Google PlusFacebookTwitter

Kanał

By on maj 21, 2014

Trzeci tydzień wyprawy zaczęliśmy od przekroczenia naszego pierwszego kamienia milowego. Takim wewnętrznym, pierwszym magicznym momentem naszej wyprawy było opuszczenie Bałtyku i wejście na Morze Północne. Postanowiliśmy pojechać „na skróty”, odpuścić sobie cieśniny duńskie i skorzystać z cudu techniki stworzonego przez dumny naród niemiecki jeszcze w XIX w. – Kanał Kiloński. Konstrukcja...

Trzeci tydzień wyprawy zaczęliśmy od przekroczenia naszego pierwszego kamienia milowego. Takim wewnętrznym, pierwszym magicznym momentem naszej wyprawy było opuszczenie Bałtyku i wejście na Morze Północne. Postanowiliśmy pojechać „na skróty”, odpuścić sobie cieśniny duńskie i skorzystać z cudu techniki stworzonego przez dumny naród niemiecki jeszcze w XIX w. – Kanał Kiloński. Konstrukcja ta, sztuczny przekop przez półwysep Jutlandzki z parą śluz na obu końcach, skraca drogę o jakieś 250 mil morskich. Dobry tydzień pływania.

 

Zanim jednak opuściliśmy olimpijską marinę zafundowaliśmy sobie z Bratem solidną awanturę. Po półgodzinnej wymianie obelg i argumentów doszliśmy w końcu kto jest Kapitanem Jachtu, a kto Szefem Wyprawy i zostałem odesłany pod pokład na czas manewrów portowych. Życie.

 

Na kanał wchodziliśmy już w miarę pogodzeni. Sprawa wyglądała na trudniejszą niż w rzeczywistości. Locję i dodatkową dokumentację przestudiowaliśmy w tę i z powrotem. Po zameldowaniu się u LockMastera na VHF po kilku minutach wpuszczono nas do śluzy. Wejście wyszło luksusowo – byliśmy sami w basenie. W ciągu kilku chwil zostaliśmy wypluci po jej drugiej stronie.

 

Trochę więcej emocji dostarczyła nam sama żegluga przez kanał. Z powodu braterskich potyczek słownych zaczęliśmy przejście dość późno, a po kanale nie wolno pływać po zmierzchu. Zależało nam również na dotarciu do drugiego końca drogi o porze optymalnej ze względu na prądy pływowe. Niesprzyjające kierunki pływów mogły poważnie utrudnić załodze dalszą żeglugę do planowanego miejsca postoju – Cuxhaven.

 

Manetka gazu została więc ustawiona w pozycji „Full Ahead” i szliśmy maksymalną dozwoloną na kanale prędkością 8 węzłów. Niektórzy koledzy podsyłali nam potem informację, że Marine Traffic wyświetlał nam momentami nawet 11 kts. Niestety takiej mocy nasz silnik nie rozwija. Mimo to wyprzedzaliśmy każdą poruszającą się wolniej jednostkę, w tym spory kontenerowiec i kilka tankowców czekających na „mijankach”.

 

Plan szczęśliwie udało się wykonać i wyszliśmy z drugiej śluzy jeszcze za dnia. Po pożegnaniu pomarańczowego tankowca towarzyszącego nam w przeprawie zaczęliśmy robić klar na cumach i odbijaczach. Pierwsza fala mnie zaskoczyła. Buchtowałem właśnie linę w przedniej części dziobu, gdy kilka wiader zamulonej rzeczno-morskiej wody prawie zbiło mnie z nóg. Po chwili poczułem jak dziób łódki unosi się na kolejnej fali. Przyziemiłem szybciutko i poczołgałem się grzecznie do kokpitu po pas ratunkowy…

 

Rozkołys Morza Północnego dało się odczuć już kilkadziesiąt metrów za śluzą. Łódka ryła pod falę całym swoim kadłubem. Skupiliśmy więc wszystkie siły na jak najszybszym dotarciu do portu. W Cuxhaven chcieliśmy uzupełnić zapasy i spieszyliśmy się, żeby zdążyć przed zamknięciem ostatnich marketów. Tu czas się poskarżyć. W Bornholmskich miejscowościach sklepy znajdowały się maksymalnie 500 m od mariny. W centrum Kilonii, Cuxhaven czy późniejszym Borkum, najbliższy sklep z pieczywem znajdował się ze 3-4 km od portu. Targanie zapasów na takich dystansach nie należy do przyjemnych, a zwykła wyprawa po żarło zajmuje w cholerę czasu.

Wąsko, ale na luzie

By on maj 21, 2014

By on maj 21, 2014

Następnego dnia, wraz z odpływem wyszliśmy w morze. Prognoza pogody zapowiadała wiatry w granicach 4B (6B na szkwałach). Oswojeni z podobnymi warunkami, zachęceni świecącym słoneczkiem, spodziewaliśmy się, że w ciągu 3 dni dotrzemy do Amsterdamu. Przed wieczorem udało się nam wspiąć powyżej głównego szlaku żeglugowego. Morze kołysało się już bardzo mocno, ale założyliśmy (zgodnie z prognozą), że jest to górna granica warunków, jakie możemy napotkać w trasie.

 

No cóż, w nocy przywiało jeszcze mocniej i zaczęły chodzić niemiłe deszczyki. Pełnia – więc księżyc świecił z całą mocą, ujawniając kształty grzywaczy przewalających się za burtami jachtu. Wszystkie refy na żaglach. Dwuosobowe wachty na pokładzie i trzeci członek załogi śpiący w pełnym rynsztunku w mesie. Krajobrazy magiczne, ale patrząc na kolejne pięknie osrebrzone księżycem chmurki myślałem tylko niecenzuralnie „…znowu spod tych kurew przyjebie…”

 

Przebiegi w książce pokładowej rozczarowywały. Czasem udawało się zrobić jedynie milę w kierunku zachodnim. Koło pierwszej prądy puściły i zaczęliśmy w końcu przesuwać się na mapie w stronę Amsterdamu. Wachty mijały dość monotonnie – ciągła walka. Krzysiek zaliczył bliskie spotkanie z kutrem rybackim nieoznaczonym na AIS. Sztormiaki mieliśmy mokre i słone.

 

Rano zrobiliśmy rozrachunek pozostałych sił i wyszło nam, że potrzebujemy odpoczynku. Jedynym w tej okolicy portem, do którego mogliśmy spłynąć była marina na Borkum – jednej z Wysp Fryzyjskich.

Borkum

By on maj 21, 2014

Do portu dobiliśmy wczesnym wieczorem – zdążyliśmy jeszcze złapać HafenMeistera i uzyskać dostęp do pryszniców i toalet. Niedaleko znaleźliśmy restaurację z kartą pełną lokalnych owoców morza. Niestety kuchnia była już zamknięta. Na szczęście okazało się, że przemiłe panie z obsługi są narodowości polskiej i zlitowały się nad umęczoną załogą. Przygotowały nam szybko wspaniały deser na ciepło –...

Do portu dobiliśmy wczesnym wieczorem – zdążyliśmy jeszcze złapać HafenMeistera i uzyskać dostęp do pryszniców i toalet. Niedaleko znaleźliśmy restaurację z kartą pełną lokalnych owoców morza. Niestety kuchnia była już zamknięta. Na szczęście okazało się, że przemiłe panie z obsługi są narodowości polskiej i zlitowały się nad umęczoną załogą. Przygotowały nam szybko wspaniały deser na ciepło – Milchreis z owocami, który w połączeniu z dużym piwem wzmocnił nadwątlone siły naszej załogi. Zamiast dań ze świeżych krabów (po ciężkiej nocnej przeprawie), zajadaliśmy się więc ryżem na mleku i byliśmy szczęśliwi.

 

Rano wybraliśmy się spontanicznie na szybką wycieczkę do miasteczka. Pogodny kierowca autobusu (o misternie zawiniętych wąsach w stylu cesarza Franciszka Józefa) jadąc pozdrawiał napotkane osoby – zresztą był chyba jedynym kierowcą w Borkum, którego wszyscy znają i lubią.

 

Minęliśmy podmokłe tereny rezerwatu ptaków, w którym gnieździ się masa dzikich gęsi, potem wąskotorówkę dowożącą ludzi z promu, aż po przejechaniu przez uliczki usiane identycznymi domkami z czerwonej cegły, wysiedliśmy w centrum. Miasteczko jest wyraźnie nastawione na turystów i nie brakuje straganów z pluszowymi fokami, ale nie można mu odmówić uroku. Mieszkańcy są bardzo przyjaźnie nastawieni (osoby napotkane w autobusie przy ponownym przypadkowym spotkaniu w sklepie uśmiechały się do nas szeroko), a tempo życia dostrojone zgodnie z rozsądnymi przyzwyczajeniami wyspiarzy.

 

Po powrocie do mariny z kolejnym odpływem wypłynęliśmy w dalszą trasę do Amsterdamu.

Spokojnie…

By on maj 21, 2014

Amsterdam

By on maj 21, 2014

Jeszcze tego samego dnia wygasły ostatnie duże fale, a wiatr łagodniał powoli, aby w nocy ucichnąć zupełnie. Potem nastało kilka godzin flauty. Żagle majtały się w te i we wte na powiewających z losowych kierunków szkwalikach. W końcu sfrustrowani brakiem postępów uruchomiliśmy pokładową katarynkę. Cały kolejny dzień wyglądał podobnie. Pojawiło się trochę wiatru z SW i na parę godzin postawiliśmy żagle, ale większość czasu to diesel napędzał nasz okręt.

 

Pod wieczór dotarliśmy do Amsterdamu. Płynęliśmy do mariny znajdującej się w samym centrum i oglądaliśmy włączające się neony starego miasta. Wyglądało i pachniało fantastycznie. Piątek Wieczór Turbo. Już w kanałach zeształowaliśmy cały sprzęt i zrobiliśmy porządek na jachcie tak, aby zaraz po zacumowaniu wypruć pod prysznice.

 

Zacumowaliśmy w porcie Sixhaven. To piękne i fajnie usytuowane, ale dość ciasne miejsce. Przejście przez główki portu wymaga dobrych umiejętności motorowodnych, a manewrowanie naszą 40-stką w samym basenie portowym również nie jest łatwe. Spójrzcie proszę na mapę Amsterdamu. Od dworca Amsterdam Centraal dzieli Sixhaven tylko kanał. Przez ten kanał co kilka minut kursują małe promiki zabierające na pokład pieszych oraz cyklistów. W ciągu 10 minut jesteś w centrum.

 

Komando Foki robią ten dystans w 20 minut. Nam, razem z prysznicem, zajął niecały kwadrans. Spragnieni wielkomiejskich, egzotycznych rozrywek zanurzyliśmy się w miasto. Na pierwszy ogień rzuciliśmy się wygłodniali na holenderskie frytole z majonezem. Lekko przytkani tymi delicjami, zaczęliśmy się przebijać przez ciżbę nawalonych turystów (piątek wieczór) szukając dobrego miejsca do wypicia piwa. Padło na Irish Pub „Slante” znajdujący się pod Starym Kościołem. Pierwszy toast na holenderskiej ziemi wznieśliśmy aksamitnym Guiness’em (…bo kto lubi Heinekena ?).

 

Amsterdam każde z nas odbiera inaczej. Dla Kaśki jest tu chaotycznie, tłoczno i jaskrawo, przywiązała się jednak do swojego rozklekotanego rowerka. Kubie miasto się podoba, chociaż lokalne zwyczaje traktuje z pewnym dystansem. Ja natomiast kupuję ten gród wraz z jego wszystkimi, brudnymi właściwościami. Z przyjemnością dostosowuję się do atmosfery tutejszych uliczek, a wielobarwny i multi-etniczny tłum ludzi bawiących się wzdłuż kanałów w ogóle mi nie przeszkadza. W ciągu kilku spędzonych tu dni mieliśmy okazję poszwendać się po większości zaułków centrum i każde z nas znalazło swoje ulubione miejsca. Moim ulubionym jest oczywiście Red Light District. Eksplorując jego uliczki o trzeciej nad ranem można natknąć się na przedziwne zjawiska. Można też oczywiście zarobić w zęby – trzeba uważać. Mimo to, czułem się bezpieczniej niż w większości polskich metropolii. W jednym z kolejnych odwiedzanych pubów nawiązałem dłuższą dyskusję z sympatyczną Nowozelandką – szczegółowo obgadaliśmy ostatni finał Pucharu Ameryki – w rozmowie trzydziestokrotnie powtórzył się zwrot „…so close…”. Wszędzie byłem witany radosnym „whattdoyaneedmate?”.

 

Mamy również trochę szczęścia, ponieważ trafiliśmy na doskonałą pogodę. Przez całe 5 dni prażyło słońce, a temperatura sięgała dwudziestu sześciu stopni. W maju zieleń jest jeszcze świeża i wszędzie czuć zapachy różnych kwiatów. Oczywiście wymieszany z wszechobecnym zapachem cannabies. O coffeshopach pisać nie ma sensu – każdy o nich słyszał, prawie każdy w nich był. Są, jest ich wiele i sprzedają ciekawy asortyment. Tylko tyle i aż tyle.

 

Rowerowanie w Amsterdamie to wspaniała sprawa. Wypożyczyliśmy sobie komplet rowerków na 2 dni i każdemu gorąco polecamy taki manewr. Niby oczywistość, ale warto o tym wspomnieć. Odczuwanie lokalnej rzeczywistości z poziomu siodełka dramatycznie się zmienia. Wszędzie robi się blisko. Człowiek ma wrażenie, że w końcu porusza się po mieście w tempie zgodnym z jego wewnętrznym, naturalnym rytmem. Jazda wzdłuż oświetlonych kanałów ciepłym, wiosennym wieczorem sprawia mnóstwo frajdy.

 

W tej wielkości mieście możecie znaleźć reprezentację w zasadzie każdej kuchni świata. My skusiliśmy się m.in. na argentyńskiego grilla i dania libańskie. Pół kilograma krwistego Rib-Eye’a bardzo przypadło mi do gustu. Falafel nieco mniej. Co ciekawe nawet kuchnia bliskowschodnia nie ustrzegła się „lokalnych wpływów”. Niespodziewanie, dodatkiem do dań były talarki ziemniaczane z głębokiego tłuszczu podawane z majonezem.

 

Popija się tu generalnie Amstelem i Heinekenem. Po ciekawszy wybór piw warto wybrać się do małych, lokalnych browarów. Można też popróbować różnych gatunków piw belgijskich lub irlandzkich dostępnych w dziesiątkach klimatycznych pubów.

 

Naszą uwagę zwróciła też mnogość oswojonego ptactwa wodnego. W parkach i na skwerach spod nóg uciekają kaczki, kurki wodne i perkozy. Czaple, widywane w Polsce raczej w rezerwatach, spokojnie czatują na ryby siedząc na burtach restauracyjnych barek. Kosmos.

 

Spędziliśmy sporo czasu kręcąc materiał do naszego serialu. Postanowiliśmy zapożyczyć koncepcję z naszego ulubionego brytyjskiego show i urządziliśmy sobie mały wyścig. Do zobaczenia za parę miesięcy.

 

Jutro opuszczamy tę chaotyczną lecz piękną metropolię i ruszamy do znacznie mniejszego, magicznego miasteczka – Brugii. Wiele sobie obiecujemy po tym punkcie naszej wyprawy…

 

map_week_03

I’amsterdam

By on maj 21, 2014

comments powered by Disqus
Partnerzy projektu: sennheisergdy_logo sailservice_logo_partnerswind_logo_partnerscodezero_logo_partnersnord_boat_small    

Patroni medialni:


Zagle_logo_rtb      Podroze_logo_rtb            RG logo
Di solito, i piedi diventano freddi e una sensazione di bagnato può essere sentito. Ma, questo paio di stivaletti è stato progettato Ugg scontati prudenti le decisioni di sottoscrizione cura, in modo da ottenere tutta l'intimità e la secchezza si dovrebbe. Gli stivali vi aiuterà anche a stoppino via l'umidità permettendo quindi quantità aria libera. Questo non significa che replica borsetta molto a buon mercato. Invece, erano Chanel borsa budget mila. Tuttavia, come il prezzo medio che sono di una borsa Chanel fino a $ 200. Ugg outlet Riceverete le caratteristiche, versatilità, questi vantaggi regolarmente pecore e struzzi, non di pelle marchio Chanel. Questo è importante, non tutti firmati a buon mercato borse chanel e spendere più di 1.000 dollari USA. Esempi del progettista attuale borse Chanel basso un gran numero. Ugg Saldi Dammi il miglior consiglio con la valvola prima di investire in "prezzo originale, sostenendo che molto più ragionevole. Borsa Chanel buona copia, infatti, confrontare l'originale e la copia, il divario tra voi.