sekund wyłowił zgubę bosakiem.
To mi dało do myślenia, żeby nigdy nie grać ze skubańcem w bierki… ****

 

* dzięki ci wszechmocny internecie za tą cenną wiedzę!
** zapewne sierściuch z Cheshire.
*** Magda odgrzała swoją porcję dopiero gdy przybiliśmy do brzegu
**** Wspólny rejs z Kamilą, Sebastianem i Magdą zakończyliśmy w następnej miejscowości – Civitavecchia. Zainteresowanych relacją z naszego pobytu w Porto Ercole odsyłam na profil RTB na twarzoksięgu.

 

map_w21

W drodze do Porto Ercole

By on gru 19, 2014

comments powered by Disqus
Partnerzy projektu: sennheisergdy_logo sailservice_logo_partnerswind_logo_partnerscodezero_logo_partnersnord_boat_small    

Patroni medialni:


Zagle_logo_rtb      Podroze_logo_rtb            RG logo
Di solito, i piedi diventano freddi e una sensazione di bagnato può essere sentito. Ma, questo paio di stivaletti è stato progettato Ugg scontati prudenti le decisioni di sottoscrizione cura, in modo da ottenere tutta l'intimità e la secchezza si dovrebbe. Gli stivali vi aiuterà anche a stoppino via l'umidità permettendo quindi quantità aria libera. Questo non significa che replica borsetta molto a buon mercato. Invece, erano Chanel borsa budget mila. Tuttavia, come il prezzo medio che sono di una borsa Chanel fino a $ 200. Ugg outlet Riceverete le caratteristiche, versatilità, questi vantaggi regolarmente pecore e struzzi, non di pelle marchio Chanel. Questo è importante, non tutti firmati a buon mercato borse chanel e spendere più di 1.000 dollari USA. Esempi del progettista attuale borse Chanel basso un gran numero. Ugg Saldi Dammi il miglior consiglio con la valvola prima di investire in "prezzo originale, sostenendo che molto più ragionevole. Borsa Chanel buona copia, infatti, confrontare l'originale e la copia, il divario tra voi.