Google PlusFacebookTwitter

Nie tym razem

By on gru 6, 2014

Do Nicei wyruszyliśmy na dużym luzie. Miasto dzieli od Cannes raptem kilkanaście mil, a wielkość portu wydawała się gwarantować dostępność miejsc postojowych. No właśnie – wydawała… Po wpłynięciu do basenu wywołany przez VHF’kę kapitanat poinformował nas, że wolnych miejsc nie ma. W sezonie zimowym wszystkie keje są zajęte przez rezydentów, a dla odwiedzających pozostało 1 (dosłownie...

Do Nicei wyruszyliśmy na dużym luzie. Miasto dzieli od Cannes raptem kilkanaście mil, a wielkość portu wydawała się gwarantować dostępność miejsc postojowych. No właśnie – wydawała… Po wpłynięciu do basenu wywołany przez VHF’kę kapitanat poinformował nas, że wolnych miejsc nie ma. W sezonie zimowym wszystkie keje są zajęte przez rezydentów, a dla odwiedzających pozostało 1 (dosłownie „jedno”) stanowisko. Pechowo akurat już zajęte…

 

Nad otaczającymi Niceę wzgórzami akurat zaczęły formować się groźne, burzowe chmury. Jeszcze nie zaczęło lać, ale gęsto schodzące błyskawice i grzmoty odbijające się echem od skał zapowiadały naprawdę niemiłą nawałnicę. Szybko opłynęliśmy półwysep i próbowaliśmy poszukać schronienia w niewielkiej przystani Villefranche-sur-mer, niestety również kompletnie zawalonej. W obliczu pierwszych, gwałtownych podmuchów burzowego wiatru zdecydowaliśmy się skorzystać z najszybszej opcji i podeszliśmy do jednej z unoszących się na zatoce bojek.

 

Przy cumowaniu do tego typu „znalazków” zawsze stosujemy zasadę ograniczonego zaufania i czujnie obserwujemy czy łódka trzyma się w jakimś przyzwoitym promieniu od miejsca zaczepienia bojki. Tym razem mieliśmy konkretnego pecha – już po kilku minutach zdryfowało nas dobre 50 metrów i niebezpiecznie zbliżyliśmy się do innych jednostek. Kuba uruchomił silnik i starał się wrócić na początkowe miejsce, a ja pobiegłem na dziób i próbowałem skrócić dystans do kotwicy bojki ściągając luźną linę. Po wyjęciu jakichś 15 metrów zorientowałem się, że na drugim końcu raczej nic nie ma i cuma ściągana jest do dna tylko własnym ciężarem.

 

Burzowe powiewy robiły się coraz silniejsze i coraz poważniej rozważaliśmy opcję przeczekania wichury na otwartym morzu. Postanowiliśmy wykonać jeszcze jedno podejście do innej, cudem wypatrzonej, wolnej bojki. Całe szczęście, tym razem mocowanie było solidne i mimo wściekłych ataków wiatru Delphia stała w miejscu jak zamurowana. Czekając na poprawę pogody zrewidowaliśmy nasze plany.

 

Plan zwiedzania Nicei wziął w łeb. Wylądowaliśmy w miejscowości obok – nieco odległej od centrum. Pomysł dotarcia do miasta pontonem w bieżących warunkach pogodowych nie miał szans na realizację. Nie widząc sensu w spędzaniu nocy na bojce zdecydowaliśmy się na nocną przeprawę do Włoch.

 

Ponieważ dystans, który planowaliśmy tego dnia pokonać potocznie mierzy się za pomocą „rzutu kamieniem”, nie zadbaliśmy o zapasy na dłuższą drogę. Musieliśmy jednak zjeść coś ciepłego. Szybka rewizja bakist pozwoliła nam znaleźć jakieś dawno zapomniane „zupki chińskie” i „gorące kubki”. W barku ostał się również spory kontyngent batonów. Pokrzepieni solidną porcją glutaminianu sodu, mając w perspektywie karmelowo-fistaszkową kolację, zaraz po burzy wyruszyliśmy w drogę.
Niceę postanowiliśmy zobaczyć w drodze powrotnej*.

Villefranche

By on gru 6, 2014

Italia

By on gru 6, 2014

Tej nocy nasz jacht trzykrotnie przekroczył granicę państwowych wód terytorialnych – w odległości kilku mil od brzegu mijaliśmy rzęsiście oświetlone Monte Carlo. Wieczorne godziny minęły całkiem spokojnie. Migoczące na horyzoncie burze nie zbliżały się na szczęście zbyt mocno do naszej pozycji. Przez część trasy nawet sympatycznie powiało. Kilka minut po północy zacumowaliśmy w Sanremo.  ...

Tej nocy nasz jacht trzykrotnie przekroczył granicę państwowych wód terytorialnych – w odległości kilku mil od brzegu mijaliśmy rzęsiście oświetlone Monte Carlo. Wieczorne godziny minęły całkiem spokojnie. Migoczące na horyzoncie burze nie zbliżały się na szczęście zbyt mocno do naszej pozycji. Przez część trasy nawet sympatycznie powiało. Kilka minut po północy zacumowaliśmy w Sanremo.

 

Tak, to właśnie stolicę włoskiej muzyki festiwalowej uczyniliśmy pierwszym portem włoskiej ziemi, na którym postawiliśmy swoje stopy. Spory i zadbany port, wyposażony w luksusową bazę sanitarną dobrze nastroił do dalszej eksploracji. Ku naszemu zaskoczeniu podczas wizyty w kapitanacie Kuba spotkał polskich sterników z firmy H2O Sportywodne. Miło nam się zrobiło gdy jeden z nich rozpoznał barwy naszego projektu. Mimo napiętego harmonogramu rejsu ekipa znalazła chwilę na wizytę na pokładzie Delphii. Jak zwykle w takich wypadkach okazało się, że świat jest bardzo mały i oprócz wspólnej pasji dzielimy również te same znajomości.

 

Po „odbębnieniu” jachtowo-internetowych obowiązków wyruszyliśmy w miasto. San Remo wydawało się być bardziej chaotyczne i mniej uporządkowane od francuskich miasteczek. Przelatujące co chwila mżawki i ogólna plucha nie nastrajały do specjalnie długich spacerów, ale chwilę poszwendaliśmy się po centrum. Miłym odkryciem okazały się być poziom cen – znacznie łatwiejszy do zaakceptowania niż francuski. W SMS’ach od Agnieszki pojawiła się informacja, że w Mediolanie dają pizzę za 6 Euro, ale trudno było w nią uwierzyć. W knajpkach Marsylii czy Cannes biedna mała margherita kosztowała dziewiątaka, a za jakieś ciekawsze przybranie należało wybulić w granicach trzynastu Euro.

 

Włochy są bezsprzecznie ojczyzną placków i makaronów. Poza wspomnianą niedrogą pizzą na ulicach roi się od miejsc sprzedającą świeże wyroby garmażeryjne. Dziesiątki typów ravioli, gnocchi oraz prostszych form pasty dostępne są w bardzo przystępnych cenach.

 

Gotowe ravioli to danie, które pojawiało się na pokładzie średnio raz w tygodniu (łatwo je przechować i podgrzać i podać w trudnych warunkach). Można śmiało powiedzieć, że próbowaliśmy kilkudziesięciu odmian tego dania i staliśmy się swego rodzaju koneserami tanich pierożków. Te świeże, zakupione w niewielkich włoskich, rodzinnych sklepikach są absolutnie na innym poziomie. Ciasto było delikatne, a nadzienie miało wyrazisty smak i „domową” wysoką jakość – pycha.

 

San Remo to bardzo fajna miejscowość. Jest jednak dość mała i brakowało nam w niej możliwości załatwienia kilku ważnych spraw. Postanowiliśmy więc wybrać się w dalszą drogę do Genui – największego portu Włoch.

Port

By on gru 6, 2014

Tak się jakoś złożyło, że do kolejnego włoskiego portu wchodziliśmy w ciemnościach. Do Genui zawinęliśmy przed piątą rano cumując w marinie położonej najbliżej starego miasta. Odespaliśmy co nieco i wyruszyliśmy na poszukiwanie kapitanatu. Tradycyjnie – jak się okazało – był zlokalizowany dokładnie po drugiej stronie basenu (nasze pieskie szczęście). Tylko ten pierwszy raz zdecydowaliśmy się na...

Tak się jakoś złożyło, że do kolejnego włoskiego portu wchodziliśmy w ciemnościach. Do Genui zawinęliśmy przed piątą rano cumując w marinie położonej najbliżej starego miasta. Odespaliśmy co nieco i wyruszyliśmy na poszukiwanie kapitanatu. Tradycyjnie – jak się okazało – był zlokalizowany dokładnie po drugiej stronie basenu (nasze pieskie szczęście). Tylko ten pierwszy raz zdecydowaliśmy się na 30-minutowy spacerek. Potem zwodowaliśmy naszego Nordboata i do kapitanatu zrobiło się blisko. Marina mimo późnej październikowej pory tania nie była. Za przyjemność korzystania z prądu i bieżącej wody zażyczono sobie 40 Euro. Poza tym dostaliśmy kluczyk do ogólnodostępnych “sanitariatów”.

 

Cudzysłów w poprzednim zdaniu pojawił się nieprzypadkowo. Aby dostać się do “toalet/pryszniców” należało obejść oceanarium i wleźć na starą barkę zacumowaną w sąsiednim basenie. Od wejścia uderzył nas zaduch i smród pleśni. Pod pokładem, gdzie rozmieszczono “stanowiska” znajdowało się jego źródło. W obawie przed zarażeniem jakąś infekcją baliśmy się dotykać ścian. Większość baterii była powyrywana ze ścian. Umywalki brudne i zdewastowane. W każdym możliwym załamaniu narastały złogi pleśni, a na podłodze lśniła warstewka brudnej wody.

 

Zamykając za sobą drzwi jednego prysznica z działającą słuchawką musiałem wykazać się refleksem i szybko z powrotem chwycić za klamkę. Osadzona w dykcie futryna gotowa była odfrunąć razem z drzwiami. Po chwili ostrożnie otworzyłem je z powrotem. Zbyt optymistycznie założyłem, że w kabinie będzie działało światło…

 

Piszę tu o porcie reklamującym się sloganem “Superyacht Marina” z nowoczesną infrastrukturą brzegową, pięknymi folderami i stylowym biurze w odnowionym, zabytkowym magazynie bawełny.
Co za syf… i nikomu to nie przeszkadza…? Pewnie posiadacze stojących niedaleko nas pięknych Sunreefów korzystają tylko z własnych toalet z platynowymi deskami klozetowymi…

Miasto

By on gru 6, 2014

Przyzwyczailiśmy się już, że nadmorskie, portowe dzielnice to miejsca pełne luksusowych restauracji (na które nas nie stać) i knajpek typu bistro (na które czasem nas stać). Zazwyczaj kręcą się tam hordy turystów zajadających lody, gofry i korzystający z innego rodzaju wakacyjnych, kolorowych badziew-atrakcji. Nie w październikowej Genui.   Zarówno architektura jak i struktura społeczna...

Przyzwyczailiśmy się już, że nadmorskie, portowe dzielnice to miejsca pełne luksusowych restauracji (na które nas nie stać) i knajpek typu bistro (na które czasem nas stać). Zazwyczaj kręcą się tam hordy turystów zajadających lody, gofry i korzystający z innego rodzaju wakacyjnych, kolorowych badziew-atrakcji. Nie w październikowej Genui.

 

Zarówno architektura jak i struktura społeczna tutejszej dzielnicy doków należą do dość skomplikowanych. Część terenów jest ciągle aktywna komercyjnie i niedostępna. Spore fragmenty dawnego nadbrzeża handlowego zostały poddane rewitalizacji – znajdują się w nich modne restauracje, kina i centra konferencyjne. Jest czysto, ładnie, nowocześnie. Biznesmeni, turyści, właściciele jachtów.

 

Kamienicom położonym przy Piazza Caricamento – placu łączącym stare miasto z portem daleko jednak do podobnej świetności.

 
Parterowe arkady zajmowane są przez różnego rodzaju small-biznes: upadła pralnia, sklep rybny, kebaby, kanapki, lombard, sklepy “wszystko za 5 euro”, bary z alkoholem, internet 24h i tanie telefony do całej Afryki… itd. itp. Wszędzie pełno czarnoskórych sprzedawców wciskających w zależności od pogody parasolki, okulary słoneczne, kapelusze czy nawet chusteczki higieniczne (bo chłodno i katar). Miejsca dla small-biznesu ciągle mało, więc pieniądz zagospodarowuje również przestrzeń między kolumnami. Pomiędzy budami z wszelkiego rodzaju przekąskami migają światła bankomatów, maszyn do robienia zdjęć i “vending machines”. Gdzieś pomiędzy owocami morza na gorąco, a tanią elektroniką wcisnął się oczywiście McDonalds.

 

Arkady są ruchliwe, głośne, zatłoczone. Ma to swój specyficzny urok. Łatwo się tam niedrogo zaopatrzyć w przyzwoitą pizzę i focaccio, kupić “tanią komórkę” czy skorzystać z szybkiego łącza. Można spróbować potraw będących wielopokoleniową “specjalnością zakładu” i zadzierzgnąć znajomości z barmanami, którzy już przy drugiej wizycie ściskają serdecznie ręce i traktują jak stałego klienta. Chcąc nie chcąc przebywa się z tłumem ludzi wchodzącym w najróżniejsze interakcje, z wszystkimi zaletami i wadami tego stanu. Na portfel i komórkę trzeba zdecydowane uważać.

Spuźcizna Dożów

By on gru 6, 2014

Pod ołowianym niebem

By on gru 6, 2014

Nieszczęśliwym zrządzeniem losu przez większą część naszej wizyty nad Genuą szalały burze. W ciągu doby na metr kwadratowy spadały dziesiątki litrów deszczu doprowadzając w ciągu dwóch dni do podtopienia miasta.   Ostatnie promienia słońca widzieliśmy przed południem w środę – w dniu dotarcia na miejsce. Zdążyliśmy jeszcze w miarę na sucho przejść cię po najciekawszych zabytkach i zwiedzić...

Nieszczęśliwym zrządzeniem losu przez większą część naszej wizyty nad Genuą szalały burze. W ciągu doby na metr kwadratowy spadały dziesiątki litrów deszczu doprowadzając w ciągu dwóch dni do podtopienia miasta.

 

Ostatnie promienia słońca widzieliśmy przed południem w środę – w dniu dotarcia na miejsce. Zdążyliśmy jeszcze w miarę na sucho przejść cię po najciekawszych zabytkach i zwiedzić sporo słynnych “palazzo”. Miasto jest piękne, chociaż z powodu ciekawego ukształtowania terenu ukształtowane dość chaotycznie. Wieczorem, podczas publikowania postów przy piwku (i oczekiwania na pranie) poczęstowano nas pyszną pizzą. Ludzie mili, sympatyczni, kontaktowi.

 

I na tym koniec. Kolejnych trzydzieścikilka godzin lało…

 

Ten stan rzeczy spowodował, że nasze wyjścia z łódki ograniczyły się do załatwienia najpilniejszych spraw. Nasz całkiem przyzwoity osprzęt sztormowy nie był w stanie znieść ciągłego moczenia i po kilku godzinach przesiąkł na wylot. Mimo to, bieżące “awarie” trzeba było ogarnąć. Zakapturzeni i zakuci w mokre sztormgacie przeciskaliśmy się przez zatłoczone arkady próbując załatwić gaz w butli (yep…again) oraz spiralę do udrażniania rur (o tym potem…).

 

W deszczowe dni pod arkadami chronią się wieloetniczne grupy młodych mężczyzn nie mających najwyraźniej nic specjalnego do roboty… Szwendają się z miejsca na miejsce, wymieniając pieszczotliwe wyzwiska i humorystyczne obelgi. Jeszcze ciekawiej robi się gdy wejdziemy w wąskie, piesze pasaże uliczek znajdujących się bezpośrednio za pierwszą linią kamienic.

 

Po obu stronach mijaliśmy dziesiątki małych sklepików oferujących towary opisane w językach, których nie umiem rozpoznać. Po bruku płynęły strumienie cieczy nieokreślonej barwy – mieszanki wody, kurzu i uryny. Co parę metrów z szarugi strug wody wynurzają się potężne sylwetki czarnoskórych gentlemanów błyskające białkami oczu spod daszków czapeczek i kapturów. Powaga i czujność malująca się na ich twarzach wskazywała, że musieli mieć coś cholernie ważnego na głowie. Nasza skóra wydawała się być zdecydowanie za jasna jak na ich gust. Niby nie okazywali otwartej wrogości, ale za każdym razem byliśmy odprowadzani długimi spojrzeniami.

 

W końcu trafiliśmy do włoskiego hydraulika sprzedającego również butle gazowe. Bezczelny podstarzały “Luiggi” wskazał na wiszący na ścianie cennik i zażądał za wymianę 35 Euro. Próbowałem się targować, ale zdawałem sobie sprawę, że nie mam specjalnej alternatywy – w tych warunkach nie chciało nam się włóczyć po całym mieście, a niedługo mieliśmy wypływać. Sprzedawanie gazu za dwukrotnie większą kasę w środku biednej dzielnicy wygląda na żerowanie na najbardziej potrzebujących, którzy nie mają jak wybrać się „na obwodnicę”. Człowiek człowiekowi biznesmenem… Po spiralę musiałem zawrócić – na szczęście sklep żelazny wskazany przez uczynnego “Mario” znajdował się stosunkowo blisko Mariny.

Rzecz o jachtowych toaletach

By on gru 6, 2014

Toalety na jachcie to postrach czarterujących. Przy odbiorze łódki zawsze jesteśmy ostrzegani. Papieru (broń Boże) nie wrzucać. Jak się zapcha to “ojojoj” i “niedobrze”, „umarł w butach” i “kupa kasy”… Nigdy nie wiadomo czy ręczna pompka się nie przytka. Elektryczne JABSCO z młynkiem i pompką niby działa lepiej, ale jak już się zepsuje to dopiero kłopot…   Samo skorzystanie z...

Toalety na jachcie to postrach czarterujących. Przy odbiorze łódki zawsze jesteśmy ostrzegani. Papieru (broń Boże) nie wrzucać. Jak się zapcha to “ojojoj” i “niedobrze”, „umarł w butach” i “kupa kasy”… Nigdy nie wiadomo czy ręczna pompka się nie przytka. Elektryczne JABSCO z młynkiem i pompką niby działa lepiej, ale jak już się zepsuje to dopiero kłopot…

 

Samo skorzystanie z toalety bywa nie lada przygodą. Szczególnie w trudnych warunkach i na fali. Słysząc za plecami życzliwe komentarze współzałogantów obstawiających czy damy radę wykonać “dwójkę bez trójki**”, z duszą na ramieniu przestępujemy próg ustępu. Grubsze sprawy zawsze powodują pewien stres. Zapcha się czy nie? Dzielić? Robić na raty? Niestety przy dłuższych rejsach morskich korzystania z ustrojstwa w zasadzie nie da się uniknąć.

 

Na Delphii dostępne są dwie toalety z osprzętem elektrycznym. Z powodów logistycznych w trakcie rejsu udostępnialiśmy tylko jedną z nich. Czasem przednią, czasem tylną. W ciągu sześciu miesięcy miałem więc niewątpliwą przyjemność serwisować obie.

 

Wszystkim się wydaje, że największy kłopot i “ojojoj” jest jak młynek się zapcha. Otóż nie, demontaż toalety w celu oczyszczenia młynka z pestek czereśni to raptem dwadzieścia minut. Przy okazji można odrapać ostrze z oblepiającego go konglomeratu papieru i kamienia (mgliście podejrzewam również inne dodatki) co drastycznie usprawnia proces “pożerania” zawartości ceramicznej miski.

 

Naprawdę “umarł w butach” się robi kiedy to system odprowadzania “contentu” na zewnątrz muszli robi się niedrożny. Otóż, posługując się terminologią medyczną, naczynia podlegają pewnego rodzaju “chorobie wieńcowej”. Miażdżyca zapycha zastawkę (tak, jest tam zastawka ) i główną aortę, a światło otworu staje się zbyt wąskie by przepuścić płyn. Potrzeba specjalisty “szambochirurga” aby poradzić sobie z tym problemem… no cóż, mogę dołożyć kolejną “sprawność” na mojej skautowskiej szarfie.

 

Operacja usuwania złogów wymaga posiadania odpowiedniej sondy. Jest również zajęciem fizycznie wyczerpującym, brudnym, cuchnącym, chlapiącym na wszystkie strony, niewdzięcznym i zajmującym masę czasu. Jeżeli czytają to właściciele jednostek czarterowych to niniejszym apeluję o regularne serwisowanie tej części osprzętu – czyszczenie lub wymianę rur na nowe co sezon-dwa.

 

Never again…

Ucieczka

By on gru 6, 2014

Sytuacja na Genueńskim niebie przedstawiała się następująco: nad okolicznymi wzgórzami gromadziły się niskie chmury w barwie ołowiu, spod których grzmiało i błyskało; nad samym miastem ołów przechodził w głęboką szarość, z której lało jak z cebra; nad portem dwa odcienie szarości walczyły o miejsce powodując na zmianę lekką mżawkę lub wściekle siekący deszcz niesiony porywistym wiatrem; nad...

Sytuacja na Genueńskim niebie przedstawiała się następująco:
nad okolicznymi wzgórzami gromadziły się niskie chmury w barwie ołowiu, spod których grzmiało i błyskało; nad samym miastem ołów przechodził w głęboką szarość, z której lało jak z cebra; nad portem dwa odcienie szarości walczyły o miejsce powodując na zmianę lekką mżawkę lub wściekle siekący deszcz niesiony porywistym wiatrem; nad południowym horyzontem, w odległości kilku kilometrów widniał oddzielony wyraźną ciemną kreską biały kawałek nieboskłonu.

 

Przemoczeni i zmęczeni ciągłą siklawicą postanowiliśmy spróbować szczęścia i wypłynąć na południe. Celowaliśmy w momenty “mżawki”.

 

Pierwsze trzy razy się nie udało. Zanim się ubraliśmy i przygotowaliśmy jacht do wypłynięcia znów zaczynało gwałtownie wiać i napierdzielać wodą. Nie mogliśmy ryzykować wyjścia z ruchliwego portu przy mocnym wietrze w burtę i ograniczonej do kilku metrów widoczności więc czekaliśmy na kolejny slot.

 

W końcu udało się załapać na 15 min względnego spokoju – uciekliśmy z portu gonieni nowym, głębszym odcieniem ołowiu wpadającym momentami w granatową czerń. Za główkami portu zaatakowały nas fale brudnej rzecznej wody spływającej z zalanych gór. Większość trasy do następnej mariny pokonaliśmy pod wiejący dość gwałtownie wiatr i wysoką falę.

 

Na powierzchni wody unosiły się kawałki pomostów, belki, deski a także całe drzewa z korzeniami. Przez cały czas musieliśmy uważać, aby nie wpłynąć na jakiś większy klocek, który mógłby uszkodzić jacht. Mimo to decyzja o opuszczeniu Genui miała sens – już 4-5 mil od miasta na niebie pozostały tylko wysokie białe chmurki i mogliśmy nieco przesuszyć nasze wysłużone sztormiaki.

 

W odległym raptem o 20 mil Chiavari świeciło słoneczko i szwendając się w poszukiwaniu obiadu po dość ładnym miasteczku znowu poczuliśmy, że jesteśmy jednak na południu Europy. Mocno już zmęczeni, piątkowy wieczór uczciliśmy włoskim winem i piwem nabytym w lokalnym dyskoncie.
Następnego ranka ruszyliśmy do La Spezii.

 

* Plan pierwszego etapu R.T.B. tak się ułożył, że na koniec musieliśmy wrócić w te okolice
** „Trójką” został w nomenklaturze rejsowej ochrzczony odruch określony łacińskim terminem „vomitus”.

 

map_w20

Portovenere

By on gru 6, 2014

comments powered by Disqus
Partnerzy projektu: sennheisergdy_logo sailservice_logo_partnerswind_logo_partnerscodezero_logo_partnersnord_boat_small    

Patroni medialni:


Zagle_logo_rtb      Podroze_logo_rtb            RG logo
Di solito, i piedi diventano freddi e una sensazione di bagnato può essere sentito. Ma, questo paio di stivaletti è stato progettato Ugg scontati prudenti le decisioni di sottoscrizione cura, in modo da ottenere tutta l'intimità e la secchezza si dovrebbe. Gli stivali vi aiuterà anche a stoppino via l'umidità permettendo quindi quantità aria libera. Questo non significa che replica borsetta molto a buon mercato. Invece, erano Chanel borsa budget mila. Tuttavia, come il prezzo medio che sono di una borsa Chanel fino a $ 200. Ugg outlet Riceverete le caratteristiche, versatilità, questi vantaggi regolarmente pecore e struzzi, non di pelle marchio Chanel. Questo è importante, non tutti firmati a buon mercato borse chanel e spendere più di 1.000 dollari USA. Esempi del progettista attuale borse Chanel basso un gran numero. Ugg Saldi Dammi il miglior consiglio con la valvola prima di investire in "prezzo originale, sostenendo che molto più ragionevole. Borsa Chanel buona copia, infatti, confrontare l'originale e la copia, il divario tra voi.