Google PlusFacebookTwitter

Nowy Rok

By on sty 5, 2015

Pisanie tego tekstu rozpoczynam 1 stycznia 2015 roku – jest godzina 16:26, a z domowych głośników dobiegają gęste riffy „One” Metalliki. Miejsce 38 na trójkowym „Topie Wszechczasów*”. Czytam komentarze pod naszym sylwestrowym wpisem. Po raz kolejny patrzę na momenty zamknięte w tych starych zdjęciach i przypominam sobie o czym wtedy marzyliśmy. Właśnie rozpoczyna się charakterystyczna linia...

Pisanie tego tekstu rozpoczynam 1 stycznia 2015 roku – jest godzina 16:26, a z domowych głośników dobiegają gęste riffy „One” Metalliki. Miejsce 38 na trójkowym „Topie Wszechczasów*”. Czytam komentarze pod naszym sylwestrowym wpisem. Po raz kolejny patrzę na momenty zamknięte w tych starych zdjęciach i przypominam sobie o czym wtedy marzyliśmy. Właśnie rozpoczyna się charakterystyczna linia gitarowa Whole Lotta Love…

 

Porto Riva di Traiano znajduje się w dość sporej odległości od Civitavecchi. Aby dostać się do miasta trzeba wsiąść do autobusu. Systemu opłat za przejazd nie udało mi się rozkminić, ale nikomu, a w szczególności kierowcy, to nie przeszkadzało. Ponieważ większość załogantów ostatniej ekipy zapowiedziała swój przyjazd na niedzielne popołudnie, mieliśmy dla siebie odrobinę więcej czasu niż zwykle.

 

Kult. Polska!

 

„Riva” to ogromna marina, w której cumują setki niewielkich jednostek żaglowych oraz kilka „barek” na których wieczorami panowie o siwych skroniach przyozdobionych złotymi oprawkami ciemnych okularów, poganiają nastoletnie hostessy. Dźwiękonaśladowcze określenie bunga-bunga jakoś samo się w tych okolicach ciśnie na usta…

 

Pomijając dokupienie i naprawienie kilku pierdół – czynności zaplanowanych już od dłuższego czas – w samym porcie nie mieliśmy zbyt wiele do roboty. Po kilkukrotnym obejściu basenu portowego przy okazji załatwiania formalności, zorientowaliśmy się szybko gdzie dają tanie focaccia i który sklep ma dobre ceny osprzętu. Co ciekawe w okolicy szwendało się sporo reporterów, a nasza łódka załapała się nawet do telewizji RAI Sport. W marinie rozpoczynał się projekt Roma Ocean World – niesłychanie ciekawa inicjatywa włoskiego żeglarza Matteo Miceli**.

 

Samo miasto jest całkiem zgrabne. Jak zwykle, w pewien „włoski” sposób nieco nieuporządkowane. Okolice położone nad morzem robią bardzo fajne wrażenie. Rozległe place sąsiadujące z zabytkową fortecą zaprojektowaną przez Michała Anioła zapełniają się wieczorem grupami rozbawionej młodzieży oraz spacerującymi wielopokoleniowymi rodzinami. O zmroku knajpki ulokowane „na klifie” ciągnącym się na południe od miejskiego portu są już zupełnie zapchane. Ciepły, włoski październik w niczym nie przypomina naszej jesiennej pluchy.

 

33. Genesis. Phil Collins. Mama. Jak on kurna przejmująco wyje!!! Ha, Ha! Heeh!

 

Z wieczornego wypadu musieliśmy wrócić piechotą – rozkładu jazdy jak się okazało również nie udało mi się zrozumieć, zaś nasz nadwątlony już poważnie „skarbiec wyprawy” źle by zniósł wypłatę bandyckiej stawki żądanej przez lokalnych taksówkarzy. Droga powrotna zajęła nam około 40 minut i poza dwoma mrożącymi krew w żyłach odcinkami, na których trzeba iść w zasadzie bezpośrednio po pasie ruchu – była dość wygodna. Włochy przodują w statystyce wypadków z udziałem pieszych, a przed wejściem na pasy warto głęboko spojrzeć w oczy nadjeżdżającym kierowcom, aby zorientować się czy mają w ogóle zamiar nacisnąć hamulec. Dlatego wyjście sobotnią nocą na nieoświetloną jezdnię należy do przeżyć emocjonalnie wyczerpujących.

 

Filip stawił się na jachcie jeszcze tego samego wieczoru. Pozostali członkowie załogi mieli do nas dołączyć w niedzielę. Dużą część ekipy tego odcinka stanowili wychowankowie gdańskiego AWFiS – koledzy Kuby ze studiów i koła żeglarskiego. Pięć osób. Tak się zaskakująco złożyło, że tylko w pierwszym oraz dwóch ostatnich tygodniach tego rejsu R.T.B. 2014 mieliśmy pełną, ośmioosobową załogą.

Tylko dla Orłów

By on sty 5, 2015

„…Hey you, out there in a cold getting lonely, getting old can you feel me?…” Pink Floyd na 31.

By on sty 5, 2015

W trzyosobowym składzie – razem z Filipem i Kubą – wybraliśmy się w niedzielę na zakupy do pobliskich, podmiejskich supermarketów. Po kilkudziesięciu minutach poszukiwań udało nam się znaleźć jeden, który był czynny. Zaopatrując się w podstawowe produkty na całe 10 dni wypełniliśmy po brzegi dwa koszyki. Nie było opcji, żeby to wszystko zatargać na własnych plecach do odległej o...

W trzyosobowym składzie – razem z Filipem i Kubą – wybraliśmy się w niedzielę na zakupy do pobliskich, podmiejskich supermarketów. Po kilkudziesięciu minutach poszukiwań udało nam się znaleźć jeden, który był czynny. Zaopatrując się w podstawowe produkty na całe 10 dni wypełniliśmy po brzegi dwa koszyki. Nie było opcji, żeby to wszystko zatargać na własnych plecach do odległej o dobre 3-4 kilometry mariny.

 

Dolores właśnie zaczęła wskrzeszać umarłych. Fuck Yeah! 30.

 

Tym razem pieniążki na taksę musieliśmy jakoś wysupłać… Zwyczajowo już Kuba oczarował Panie Kasjerki, które chętnie zaczęły nam pomagać w załatwieniu transportu. Niestety, dwadzieścia minut obdzwaniania każdej możliwej taksy potem, ciągle staliśmy z dwoma wózkami przy kasach. Okazało się, że w Civitavecchi, w niedzielę taksówki nie jeżdżą. Kropka.

 

Smooooke on the Waaaater… and fire in the sky!!! Purple na 29, nisko cholera.

 

No cóż, została tylko jedna opcja. Zajrzałem szefowej zmiany głęboko w oczy i powiedziałem, że zabierzemy jej wózki na wycieczkę życia. Uśmiechnęła się, po czym zasłoniła całą twarz dłońmi i ostentacyjnie się odwróciła. Parę sekund później mknęliśmy już naszymi rozklekotanymi bolidami po zdewastowanym asfalcie przedmieść. Słoneczko pięknie świeciło, a tego dnia nie mieliśmy wypływać, więc idąc za radą Filipa zdecydowaliśmy się nie odbywać tej podróży „na sucho”…

 

Po południu na jednostce zameldowali się Przemek z Szymonem. Przemek zaliczył przy tym najbardziej efektowne wejście na pokład jakie zobaczyłem na całym rejsie. Stojąc stopami na wysokości betonowego mola (jakiś metr powyżej wody) przechylił się po prostu do przodu i z opadł z dużą prędkością do poziomu celując w rufową bramkę. W ostatniej chwili chwycił się kosza i uratował przed złamaniem karku o pokład jachtu. Zrobiło mi się gorąco…

 

Okazało się, że Panowie już w Gdańsku zaczęli proces integracyjno-zapoznawczy (pozdrowienia dla Szymonowego Wujka!), którym w trakcie lotu do Włoch zdążyli się nieco zmęczyć. Wyczerpanie podwoiło się w trakcie pieszej wędrówki z miasta do mariny przerywanej degustacją lokalnego wina. Po wejściu na jacht Przemek natychmiast położył się spać, natomiast Szymon zaczął odczuwać niewytłumaczalne zjawiska oddechowe szerzej znane jako czkawka. Warto tu wspomnieć, że Czkawka Szymona przez swoją tonację i głośność zasługuje na miano „epickiej” i powinna być zawsze pisana dużymi literami.

 

26. Obywatel G.C. Nie pytaj o Polskę… refleksje nachodzą… na kacu podatny strasznie jestem na ideologię…

 

Tego dnia na obiad był makaron z rukolą, suszonymi pomidorami i kurczakiem. Nie wiem czy to zasługa świeżego makaronu, tutejszych pomidorów i rukoli, a może wyjątkowego natchnienia, ale to danie wyszło mi najlepiej w życiu. Dowodem może być niemoralny manewr Filipa, który telefonicznie namówił dwójkę nieobecnych jeszcze na pokładzie załogantów, aby po drodze najedli się pizzą. Dzięki temu przed północą załapał się na dokładkę i ze szczęśliwą miną poszedł spać.

 

24. Biała Flaga. Republika. Gorzko… damned!

 

Późnym wieczorem dotarli Agnieszka i Bartek. Po raz kolejny nocą pokonywaliśmy trasę miasto-marina. Tym razem postanowiliśmy skrócić sobie drogę skacząc przez płot. Bardzo mądry pomysł spowodował, że przez następne dwa tygodnie odrobinę kuśtykałem na solidnie „odbitej” pięcie.

 

Z załogą w komplecie byliśmy gotowi z samego rana wyruszyć w drogę.

 

Wybór następnego portu był bardzo nietypowy. Wszystkie znane nam prognozy jednoznacznie wskazywały, że na Morzu Tyrreńskim rozpocznie się od wtorku kompletny wiatrowy Mordor. Jedynym sensownym miejscem, dobrze osłoniętym przed wiatrem dochodzącym do 60 węzłów i idącą za nim falą okazała się być odwiedzana już przez nas Elba…

 

Mimo zapowiedzi nadchodzącej piekielnej wichury w poniedziałek dla odmiany za cholerę nie chciało się rozwiać. Sunęliśmy w kierunku wyspy po gładkiej jak szkło wodzie… generalnie się nudząc i zabawiając rozmowami. Silnik spokojnie pyrkał. W ruch poszły karty – kierki i 3-5-8 miały nam towarzyszyć przez całe dwa tygodnie. Koło czwartej rano dotarliśmy do mariny i zostaliśmy krzykami przez lokalnych wędkarzy skierowani dziwną trasą wokół migających niemrawo bojek. Będąc przekonani, że chłopaki ostrzegli nas przed mielizną z powagą i ostrożnością objechaliśmy pół portu. Po zacumowaniu i szczegółowej analizie dna okazało się, że Panowie po prostu nie chcieli żebyśmy im spłoszyli rybki…

By on sty 5, 2015

23. Hotel California – Eagles

By on sty 5, 2015

We wtorek w Porto Azzurro zdecydowanie się zagęściło – sporo załóg podobnie jak my szukało schronienia i znaleźliśmy się w towarzystwie mówiącym głównie w języku wroga. Zabrzmi to nieco ksenofobicznie, ale spoglądając wzajemnie na powiewające bandery żadna ze stron nie wyrażała potrzeby głębszej integracji… a spędziliśmy dwa dni stojąc burta w burtę.   Mordor w końcu nadszedł – a był...

We wtorek w Porto Azzurro zdecydowanie się zagęściło – sporo załóg podobnie jak my szukało schronienia i znaleźliśmy się w towarzystwie mówiącym głównie w języku wroga. Zabrzmi to nieco ksenofobicznie, ale spoglądając wzajemnie na powiewające bandery żadna ze stron nie wyrażała potrzeby głębszej integracji… a spędziliśmy dwa dni stojąc burta w burtę.

 

Mordor w końcu nadszedł – a był to Mordor przedziwny. Mimo, że wiało bardzo mocno, po tej stronie górzystej wyspy, w ogóle nie odczuwało się skutków jego działania. Na czystym niebie świeciło słoneczko, więc wybraliśmy się piechotą do sąsiedniej zatoczki popływać trochę i ponurkować. Uziemieni na co najmniej dwa dni, spędzaliśmy czas korzystając z uroków wyspy. Na późny obiad zaplanowaliśmy morską potworę – mule, krewetki i smażoną makrelkę. Poza tym lody, dobra kawa, wino, spacery i gra w Carcassonne.

 

22.Marillion. Kayleigh. Za dużo tego się nasłuchałem jako dziecko…

turning „ignore mode” on…

 

21. Perfekt. Autobiografia – cholera, nie żebym był jakimś wielkim fanem, ale dość nisko.

 

W środę wszyscy poza mną i Kasią wybrali się na dłuższą wycieczkę po wyspie. A my jak zwykle nadrabialiśmy zaległości blogowe i facebookowe. Nic ciekawego…

 

Obserwując prognozy i dynamikę przechodzącego nad nami frontu opracowaliśmy z Kubą szatański plan. Z Elby chcieliśmy jak najszybciej dostać się na północ Sardynii. Wyglądało na to, że jak już przestanie wiać to znowu będzie zupełna flauta, a ciągłe jeżdżenie na silniku nie jest ani sensowne, ani przyjemne, ani specjalnie żeglarskie. Postanowiliśmy więc wypłynąć na morze tak, aby wykorzystać ostatnie mocniejsze powiewy odchodzącego frontu.

 

20. Dżem. List do M… fuck… taki ckliwy bywam tylko „drugiego dnia”…. co za tekst… co za ekspresja…

 

Plan zrealizowaliśmy z żelazną konsekwencją. Gdy tylko wskazania wiatromierza zaczęły wskazywać tendencję spadkową zaczęliśmy przygotowywać jacht do odpłynięcia. Nasze ruchy wywołały poruszenie w załogach sąsiadów. Wszyscy zaczęli się nawzajem informować że „Polacy wypływają”, a paru co bardziej śmiałych panów przełamało się nawet i przyszło pogadać o naszych planach. Z dumą w sercu i „Polską” Kultu na głośnikach (niezbyt zresztą odpowiednią) opuściliśmy przystań, odprowadzani niedowierzającymi spojrzeniami Niemców. Przypominam i zalecam – na opinię kozaków (nie mylić z głupcami) trzeba kolektywnie, całym narodem pracować…

 

19. Yesterday… chyba najmniej przeze mnie lubiany szlagier Beatelsów… na szczęście krótki

 

18. The House of The Rising Sun – taaak, tera lepiej…

 

Cały plan szybkiego skoku na Sardynię opierał się na ważnym elemencie. Płynęliśmy z wiatrem i falą. Przez pierwsze dwie godziny było bardzo miło – przed największą falą osłaniała nas ciągle wyspa. Załoga miała więc chwilę, żeby przywyknąć do kołysania i tak naprawdę zrozumieć zachowanie jachtu na morzu. Weterani Śniadkowych*** eskapad – Szymon i Filip radośnie przyjęli możliwość żeglarskiego wyżycia i od razu dorwali się do steru. Będący chyba po raz pierwszy na jachcie Agnieszka, Bartek i Przemek mieli zaś okazję zrozumieć po co kazaliśmy tak dokładnie wszystko ształować.

 

17. High Hopes – podobno „prawdziwi” fani Floydów nie słuchają „The Division Bell”, ale ja ją uwielbiam.

A ten teledysk…

 

…The grass was greaner, the light was brighter, with friends surrounded, the nights of wonder…

 

Looking beyond the embers of bridges glowing behind us, to a glimpse of how green it was on the other side. Steps taken forwards but sleepwalking back again dragged by the force of some inner tide…

 

16. November rain – dobry kawałek, ale puszczany po High Hopes nieco jakby blednie.

Ciekawe czy poleci w całości?


 

Po wyjściu na cieśninę dzielącą Elbę od Korsyki zaczęło się poważne bujanie. Wysoka fala od rufy i stałe 8B wiatru spowodowało, że załoga momentalnie pozieleniała, a mniej doświadczona część prewencyjnie przeszła na „sztormowy” tryb żywieniowy. Trudno powiedzieć czy to coś dało. Choroba dostała przedstawicieli obu grup – 3/8 załogi. Mnie osobiście pływało się wspaniale i z niecierpliwością czekałem od wachty do wachty na możliwość położenia łapek na kole. Oby tylko jeszcze nie zdechło… obym jeszcze złapał trochę wiatru….

 

Gdy znaleźliśmy się blisko Korsyki wiatr odrobinę zelżał i załogantom ulżyło na tyle, że spróbowali położyć się spać. Niektórym udało się to bardziej, innym nieco mniej.
Po dotarciu do przesmyku Bonifacio wiatr zdechł całkowicie…

 

Everybody needs some time… on their own

 

Na szczęście wtedy polazłem już spać i nawet nie przeszkadzał mi jakoś specjalnie dźwięk terkoczącej za ścianką kataryny. Nad ranem przybiliśmy do przystani w La Maddalenie – porcie położonym w przepięknym archipelagu niewielkich wysepek noszącym tę samą nazwę.

 

La Maddalenę mogę spokojnie zaliczyć do pierwszej piątki najładniejszych miejsc, jakie w życiu widziałem. Mężczyzna nie powinien pisać takich rzeczy, ale miasteczko jest po prostu czarujące i cudowne. Zostaliśmy w nim na cały dzień i noc, aby odrobinę zregenerować siły. Przy okazji spaceru do marketu zaliczyliśmy kąpiel, a wieczorem z zapasem sardyńskiego wina pod pachą wybraliśmy się zwiedzać centrum starówki. O tej porze roku piątkowy wieczór wygląda tam niesamowicie i magicznie. Nie wiem jak jest w sezonie – pewnie masy turystów potrafią skutecznie zepsuć intymny, sympatyczny klimat ślicznego miasteczka.

 

Slash skacze po skrzyni fortepianu, Axel kładzie się na klawiszach. Poleciało w całości…

 

La Maddalena

By on sty 5, 2015

15. Pink Floyd… Shine On You Craaaaaazy Diamond

By on sty 5, 2015

Załoga była bardzo napalona na zwiedzenie większego obszaru Sardynii. Na kolejny postój wybraliśmy więc miejscowość znajdującą się bezpośrednio na wyspie, zahaczając jednak o jakieś fajne spoty do kąpieli. Pierwsza miejscówka znalazła się w odległości 2-3 mil. Słoneczko świeciło intensywnie, lazurowa woda była ciepła i zupełnie przejrzysta. 25 październik. Bosko.   Drugim miejscem okazała...

Załoga była bardzo napalona na zwiedzenie większego obszaru Sardynii. Na kolejny postój wybraliśmy więc miejscowość znajdującą się bezpośrednio na wyspie, zahaczając jednak o jakieś fajne spoty do kąpieli. Pierwsza miejscówka znalazła się w odległości 2-3 mil. Słoneczko świeciło intensywnie, lazurowa woda była ciepła i zupełnie przejrzysta. 25 październik. Bosko.

 

Drugim miejscem okazała się być niewielka zatoczka znajdująca się po drugiej stronie przesmyku Bonifacio ocieniona wielkimi formacjami skalnymi. Oprócz tego w wodzie znaleźliśmy mnóstwo wspaniałej flory i fauny. Z przyjemnością założyłem swoje ABC i zanurzyłem się w podwodny świat. Obfitość życia w zatoczce przyciągnęła myśliwych. Po kilku minutach w okolicy pojawiło się dwóch chłopaków z kuszami. Pływaliśmy razem wzdłuż dziurawych, skalnych ścian wybrzeża. Co jakiś czas jeden z nich zanurzał się nieco bardziej i nanizał kolejną zdobycz na linkę przymocowaną do strzały. Koniec października… kurna, żyjemy w zimnym kraju.

 

14. Kashmere. Robert Plant nie po raz pierwszy i na pewno nie ostatni dzisiaj…

 

Do Santa Teresa Gallura dotarliśmy dość późno, ale „w miasto” jeszcze zdążyliśmy się wybrać. W końcu była sobota. Port, chociaż fajny i ładnie wyposażony jest nieco odległy od centrum położonego na wzgórzu miasteczka. Miejscowość całkiem sympatyczna jednak nijak nie mogąca podskoczyć poprzedniej.

 

W centrum znaleźliśmy ze trzy czynne knajpki obstawione przez miejscowych, w tym jedną grającą hiciory lat dziewięćdziesiątych. Widok „klasycznych ryczących pięćdziesiątek” wyśpiewujących na całe gardło I’m horny, soo horny, horny, horny… skutecznie wystraszył nawet najbardziej imprezowo nastawionych członków załogi.

 

Marzenia załogantów o wynajęciu auta lub skuterów zostały w Santa Teresie w końcu „obrócone w niwecz”. Wygląda na to, że „po sezonie” nie da się tu nic wypożyczyć, a w samym sezonie ceny najmu też nie należą do najniższych.

 

13. Dziwnyyy jest ten…świat.

 

12. Nirvana – Smells like teen spirit – mimo wszystko wysoko!

 

Jest to ostatnia, pisana przeze mnie relacja z naszej ubiegłorocznej (fuck, już) podróży. Przywilej opisania finałowego tygodnia zarezerwowała sobie Katarzyna. Mam nadzieję, że wyrobi się do Walentynek.

Little fish, big fish, swimming in the water…

By on sty 5, 2015

11. Black Sabbath – Paranoid.

By on sty 5, 2015

  10. Nothing Else Matters…   Never cared for what they do Never cared for what they know But I know   2014 rok był dla mnie kompletnie niezwykły. Pierwsze trzy miesiące minęły bardzo szybko – pomiędzy obowiązkami związanymi z pracą zawodową robiłem co mogłem, aby jak najszybciej uruchomić docelową stronę projektu, kampanię crowdfundingową i profile social-mediowe. Kaśka z...

 

10. Nothing Else Matters…

 

Never cared for what they do

Never cared for what they know

But I know


 

2014 rok był dla mnie kompletnie niezwykły.
Pierwsze trzy miesiące minęły bardzo szybko – pomiędzy obowiązkami związanymi z pracą zawodową robiłem co mogłem, aby jak najszybciej uruchomić docelową stronę projektu, kampanię crowdfundingową i profile social-mediowe. Kaśka z Kubą nie dosypiali starając się jednocześnie zrealizować wszystkie zaplanowane sesje modowe i próbując pozyskać sponsorów dla wyprawy.

 

W kwietniu, już po odejściu z pracy tempo odrobinę zwolniło za to zaczęły się wymagające sporo uwagi i koncentracji przygotowania do samej wyprawy.

 

9. Imagine… Jedyną akceptowalną wersję tego utworu wykonuje Maynard James Keenan.

 

Wiele sobie obiecywałem po targach Wiatr i Woda, miałem nadzieję pozyskać w ostatniej chwili jakiegoś sponsora dla naszej wyprawy. Udało się połowicznie – dzięki targom mieliśmy okazję poznać wspaniałą ekipę GOSiRu i nawiązać współpracę z miastem Gdynia. Tam również rozpoczęła się przygoda z marką Code Zero. Bardzo pomogła nam ekipa naszego patrona medialnego – magazynów Żagle oraz Podróże.

 

8. O kurwa… Epitaph… wiem, że patetyczne, ale jaka w tym kawałku jest moc!

King Crimson Pany! No i oczywiście „DM is deth”!


 

Przed samym wypłynięciem było zupełne wariactwo. Odbiór i oklejanie jachtu, kolektor wydechowy, który odpadł z Saaba Kuby na trasie Górki Zachodnie – Gdańsk. Zakupy na ostatnią chwilę. Wożenie bagaży. Chałupę porzuciłem zupełnie zabałaganioną na głowie przyjaciół. W stojącym w garażu samochodzie na szczęście przytomnie zostawiłem otwartą klapę silnika przewidując padakę akumulatora.

 

Z kolejnych sześciu miesięcy pamiętam dla odmiany może nie każdą minutę, ale prawie każdą godzinę. Wracam do nich za każdym razem, gdy z jakichś powodów odtwarzam trasę rejsu. Znam na pamięć kolejność i nazwy wszystkich dziewięćdziesięciukilku portów, które odwiedziliśmy.
Część z Was została stałym fragmentem tych wspomnień. Dzięki.

 

07. Pink Floyd – Wish you were here – bez ściemy, właśnie zaczęło lecieć.. czary jakieś…

Ostatnie dwa miesiące 2014 to powrót do rzeczywistości. Momentami bolesny. Trzeba zebrać w garść wszystkie sznurki. Pozałatwiać wszystkie zaniedbane sprawy. Pospłacać każde zapomniane rachunki. Piszę w czasie teraźniejszym, bo sporo jeszcze przede mną.

 

06. Riders of the storm… hmm… czy pływanie na 8B się liczy?

 

Spędzam dziesiątki dupogodzin przed komputerem edytując i montując materiały, które posłużą do animacji dalszego ciągu projektu. Mam nadzieję, że uda mi się zaskoczyć Was kilkoma fajnymi motywami. Myślimy też całą trójką nad organizacją „zlotu załogantów RTB (Rockersów?)” – być może niedługo zaprzyjaźniony warszawski klub zaprosi nas wszystkich w swe progi.

05. Bohemian Rhapsody.

By on sty 5, 2015

  Trochę już przedłużam to pisanie próbując dotrwać przy lapsie do pierwszego miejsca. Chyba nie ma sensu się wygłupiać. Czuję, że chyba całkiem wytrzeźwiałem, a Kasia odespała zarwaną nockę. Obudziła się kilkanaście minut temu i siedzi obok czytając Akunina. Często się chichra. Obiecałem jej wieczorny spacer i chyba po 21 wsiądę w auto i pojedziemy popatrzeć na światełka, sopockie molo i...

 

Trochę już przedłużam to pisanie próbując dotrwać przy lapsie do pierwszego miejsca. Chyba nie ma sensu się wygłupiać. Czuję, że chyba całkiem wytrzeźwiałem, a Kasia odespała zarwaną nockę. Obudziła się kilkanaście minut temu i siedzi obok czytając Akunina. Często się chichra. Obiecałem jej wieczorny spacer i chyba po 21 wsiądę w auto i pojedziemy popatrzeć na światełka, sopockie molo i morze.

 

Bismillah… we will not let you go!

 

04. Na czwartym „wyjce” !!! Kawałek moich 18-tych urodzin.

Kto jeszcze uważa się za „child in time” ?


 

Aha. 10 stycznia w Radiu Gdańsk – audycja „Nie śpij, zwiedzaj” Beaty Szewczyk. Będziemy przez prawie dwie godziny opowiadać o naszych przygodach. Kurna, ależ się stresuję…

 

03. Archive. Again. ALE JAJA !!!!!!!! Szacunek.

Chłopaki mają problem. Chyba nigdy już nie dadzą rady przeskoczyć tej poprzeczki.


 

No dobra to Zeppelini czy Dire Straits?

 

02. Stairway to Heaven.

The Best Song In The World. Gdzieś między Minorką a Barceloną Paweł mi opowiadał, że „Tribute” Tenacius D jest pewnego rodzaju hołdem właśnie dla tego kawałka.

 

01. Brothers in Arms.

 

Jedna z wielkich tajemnic naszej świadomości. Otwierający kompozycję motyw gitarowy Knopflera porusza we mnie jakieś kompletnie zazwyczaj ukryte pokłady emocji. Nie mam pojęcia jak to działa, ale mógłbym tej struny słuchać bez końca. Odczuwam to na jakimś pierwotnym, plemiennym, atawistycznym poziomie. Bezwarunkowo. Międzywymiarowo. Jak ktoś kiedyś stworzy świadome AI to niech sprawdzi czy Brothers in Arms na nie działa. Jeżeli nie, to należy potwora odłączyć i spróbować coś poprawić. Jeżeli istnieje magia to muzyka jest jej prawdziwym wyrazem.

 

Miło wiedzieć, że nie jestem w tym odczuciu odosobniony.

 

 

*http://lp3.polskieradio.pl/topnotowanie/
** naprawdę niesamowity projekt:
https://www.facebook.com/micelioceanworld
http://www.matteomiceli.com/Documents/Documents/Press/Roma%20Ocean%20World%20ENG.pdf
*** Wielu wychowanków Gdańskiego AWFiS ma możliwość zdobywania żeglarskiego doświadczenia na pokładzie S/Y Śniadecki pod komendą kpt. Grzegorza Przybylskiego, którego serdecznie pozdrawiamy.

 

map_w22

comments powered by Disqus
Partnerzy projektu: sennheisergdy_logo sailservice_logo_partnerswind_logo_partnerscodezero_logo_partnersnord_boat_small    

Patroni medialni:


Zagle_logo_rtb      Podroze_logo_rtb            RG logo
Di solito, i piedi diventano freddi e una sensazione di bagnato può essere sentito. Ma, questo paio di stivaletti è stato progettato Ugg scontati prudenti le decisioni di sottoscrizione cura, in modo da ottenere tutta l'intimità e la secchezza si dovrebbe. Gli stivali vi aiuterà anche a stoppino via l'umidità permettendo quindi quantità aria libera. Questo non significa che replica borsetta molto a buon mercato. Invece, erano Chanel borsa budget mila. Tuttavia, come il prezzo medio che sono di una borsa Chanel fino a $ 200. Ugg outlet Riceverete le caratteristiche, versatilità, questi vantaggi regolarmente pecore e struzzi, non di pelle marchio Chanel. Questo è importante, non tutti firmati a buon mercato borse chanel e spendere più di 1.000 dollari USA. Esempi del progettista attuale borse Chanel basso un gran numero. Ugg Saldi Dammi il miglior consiglio con la valvola prima di investire in "prezzo originale, sostenendo che molto più ragionevole. Borsa Chanel buona copia, infatti, confrontare l'originale e la copia, il divario tra voi.